Archiwa tagu: wyspy zielonego przylądka

Gdzie się kończy cywilizacja?

Dla przeciętnego – o ile istnieją przeciętni – Europejczyka cywilizacja kończy się na Fuerteventurze.

– O Boże, co wy tu robicie, przecież tu nic nie ma – słyszałam tysiące razy, a w słowie „nic” zawierają się takie osiągnięcia ludzkości jak na przykład stadion narodowy, muzeum sztuki współczesnej, do którego i tak nikt nie zagląda, ale fajnie, że jest, dyskoteki na każdym kroku, Ikea, korki uliczne, drapacze chmur i tym podobne wynalazki. Takich „nic” rzeczywiście nie ma. Do kina mam jakieś pięćdziesiąt kilometrów. „Dziękujemy, że nas wybrałeś” – padło kiedyś w tym kinie z ekranu tuż przed seansem.

– Pfff, nie mamy innego wyboru – prychnęła Francuzka Marion.

Do kina mam jakieś pięćdziesiąt kilometrów, Madonna nas nie odwiedza, gdy udaje się na tourne po świecie, zapomnieli o nas krytycy literaccy, wielkie decyzje tego świata zapadają nie tutaj, a gdy zapadają, to często nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo na plaży nie ma telewizji. Jeśli ktoś zatęskni nagle za miastem, to płynie na Gran Canarię do Las Palmas. Albo leci do Hiszpanii na kontynent.

Granica cywilizacji przesuwa się człowiekowi wraz z miejscem zamieszkania. Wcześniej było nią dla mnie Lanzarote, ale ta przy Fuerteventurze wydaje się metropolią.

– No wy tu macie naprawdę cywilizację, tyle rond i semafory na drogach – dziwiła się znajoma z Fuerteventury, która odwiedziła mnie, gdy mieszkałam na Lanzie.

A później człowiek się przenosi na Fuerteventurę i odkrywa, że ten stadion narodowy i semafory, i Ikea nie są w ogóle do szczęścia potrzebne. Jest plaża, wydmy i też jest dobrze.

Aż tu okazuje się, że to jeszcze nie to, że może być jeszcze mniej, jeszcze bardziej dziko. Na Kanary wróciła ostatnio polska Kitesurferka, która mieszkała przez jakiś czas na Wyspach Zielonego Przylądka.

– I tam to nic nie ma, a tu mi się wydaje, że wszystko jest, cywilizacja – opowiada. Wyspy Zielonego Przylądka, tak jak Kanaryjskie, zaliczają się do Makaronezji. Cabo Verde leżą na Oceanie Atlantyckim, tysiąc pięćset kilometrów na południe od Kanarów, przy wybrzeżu Senegalu. I bardzo często porównuje się Wyspy Zielonego Przylądka z Kanaryjskimi, mówi się, że są to takie Kanary sprzed trzydziestu a może czterdziestu lat. Tak dzikie i nierozwinięte.

– Nic tam nie ma, naprawdę nic – opowiada Kitesurferka z Polski. – Mnie to za bardzo nie przeszkadza, bo mam kite’a, ale kiedy nie ma warunków – dobrych fal i wiatru, to nie ma co robić. Nie można iść na zakupy, bo tam po prostu sklepów nie ma, żadnych galerii handlowych, sieciówek, żadnych „chińczyków”. Nie można iść do supermarketu, żeby kupić kawałek ryby, bo nie ma supermarketu. Rybę można kupić u rybaków, którzy dopiero co łowili.

Jest w La Olivie na Fuerteventurze taki mały sklepik prowadzony przez tubylców – rodzinę Majoreros. Jakbyście sobie wyobrazili taki słabo zaopatrzony sklep gdzieś w Bieszczadach, chleb, puszki z tuńczykiem, chipsy i pomidory z okolicznych wsi, to wam pomoże nieco poczuć klimat tego miejsca. Obok jest poczta, czynna przez godzinę dziennie. Zajrzała tam dzisiaj polska Kitesurferka. Wróciła z kiścią bananów i mówi:

– No właśnie odwiedziłam coś w stylu największego sklepu na Cabo Verde.

Jeśli więc chcecie zobaczyć archipelag nieskażony komercją, bez all inclusive, semaforów, ba, bez asfaltu i bez reklam coca-coli wybierzcie się na Wyspy Zielonego Przylądka. Ale się pospieszcie. Pewnie i tam wkrótce dotrze cywilizacja.