Archiwa tagu: podróże

Wszyscy chcą na Kanary

Z cyklu: sławne osobistości na Wyspach Kanaryjskich.

Mamy niezbite dowody: rodzina Simpsonów też chce na Kanary.

Z tego, co udało się ustalić ekipie kanaryonline, Homerowi już udało się przedostać na archipelag. Przebywa na południu Gran Canarii i zazwyczaj przesiaduje na deptaku tuż przy latarni morskiej Maspalomas.

Homer

Mówi, że jest cudownie, tylko czasem dokucza mu samotność. Wpadnijcie, posiedzieć z nim na ławeczce. Homer czeka, plaża czeka, słońce i ocean też czekają. I trzydzieści stopni Celsjusza.

Smutki emigranta

Nieważne, gdzie się mieszka, powrót z wakacji jest zawsze ciężki. Jakkolwiek człowiek nie kochałby swojej pracy, przecież i tak docenia uroki odpoczynku. Jeszcze jak się mieszka na emigracji, sprawa się co nieco komplikuje. A jeśli jeszcze mieszka na emigracji tuż przy plaży, no to już w ogóle pomieszanie z poplątaniem. Z wakacjami kojarzą się chłodne mgliste poranki, chrzęst opadłych jesiennych liści pod butem, listopadowy deszcz, bo plażę i słońce podziwia się zazwyczaj w drodze do roboty.

Taka, dajmy na to Polska, jak się do niej przyjedzie na wakacje, jawi się człowiekowi jako fantastyczny kraj (do życia też była niczego sobie, nie narzekam, a przynajmniej nie za wiele). Pięknie, zielono, jedzenie pyszne, oscypki, fale Bałtyku i hejnał mariacki. Później zaś po powrocie – w moim przypadku na Wyspy Kanaryjskie – człowiek emigrant rozpakuje walizkę, powiesi na lodówce pamiątkowy magnes i ogarnia go ogromna nostalgia za ojczyzną. Ból, smutek i żal. Niczym nieutulone. Jak nie przymierzając u Słowackiego, Mickiewicza i Norwida. A może jeszcze silniejsze, bo przecież wiadomo, że kreacja literacka robi swoje.

Mieszkając za granicą człowiek emigrant z Polski uświadamia sobie bowiem, że kilka rzeczy, miejsc i zjawisk przyrodniczych jest niezbędnych do życia. I że, o dziwo te rzeczy, miejsca i zjawiska przyrodnicze nie występują na całym świecie. Długo by tu wyliczać, byle by wspomnieć o zieleni, o zielonej trawie, drzewach, lasach, bujnych liściach i – to już prawdziwy hit – szumiących na wietrze liściach. Tego szumu szuka później człowiek emigrant jak obłąkany po całym archipelagu. Do niezbędnych do życia zjawisk przyrodniczych (i miejsc) można by jeszcze zaliczyć Tatry, Beskidy, całą Małopolskę i jeszcze Bieszczady, i jeszcze Podkarpacie, nie będę się rozpisywać, macie mapę.

Za czym jeszcze tęskni człowiek emigrant? Wymienić trzeba zmiany pór roku, półmroki listopada, zapach świeżo skoszonej trawy, pierożki, herbatkę malinową, gazety po polsku w kioskach, książki po polsku, ludzie na ulicach mówią po polski, cytrynówkę lubelską i cydr, weekendowe wyprawy w góry, śpiewy z gitarą przy ognisku, tramwaj numer 22 do Nowej Huty, niemiecki sklep kosmetyczny zwany rossman. I najważniejsze, śniące się noc w noc: kiszone ogórki!
Różne tu mamy atrakcje na Wyspach Kanaryjskich, słońce, plaże każda inna, z kilkadziesiąt rodzajów piasku, owoce morza, ocean. Klimat rozpieszcza, a ostatnio nawet doszło do trzęsienia ziemi między dwiema wyspami. W ciągu ostatnich siedemdziesięciu dwóch godzin trzęsień było pięć. No nie nudzi nam się tu. Ja wiem, dodacie: co ona wygaduje, przecież w Polsce protesty, politycy mieszają i leje deszcz. Ale tych ogórków kiszonych. Tych ogórków mi żal.

Niech żyją paszporty i samoloty

Kliknę parę razy, trwa to kilka minut i już. Bilety na samolot kupione. Mogę podróżować, gdzie chcę, kiedy chcę. Wy też możecie. Owszem, westchnie tu wielu z was, że szef, że dzieci, że rata za dom, że silnik w aucie do wymiany, że to skomplikowane, że to nie takie proste. Racja, pewnie, że nie takie proste. Ale jeśli chcecie, możecie z tymi przeszkodami się uporać.

To niesamowite. W ciągu pięciu minut kupuję bilety na samolot, a urodziłam się w kraju, w którym trwał akurat stan wojenny i o podróżach za granicę myślało się w kategoriach ucieczki a nie relaksujących wakacji. Jeszcze trzydzieści lat temu podróż na Wyspy Kanaryjskie wydawała się przeciętnemu Polakowi abstrakcyjna niczym wyprawa na Księżyc, a teraz polskie zastępy opalają się na plażach Fuerteventury i spacerują po deptakach Gran Canarii. Moi rodzice głowili się, jakby tu przeżyć z tymi porcjami żywności na kartki, a ja głowię się, jakby tu polecieć nie tylko do Polski i Gruzji, ale jeszcze wyskoczyć na Kubę, i w weekend na Teneryfę, i do Barcelony, i jeszcze… Moja babcia pierwszy raz zobaczyła morze, gdy była po pięćdziesiątce, moi rodzice po trzydziestce, ja, gdy miałam siedem lat. Moja babcia marzyła o nowych butach, ja o nowych kontynentach.

Ściskam w ręku paszport, wsiadam do samolotu i kolekcjonuję. Kolekcjonuję zachody słońca nad oceanem, rzymski upał przy Fontana di Trevi, widoki z szosy transfogaraskiej w Rumunii, smak piwa Baltas na promie z Tallina do Helsinek, zimno z beskidzkich styczniowych wiosek i wyciągów narciarskich, marokańskie gwiaździste niebo, berlińskie ulice.

Jeżdżę, patrzę, oglądam, poznaję i wiem, że to ciągle jeszcze przywilej nielicznych. Że jestem w mniejszości. Że to luksus, niczym z mojej strony niezasłużony, iż mój kraj w ciągu tych trzydziestu lat zmienił zdanie i zamiast wysyłać mnie na wojnę, wręczył mi paszport. I tę wolność, z którą mogę zrobić, co chcę. I ciągle jeszcze nie mogę się temu nadziwić, nie umiem nad tym przejść do porządku dziennego.

Jadę więc w kolejną podróż. We wrześniu opuszczam kanaryjską bazę, będę pisać do was z Polski i Gruzji.

Z cyklu: cierpienia turysty

Lato w pełni, sezon w pełni, wakacje w pełni. Gorąco, słońce świeci, ocean szumi, piwo leje się do kufli, pełen relaks. Idealnie. A oni cierpią. Cierpią srodze, solidarnie europejsko, bez względu na narodowość, szybko, bo urlop krótki, trwa tydzień, maks dwa tygodnie. Cierpią, bo:

– Na plaży jest strasznie dużo piasku. Ten piasek wdziera się wszędzie, a jak się człowiek kremem z filtrem posmaruje, a smaruje się, to jeszcze ten piasek się klei.

– Wieje wiatr, a biuro podróży nie uprzedziło, że wiatr tu istnieje.

– Pieprzniczki w restauracji z lewej strony mają za małe dziurki i pierz się nie sypie. W restauracji z prawej strony są ok. Ale za to z prawej strony nie ma młynka do pieprzu.

– Obok w restauracji siedzi obleśny Niemiec z wielkim brzuchem i w klapkach. Nie po to tyle się płaci za wakacje, żeby człowiek musiał jeść z brzuchatymi Niemcami.

– Nikt tu nie mówi po francusku. Pfff, ludzie w Hiszpanii nie mówią po francusku!

– Nie wiadomo, gdzie jest włącznik światła w toalecie.

– Zapłaciłam cztery tysiące funtów za te wakacje. Ale teraz z dzieckiem to już nie to samo. Wcześniej jeździłam z moich chłopakiem sama, to impreza była co noc. Ale imprezowaliśmy. Z dzieckiem to co innego.

– Czy ktoś tu mówi po holendersku?

– Lekarz miał przyjść o dziesiątej, jest za dwie dziesiąta i lekarza jeszcze nie ma. A my tu czekamy. Gdzie on jest?!

Gorąco!

Termometr w komórce pokazuje, że jest trzydzieści jeden stopni, ale kłamie bydlak, jest o wiele więcej. Ciało się roztapia, mózg się roztapia, wszystko się roztapia. Gdy otworzę drzwi balkonowe, z zewnątrz bucha powietrze jak z piekarnika, zaś wiatr przypomina podmuchy suszarki do włosów, szybko je więc zamykam i zasuwam zasłony. Klasyczna hiszpańska sjesta: leżysz na sofie półnago, starasz się nie ruszać i popijasz wodę. Czas uprzyjemniasz sobie rozmyślaniem o zimowych, mroźnych porankach, listopadowym deszczu, smaku lodów truskawkowych i o tym, jak fajnie byłoby się zapisać do klubu morsa.

Jest za gorąco na plażę, za gorąco na leżenie pod parasolem na basenie, jest po prostu za gorąco. W taki dzień radością napawa zaplanowana na dzisiaj wizyta w banku. W banku jest porządna klimatyzacja. To jedno z najchłodniejszych miejsc na całym archipelagu. – Oby była duża kolejka – przelatuje mi przez głowę, gdy roztapiam się w samochodzie po drodze do tego banku. – Będzie sobie można dłużej pobyć w chłodzie.

Następne na liście rzeczy do zrobienia są zakupy. A supermarket to dzisiaj ziemia obiecana, przechadzam się z rozkoszą między lodówkami z nabiałem, mam ochotę przytulić się do jogurtów i masła. Udaję, że szukam czegoś w głębi lodówki, wsadzam rękę, głowę – za nią idzie tors – do środka i bach, niska temperatura!

Na szczęście idę dziś po południu do pracy. Osiem godzin w klimatyzacji, co za ulga.

Powrót do rzeczywistości

Po dłuższym pobycie w Polsce trzeba na nowo przystosować się do życia na wyspach, mentalnie nastawić i skanaryzować. To kompletnie inny świat, w którym brakuje bujnej zieleni, dobrej kawy i przymrozków. I tak naprawdę zdajesz sobie sprawę, że wróciłeś, kiedy:

– Twój mechanik oświadcza, że tej super ważnej części do samochodu, którą zamówił z daleka, i która miała tu dotrzeć dwa miesiące temu, nie ma. Nie ma, bo jednak nie zamówił, a właściwie to nie on, tylko chłopakom się zapomniało zamówić. I bez tej ważnej części, nie przejdziesz przeglądu, a termin zeszłorocznego przeglądu mija jutro, więc nie będziesz mógł jeździć. No ale tę część to oni teraz zamówią, już on tego przypilnuje. Przecież nie będziesz się na niego złościć. Pójdziesz sobie na kawę.
– Wszyscy naokoło są uprzejmi i uśmiechnięci. Wszyscy, oprócz kierowców taksówek, ci akurat są międzynarodowo okropni.
– Pani w sklepie, przed którą wciskasz się w kolejkę, nie zdając sobie z tego sprawy, w ogóle się na ciebie nie denerwuje, tylko z uśmiechem na twarzy robi ci miejsce. Co więcej, gdy zdajesz sobie sprawę ze swojego faux pas, zaczynasz przepraszać i chcesz iść na koniec kolejki, pani nalega, żebyś tu przed nią stał. Pomaga ci wybrać warzywa, gdy się gubisz w hiszpańskich nazwach. I naprawdę nic a nic się nie denerwuje.
Nikt się nie zastanawia czy jutro będzie padać. Nie będzie.
– Po kilku godzinach na basenie jesteś spalony na czerwono niczym angielski turysta. Krem z filtrem nie działa na czerwcowe afrykańskie słońce.
– Nie zaśniesz, jeśli przed pójściem spać nie zajrzysz pod łóżko. Trzeba skontrolować, czy nie czai się tam jakiś karaluch. Jeszcze by w nocy przyszedł cię pomiziać.
I tak, krok po kroku, na powrót stajesz się Kanaryjczykiem.

Popołudniowy relaks

Nie chodzi się zawsze na plażę, ani biega po górach, nie spotyka się zawsze fascynujących ludzi z drugiej półkuli, nie zawsze tańczy się salsę z Kubańczykami i niecodziennie wcina się krewetki oraz kanaryjskie ziemniaki z sosem, patrząc na spektakularny zachód słońca. Czasem człowiek ma wszystkiego dość, ma ochotę nie wychodzić z domu, nie robić nic, nie widzieć nikogo. Czasem – przyznajmy to wreszcie – człowiek ma ochotę walnąć się na sofie przed telewizorem. I z pilotem w ręku przeskakiwać z kanału na kanał. Telewizja jest hiszpańska. Człowiek na to, co widzi, reaguje, używając dziwnego konglomeratu włosko-hiszpańskiego: Mamma mia! O Madonna! Dios Santo!

Zacznijmy od tego, że Hiszpanie nie uznają tzw. napisów, ani tłumaczeń lektora, ani im się chce oglądać cokolwiek w oryginale, wszystkie filmy i programy, jak leci, są dubbingowane. I naprawdę myślałam, że po tym jak Sandra Bullock i George Clooney „mówią” w języku Don Kichota, nic gorszego nie może mnie już spotkać. Ale w tej kategorii to jednak nie Hiszpanie wygrywają, bo o wiele bardziej traumatycznym doświadczeniem jest, gdy Winnetou mówi po niemiecku. Z hiszpańską telewizją problem jest jednak taki, że zasób aktorów zajmujących się dubbingiem wydaje się dość ograniczony. Oglądam więc serial Two men and a half i przyzwyczajam się do głosu użyczonego postaci granej przez Charlie Sheena. Ale po przerwie reklamowej, kolejny serial, tym razem animowany Family guy i tym samym głosem przemawia teraz Brian – gadający pies. Od tej pory nie mogę się już uwolnić, twarz Charliego Sheena już na zawsze zlewa mi się z tym psem.

Przełączam na kanał informacyjny. Tu europejski standard – gadające głowy polityków plus kronika policyjna: zabójstwa, przemyt narkotyków, korupcja i skandale, wszystko w myśl zasady, że nic tak nie ożywia pierwszej strony gazety czy nagłówka wiadomości jak świeży trup. W porównaniu z polską telewizję odnotowuję jednak mniej wypadków samochodowych, więcej natomiast przemocy wobec kobiet. Słabo mi. Przełączam.

Lokalna telewizja kanaryjska serwuje relację z protestu. W jednej z wiosek w górach Gran Canarii nie ma chodnika, samochody mkną szybko, a ludzie się boją posyłać dzieci do szkoły. Przez chwilę czują się swojsko, jak u nas w domu, jak w Małopolsce. Zmieniam kanał.

Później jest jakiś program, którego formuły nie udało się rozgryźć, nazywa się to Salvame, czyli uratuj mnie. W studio siedzą jakieś na oko 50- i 60-letnie kobiety, między nimi kilku mężczyzn i o czymś dyskutują. Prowadząca, w różowej sukience i na niebotycznie wysokich czerwonych obcasach z przejęciem patrzy do kamery i mówi, że zaraz ujawni coś spektakularnego, prawdziwe superbombazo, aż mnie przechodzi dreszcz. Na dole ekranu pojawia się pasek informacyjny i okazuje się, że Belen Esteban od miesiąca jest śledzona przez prywatnego detektywa. Wszyscy gadają naraz, bo chcą to skomentować, domyślam się, że Belen to chyba ta tleniona blondynka, jedna spośród rozemocjonowanych kobiet. Później wszyscy gadają o jakiejś Raquel i nie mogę dojść, kim ona jest i co się z nią stało. Za chwilę znów prowadząca zmienia temat, mówi, że zaraz przyjdzie Charlotte i wszystkich zadziwi. Po chwili dociekania, o co w tym programie chodzi, jestem już tak zadziwiona, że więcej zdziwienia nie zniosę, przełączam.

Serial południowoamerykański. Przynajmniej można w oryginale i nie muszę się z dubbingiem męczyć. Scena z udziałem dwóch mężczyzn o kruczoczarnych i ekstremalnie wybrylantowanych włosach.

– Zostaw moje córki w spokoju – mówi jeden z mężczyzn. – Bawiłeś się nimi!

– Kocham jedną z pańskich córek! – mówi drugi mężczyzna.

Kolejna scena: jakaś para się całuje. Kolejna scena. Do gabinetu, gdzie było dwóch mężczyzn, wchodzi jedna z córek jednego z mężczyzn.

– Nie chcę, żebyś zadawała się z tym imbecylem! – mówi mężczyzna, który jest ojcem.

– Już ci wyjaśniłam, że się kochamy! – odpowiada córka.

Kolejna scena. Młoda, seksowna, farbowana blondynka z rozpuszczonymi włosami, w obcisłych dżinsach, w sandałkach na koturnach i w niebieskich gumowych rękawiczkach właśnie kończy myć podłogę. Znajduje się na jakimś korytarzu, domyślamy się, że to jakaś firma. Przychodzi młody, przystojny, w garniturze, wyraźnie zły, chyba to jej szef. Rozmawiają chwilę, ona mówi, że już skończyła, że już do domu będzie szła. On wyraźnie zły, samczy, władczy, prawdziwy maczo z Meksyku, Kolumbii, Paragwaju czy Urugwaju wścieka się ogromnie, przewraca kubeł z wodą, woda się rozlewa, on brzydko tak się zachowuje, każe jej sprzątać, ale szybko, bo jej nie będzie płacił za nadgodziny. Wychodzi. Ona się słania, by się przewróciła, ale się wspiera na kiju od mopa, co za dramaturgia, zestresowana przyklęka na jedno kolano i podnosi ten przewrócony kubeł, ten kij od mopa, co za wsparcie. Mój nos mi podpowiada, że za trzy tysiące odcinków będą mieli romans i on ją przeprosi, a później poślubi, i ona odziedziczy wielką, przynależną jej fortunę. Przełączam.

Na kolejnym kanale prawdziwy hit, program, że z butów wyrywa. Coś podobnego było też chyba w polskiej telewizji i o ile się nie mylę, nazywało się chwila prawdy. Chodzi o to, żeby zaprosić do programu całą rodzinę, a jedną z osób bezpośrednio do gry, to znaczy – sadza się taką osobę z boku i zadaje jej najbardziej osobiste, upokarzające i intymne pytania. Osoba odpowiada „tak” lub „nie”. A wykrywacz kłamstw potwierdza odpowiedź. Jak ktoś mówi prawdę, wygrywa kolejne sto euro, gdy skłamie, odpada. Akurat jest odcinek, w którym mąż, żona i teściowa. Mąż gra, żona i teściowa dopingują. Pierwsze pytania są dosyć proste, coś w stylu: „czy przeszkadza ci, że twoja żona uważa, iż kiepsko gotujesz”. Publiczność bije brawo, żona i teściowa dopingują, kolejne euro na koncie. Później jednak coraz bardziej pod górkę. „Czy przeszkadza ci, że twoja żona uważa, że jesteś kiepskim ojcem dla waszej córki” – prowadząca zachowuje kamienną twarz. Mężczyzna się poci, przełyka ślinę, przyznaje, że tak. Bach, wykrywacz kłamstw potwierdza, leci kolejne sto euro, teściowa dumna, żona wzruszona. Prowadząca dla rozluźnienia atmosfery, mówi do żony – a ty lubisz szydełkować, prawda? I co tam sobie szydełkujesz? Ta odpowiada, że kilka szaliczków zrobi chętnie, różnokolorowych. Gawędzą sobie chwilę i wracamy do gry. Kolejne pytanie: „ Czy przeszkadza ci, że twoja żona uważa, że jesteś kiepski w łóżku?” Żona zaciska dłonie, teściowa wstrzymuje oddech, bach, kolejne sto euro na koncie, biją brawo.

– Kochamy cię – mówią do kamery. – Wspieramy cię, graj dalej!

Chłop ociera łzy. Kolejne pytanie: „Czy przeszkadza ci, że twoja teściowa uważa, że jesteś gejem?”, „Czy przeszkadza ci, że twoja teściowa uważa, że nie jesteś biologicznym ojcem jej wnuczki?” Przełączam.

Kolejny jest reality show tylko formuła nieco specjalna. Oni znajdują się bowiem na rajskiej wyspie, rajska to znaczy, że jest ocean, plaża, palmy i błękit, i są golusieńcy jak ich Pan Bóg stworzył. Kamera miłościwie nie pokazuje podbrzuszy, całą resztę jak najbardziej. Jest dwóch chłopaków, jedna dziewczyna i akurat dołącza do nich druga dziewczyna. Ta nowa jest super, hiper, jazzy, trendy, potrząsa biustem i mówi do kamery: „taka jestem szalona”. I ta nowa jest oczywiście bardziej sexy i super od tej drugiej, cichej, szarej myszki z fałdeczkami. Dwóch chłopaków, jeden taki sobie, w okularach, informatyk z Barcelony, drugi, boski w typie latino, miodzio. Taki jest zaintrygowany tą nową. Formuła programu polega na tym, że oni albo mają różne zadania do wykonania, albo chodzą ze sobą na randki, każdy z każdy, w sensie chłopcy z chłopcami na randki jednak nie chodzą. Najpierw więc oglądam, jak dwie golusieńskie dziewczyny biegają po plaży i przeciągają po piasku drewniane paliki, łamię sobie głowę, cóż to za frapująca żeńska dyscyplina sportowa. Później jest ta część randkowa i wiadomo, że ta sexy i ten sexy czują do siebie miętę i może coś się wydarzy. Ona się wypina, napina i pręży, on napina muskuły aż oczy mu wychodzą z orbit. W kulminacyjnym momencie ona chce go pocałować, ale on odwraca głowę. Co za skandal!

Wyłączam telewizor. Boję się pójść spać. Będę mieć złe sny.

Krótka pochwała picia kawy w różnych dziwnych miejscach

Uwielbiam góry i ocean. Smak kawy pitej w przeróżnych barach i kawiarniach, z widokiem na ocean i na miejski deszcz, na rynki małych miasteczek i dużych miast, rogi, zaułki, zakamarki. Kocham przelotne rozmowy z nieznajomymi różnych narodowości i ras, i długie dyskusje z ludźmi bliskimi, od serca, z przyjaciółmi od lat. Ubóstwiam długie spacery i krótkie przechadzki, podróże, dźwięk motoru silnika, przestronne hale lotniska, taśmy z przewalającymi się walizkami i tobołkami, gdy wypatruję, która jest moja. I tę kawę, czasem o – nie łudźmy się – nienajlepszym smaku, ale pitą w tak różnych miejscach, z różnymi i zawsze fascynującymi ludźmi albo i w samotności. I to właśnie te miejsca, i ci ludzie sprawiają, że życie ma smak, dodają tej lurze z baru lub temu wykwintnemu cappuccino niebywałych przypraw. Słońce rozgrzewa skórę albo też powietrze mrozi dłonie, znad kubka, filiżanki, szklanki unosi się wonny aromat, naprzeciw ciebie z tym samym kubkiem lub filiżanką siedzą jakieś niebieskie, zielone, a może brązowe oczy. Znowu przejechaliśmy setki kilometrów, a może jesteś pod domem, tuż za rogiem i czujesz nagle, że łapiesz życie w pełni, chwytasz jego esencję, rdzeń, sedno i przeżywasz je na sto procent.

Niech żyje multikulti

Jadę do pracy. Poranne zebranie prowadzi szef, który jest w połowie Duńczykiem, w połowie Hiszpanem, a mówi z akcentem iście kanaryjskim. Na zebraniu oprócz mnie jest jeszcze druga Polka, dwoje Kanaryjczyków, pół Kanaryjczyk, pół Niemiec i do tego jeszcze Argentyńczyk. Taka ekipa zaczyna o ósmej rano, o dwunastej w południe przychodzi jeszcze Kubanka i pół Francuzka, pół Żydówka, wychowana we Francji. O szesnastej, gdy ja wychodzę z pracy, przychodzi druga zmiana – w grupie jest między innymi Francuz, Węgier i Kanaryjka. Tak się składa, że Włoszka oraz pół Niemka, pół Finlandka, która notabene wyszła za mąż za Serba (jakiej narodowości są ich dorosłe już dzieci???), mają dzisiaj wolne. Ale za to w dziale public relations siedzą Hiszpan, Włoch i Czeszka. Kiedy chwilowo nie ma ruchu i nie trzeba się zajmować turystami, przychodzi boy hotelowy z Mauretanii. Uczy mnie trochę arabskiego. Jest czarny, jest muzułmaninem, ja jestem biała i z katolickiego kraju, świetnie się dogadujemy.

Wychodzę z pracy. Wracam do domu taksówką, bo akurat auto mi nie działa. Taksówkarz jest z kraju Basków i nie wiedzieć czemu, z Baskami zawsze znajduję wspólny język. Ucinamy sobie miłą pogawędkę. W mieszkaniu siedzi współlokatorka, pochodzi z Walii. Za chwilę wpada jej chłopak, on akurat jest z Mołdawii. Czasem z nim pogadam moim łamanym rosyjskim, mołdawskiego za nic nie rozumiem. Na piwo umówiłam się dziś z Włoszką.

Tak się na co dzień mieszamy z tymi narodowościami. I nikt nie ma ochoty się z tego powodu wysadzać w powietrze. Niech żyje multikulti! Niech żyją Wyspy Kanaryjskie!