Archiwa tagu: lanzarote

Pada deszcz

No i wreszcie nadeszły te dni. Deszczowe. Na Wyspach Kanaryjskich pada niezwykle rzadko, ale jednak i tu czasem się zdarza. Jak to ma miejsce obecnie, gdzieś nad oceanem toczy się prawdziwa nawałnica, a my tu na wyspach dostajemy rykoszetem.

Zazwyczaj deszcz to okazja, by wprowadzić stan wyjątkowy. Lokalne władze informują o zagrożeniach. Gdy silne opady trwają ponad pół godziny, to już zazwyczaj początek klęski żywiołowej. Tu trzeba jednak przypomnieć, że Kanaryjczycy są na deszcz wyjątkowo nieprzygotowani, więc nie potrzeba wiele by pozalewało wioski i miasteczka. Jak będziecie na Lanzarote, poszukajcie kiedyś chociaż jednej rynny. Może gdzieś jest. Mnie do tej pory nie udało się znaleźć.

Lokalna administracja przypomina dzisiaj na łamach prasy by m. in. zamykać okna i drzwi, aby woda nie przedostała się do wnętrz. Należy także zrezygnować z wybierania się na wycieczki oraz kemping. Szczególnie ostrożni muszą być kierowcy. Powinni zredukować prędkość i jeśli deszcz zastanie ich, gdy akurat będą w trasie, nie mogą zapomnieć o tym, by pozamykać w samochodzie okna i drzwi. To o zamykaniu okien wydaje mi się szczególnie ważne. Na Kanarach pada tak rzadko, że przeciętny kierowca mógłby przecież nie zauważyć, że właśnie leje mu się woda do środka i już zdążył zmoknąć.

Choć deszcze zapowiadane były od niedzieli, w Las Palmas na Gran Canarii jeszcze się nie pokazały. Wczoraj wieczorem padał taki drobny kapuśniaczek, a nawet jeszcze mniej niż kapuśniaczek. Wiecie taki deszcz, kiedy to nie wiadomo, czy rozkładać parasolkę czy nie i samych siebie pytacie: ale pada, czy nie pada? Jednak dziewczyny w szkole tańca doniosły, że w innych rejonach wyspy deszcz był. Polacy na Lanzarote widzieli nawet tęczę. Póki co największe opady spodziewane są na Teneryfie, według prognoz dziś nawet w ciągu godziny w Santa Cruz może spaść nawet 30 litrów na kilometr kwadratowy. Ponoć popada też w centrum i na południu Gran Canarii.

Tak więc siedziałyśmy wczoraj w Las Palmas w szkole tańca, już po lekcji i po tym niby deszczu. Godzina dziewiąta wieczorem, dwadzieścia dwa stopnie, ciepło, nic nie zapowiada żywiołowych klęsk. My w Polsce nazywamy to ładną pogodą, na Kanarach zaś mamy sytuację wyjątkową. Jedna z tancerek obuła się w sięgające do kostek gumiaki, czym wzbudziła niemałą sensację.

– Ale masz fajne buty – zachwycały się dziewczyny, a mnie przez głowę przeszła myśl, po co komuś gumiaki na Wyspach Kanaryjskich. Chyba przydają się równie często jak japonki Eskimosom.

Znowu jest pięknie

Znowu jest pięknie. Na całej Gran Canarii, od wydm na południu, poprzez górzyste centrum aż po skaliste północne wybrzeże fantastyczna pogoda. Świeci słońce, jest około trzydziestu stopni i nie wiadomo, czy bardziej błękitne jest niebo czy ocean.

– Jaki cudowny dzień – zachwyca się Kanaroniemiec, który właśnie wrócił z Niemiec, gdzie marzł przez tydzień. (No, no, nie chodzi o to, że aż tak bardzo tam cierpiał. Przez cały tydzień zajadał się pysznymi frankfurterkami, więc w skali szczęśliwości wyszedł na swoje). Idziemy deptakiem wzdłuż słynnej plaży Las Canteras w stolicy wyspy.

– Niesamowity – przytakuję i myślę sobie, że to faktycznie jeden z najpiękniejszych dni, jakie widziałam w Las Palmas. Takie nasilenie błękitów, nasycenie barw, że nie można się nadziwić, wydaje się, że nawet powietrze jest kolorowe. Gorąco, ale lekki wiatr, który wieje od oceanu, przyjemnie chłodzi. Ludzie wylegują się na plaży, przesiadują w knajpach.

Od kilku dni na całym archipelagu jest podobnie. Po trzydzieści, czterdzieści stopni, pogoda by plażować i cieszyć się życiem. I generalnie tak nam życie upływa: w tak pięknych okolicznościach przyrody. Nie będę się rozpisywać o tym, że gdy wokół jest ładnie, człowiek czuje się szczęśliwszy, ani o wpływie witaminy D na nastrój i że potrzeba słońca, by organizm mógł tę witaminę zsyntetyzować. To są rzeczy oczywiste. I jedną z myśli, która przebiega człowiekowi przez głowę, gdy codziennie rano zmierza do pracy, jest: jaki piękny dziś dzień. Znowu piękny dzień.

Ale… Nie bylibyśmy Polakami, gdybyśmy nie dopatrzyli się jakiegoś ale. Wszystko cudnie, ładnie, jednak czasem w ciągu roku, niezwykle rzadko, zdarzają się gorsze dni. Bywa, że nie ma słońca i przez cały dzień jest zachmurzone, bywa, że tak ze trzy razy do roku spadnie deszcz. Że w ciągu całego słonecznego roku, akurat jeden tydzień jest deszczowy. A tu pech, że akurat w takim tygodniu przylatuje rodzina. Człowiek musi potem za cały archipelag oczami świecić i tłumaczyć się rodzinie po co kazał tych kremów przeciwsłonecznych nazwozić, kiedy słońca akurat nie widać.

No i co ja mam tym znajomym powiedzieć, którzy byli tu tydzień temu? Spędzili jeden dzień w Las Palmas, akurat było trochę zachmurzone a na słynnej plaży Las Canteras był odpływ. Ocean pachniał oceanem intensywniej, jak to ma w zwyczaju podczas odpływu (chyba chodzi o to, że śmierdziało rybami), no i rzeczywiście nie zachęcał do kąpieli. Zimno było jak na październik, tylko dwadzieścia stopni. Ci znajomi spędzili w Las Palmas jeden dzień i już, olaboga, na zawsze będą myśleć, że na plaży okrzykniętej jedną z najpiękniejszych miejskich plaż na całym globie, jest kiepsko.

A ci znajomi, którzy jesienią 2014 roku trafili na najbardziej deszczowy tydzień najbardziej deszczowego listopada. Którzy, przypływając promem z Lanzarote na Fuerteventurę, porządnie zmokli. I swój pierwszy wieczór na Fuercie spędzili, no na tarasie wprawdzie, ale pod dachem, bo akurat był rzęsisty, porządny deszcz, lało jak w Polsce, nie przymierzając.

I jeszcze turyści, którym podczas zameldowania w hotelu, powtarzałam w kółko, że tutaj nie pada. A tu nagle, następnego dnia rano, bach, deszcz!

Ale teraz wszystko znów w normie, cudnie jest na plaży w Las Palmas. Jest pięknie, żyć się chce.

Jednak, żeby nie było, że tak idealnie. W tak pięknych okolicznościach przyrody muszę zabrać się znów za naukę niemieckiego.

Jestem kobieta pracująca. Żadnej pracy się nie boję

– Wiele rzeczy w tym kraju jest nie tak – Młody Romantyk ocenia sytuację hiszpańskiego zatrudnienia. Siedzimy sobie w jadalni dla personelu w jednym z hoteli na południu Gran Canarii. Jest przedostatni dzień mojej pracy. Po roku kończy mi się umowa i gdyby firma miała ją przedłużyć, musiałaby mi wręczyć umowę na czas nieokreślony. A tego oczywiście nie zrobi.

– Wiesz akurat w tym kraju to mimo wszystko jest całkiem dobrze. W innych jest o wiele gorzej – odpowiadam Młodemu Romantykowi. – I przypominają mi się moje podróże na Ukrainę, na Litwę, Łotwę, Estonię i do jeszcze kilku innych krajów. I jeszcze ta historia opowiedziana przez przypadkowo napotkaną kobietę na Łotwie. Pracowała w wytwórni konserw rybnych. Mówiła, że gdy przyszedł kryzys, firma przestała wypłacać wynagrodzenie, a jej miesięczną pensję stanowiły konserwy rybne.

– W innych miejscach jest gorzej, co oczywiście nie przeczy temu, że w Hiszpanii trylion rzeczy urządzonych jest nie tak – potwierdzam.

Akurat Młody Romantyk i ja jesteśmy w całkiem nie najgorszej sytuacji. Ja po przepracowanych dwu i pół roku mam prawo do bezrobocia przez minimum cztery miesiące. Kalkuluję, że będzie to około tysiąca euro na miesiąc. To wystarczająca kwota, żeby tu przeżyć, bez rewelacji, ale i bez głodowania. Zamiast więc na gwałt szukać nowej pracy mogę sobie urządzić małe wakacje. Młody, dopiero co po studiach i pierwszych praktykach, jest właśnie po raz pierwszy zatrudniony. Ale gdy miną mu cztery miesiące umowy, nie chce jej przedłużać do roku. Jego plan na najbliższe lata to bowiem jakaś fantastyczna podróż a nie obsługiwanie turystów. I tak nad ryżem i sałatką rozmawiamy sobie o sytuacji w Hiszpanii, o tym, że kryzys się skończył i o planach na przyszłość.

Raczej nie martwię się za dużo o znalezienie nowej pracy. Na południu wyspy jest dużo hoteli, które pracują w podobny sposób, umowa na rok, a później zatrudnia się kolejną osobę. Wszystko po to, by nie zatrudniać na stałe. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, jakiś procent pracowników musi mieć umowy na czas nieokreślony.

Gdy dana osoba przepracuje rok, później ta sama firma nie może jej zatrudnić przez cztery miesiące, jeśli nie chce jej dać umowy na stałe. Niektóre hotele w tym czasie oferują kontrakty na zastępstwo, a później znów na rok, na to prawo pozwala. W hotelu na Lanzarote, w którym pracowałam, sporo pracowników ze stałymi umowami firma wysyłała co roku na dwa miesiące bezrobocia. Świadczenia były mniej więcej tak wysokie jak pensja. Do tych dwóch miesięcy dodawano wakacje i robiły się trzy miesiące wolnego.

W tym systemie zawsze jest więc jakiś hotel czy firma, które szukają pracowników. Niektórzy narzekają, bo chcieliby stałą umowę i kredyt w banku. Inni się cieszą, biorą to bezrobocie i jadą sobie do Tajlandii. Choć akurat w tym przypadku muszą liczyć na łut szczęścia, żeby się nie wydało, bo jak się dostaje pieniądze od państwa, to państwo zabrania wyjeżdżania w długie podróże.

Ta nieustanna rotacja pracowników sprzyja obcokrajowcom, tym, którzy dopiero co przyjechali, łatwiej im jest gdzieś się załapać na początku. Choć oczywiście te początki nie są łatwe. W tym systemie pracowałam już dwa razy na recepcji w hotelu, jako przewodnik wycieczek i sprzedawca w centrum aloesowym.

Kryzys w Hiszpanii się skończył, na Wyspach Kanaryjskich pełno turystów a hotele pękają w szwach, Młody Romantyk jeszcze nie wie, gdzie pojedzie w podróż, ale wie, że pojedzie. Zjadłam mój ryż, a Młody swoją sałatkę. Skończył się mój przedostatni dzień w pracy.

Bardzo zimna Polka

– Na początku to Cię nie lubiłem – krzywi się mocno. – Ale teraz już jest dobrze – wyznaje mi ni stąd ni zowąd Ekswłaściciel Knajpy w Las Palmas, a obecnie mój kolega z pracy.

No tak – myślę sobie – bo ja jestem chłodna, zdystansowana Polka z zimnego kraju, a tutaj każdy się uśmiecha częściej niż oddycha, wszyscy są sympatyczni i wszyscy do wszystkich zwracają się per kochanie.

Zatem pewnego dnia, nie tak dawno, gdy dotoczyłam się do pracy w dosyć kiepskim, a może po prostu nieentuzjastycznym humorze, Ekswłaściciel Knajpy podszedł do mnie z szerokim uśmiechem i zapytał, a co ja jestem taka dzisiaj smutna. Zmierzyłam go swoim polskim wzrokiem i odparłam:

– No a jaka mam być? – i okazało się, że tym można Kanaryjczyka mocno przestraszyć.

Gdyż, otóż, ponieważ powinnam być uśmiechnięta, sympatyczna i odpowiedzieć mu coś w stylu – no co Ty skarbie, jest super, a jeszcze teraz, gdy Cię zobaczyłam, to już w ogóle mam świetny humor.

Kanaryjczyk nie ma bowiem w zwyczaju za dużo narzekać, a już na pewno nie komuś kogo zna mało lub nie zna wcale. Dla pani w banku, pana na poczcie, kierowcy w autobusie, sprzedawcy w spożywczaku, dla ludzi napotkanych na ulicy, mijanych po drodze do pracy, dla nieznajomych, którzy pytają o drogę, dla – naprawdę, nie żartuję – osoby opalającej się tuż obok na plaży (tu nie ma plażowych parawanów!) Kanaryjczyk będzie przeważnie szalenie miły. Zatrzyma się, pomoże, podpowie, zagada, uśmiechnie się i życzy miłego dnia. Zatem, jeśli stoicie w kolejce w supermarkecie i pani się coś w kasie zablokuje albo nie będzie mogła sczytać kodu, i będziecie tak stali, i stali a kolejka będzie rosła, należy się do pani kasjerki uśmiechnąć i powiedzieć jej, żeby się nie denerwowała, bo przecież nic się nie dzieje, po czym dalej radośnie i swobodnie sobie w tej kolejce czekać. Taksówkarzowi, który wiezie was na lotnisko, należy opowiedzieć połowę swojego życia, a i on odwdzięczy się, informując was, gdzie studiują jego dzieci, ile ma wnuków i że córka wyszła za mąż za Niemca, ale mieszkają w Las Palmas, bo wiadomo. Gdy ktoś na ulicy niechcący na was wlezie, to absolutnie nie można się na niego skrzywić, tylko serdecznie uśmiechnąć i go pozdrowić. A jak ktoś się ryje przed was w kolejce, to go przepuścić i – wiadomo – uśmiechnąć się.

– Widać było, że pani za bardzo się nie zna i raczej Ci nie pomoże, ale była tak szalenie sympatyczna i urocza, że trudno się zezłościć – oceniła polska Profesorka Bellydancerka, przyglądając się moim zmaganiom w banku. – Tak, są często niekompetentni, nie da się, nie potrafią, nie mogą, odmawiają pomocy, ale z takim wdziękiem.

Wokół jest zatem sypmatycznie, miło i przyjaźnie. A do tego jeszcze wszyscy mówią do siebie czule. Cielo, cariño, mi niña, amor (dosł. niebo, kochanie, moje dziecko, kochanie).

Jaka mi niña, kiedy jestem od Ciebie starsza. I nie jestem żadne Twoje kochanie – mam czasem ochotę wypalić, ale gryzę się w język.

Bo jak ma biedny Polak – przyzwyczajony do krzywienia się, marudzenia i narzekania – to wszystko znieść? Tę niezliczoną ilość słoneczek, buziaków i kochania?

I taka sytuacja na Lanzarote. Po dziewięciu miesiącach pracy w hotelu, gdy już tę pracę zdążyłam zmienić, pewnego dnia idę sobie spokojnie przez Costa Teguise, a tu nagle spotykam znajomą z tamtego hotelu. Jak Boga kocham, przysięgam wam, ja nigdy z nią w ciągu tych dziewięciu miesięcy nawet nie porozmawiałam dłużej. Przychodziła odebrać klucze albo zostawić klucze, ja te klucze wręczałam, uśmiechałyśmy się, co tam, jak tam, co słychać, dziękuję dobrze, a to fantastycznie. A tu nagle ją spotykam i ona wpada w euforię, jakby zobaczyła księcia ze złotym trzewiczkiem wprost z bajki o Kopciuszku. I zaczyna:

– O jej, ale się cieszę, że Cię widzę! Jak tam? Co u Ciebie? I praca? I rodzina? – pyta rozentuzjazmowana, a ja nic z tego nie rozumiem. Bo przecież wiem, że wcale się nie cieszy, bo jest jej wszystko jedno i mnie jest wszystko jedno. No dobrze, fajnie, nawet miło, ale żeby aż tak?

– No powiedz, czemu ona mi tak nagadała? – opowiadam tę całą historię teraz Ekswłaścicielowi Knajpy. – Przecież to fałszywe, przecież to nieprawda, przecież jej to nie obchodzi – upieram się w mojej polskiej mentalności.

– To nie o to chodzi – tłumaczy. – Kanaryjczycy po prostu chcą, żeby była miła atmosfera, żeby było fajnie. Starają się tę miłą atmosferę wprowadzić.

I tak, dla tej atmosfery, staram się dzielnie przyjmować na klatę te wszystkie skarbeczki, buziaczki i słoneczka, które płyną w moją stronę. A jak już mi jest tak bardzo ciężko, za dużo, zbyt pięknie, to idę sobie od czasu do czasu pogadać z Niemcami. Od razu robi mi się lepiej. Ostro, szorstko, swojsko. Prawie jak w domu.

Przylot

Chmury nad Małopolską, tuż po tym jak samolot wystartuje z lotniska w Balicach, są tym razem wyjątkowe. Gęste, puchate, białe jak wata cukrowa, cały wszechświat złożony jest z tych chmur i zapewne można by się przekonać, że są miękkie, gdyby tylko można było ich dotknąć. Wyglądają zupełnie jak obłoki, przez które leciał Atreyu na – równie białym i kudłatym jak te obłoki – smoku Falkor w Niekończącej się opowieści.

Dobrze, że lot jest tym razem o ludzkiej porze, w środku dnia, ani wcześnie rano, ani późno w nocy, dobrze, że jest miejsce od okna i nie przy skrzydle. Reszta jest mniej więcej jak zawsze: miła obsługa, podła kawa, Polacy lecą na wakacje, Hiszpanie wracają z wakacji, nie wiadomo, po co lecą Włosi, tyłek boli od siedzenia ponad pięć godzin.

Polska z widziana z góry jest zielona, nieskończenie zielona, pocięta w szachownicę prostokątnych pól. Gubię się, jaką trasą dokładnie lecimy, bo dwa razy opuszczamy ląd i trafiamy nad wodę. Już powiedziałam sobie w myślach: no to pa Europo, teraz ocean; a tu nagle znowu lecimy nad lądem stałym. Może ten samolot z Krakowa na inną trajektorię niż ten z Warszawy i kieruje się od razu bardziej na południe, trafiając tym samym po drodze nad Morze Śródziemne? A może po prostu trasa na Gran Canarię jest wytyczona inaczej niż na Fuerteventurę? Na przykład, lecąc z Berlina na Fuerteventurę przecina się Francję, Hiszpanię, Portugalię i hop nad ocean wzdłuż marokańskiego wybrzeża. O żadnym Morzu Śródziemnym nie ma mowy.

Jak człowiek jest wciśnięty na siedzeniu pod oknem, a Hiszpanie obok śpią i nie za bardzo można łazić wte i wewte, jedną z rozrywek pozostaje czytanie. I kawa. I gapienie się na chmury. I na współpasażerów. I nie wiadomo co jeszcze.
Przy lądowaniu, gdy samolot zniża się blisko oceanu, zawsze jest ten lekki dreszczyk, że pilot się pomyli i trafi w taflę wody. Szczególnie gdy się leci na Lanzarote, gdzie pas do lądowania jest przy samej plaży. Teraz z góry pięknie widać maleńką La Graciosę, czarną, wulkaniczną Lanzarote, suchą, pustynną Fuerteventurę. Za Gran Canarią wyłania się Teneryfa ze swoim najwyższym szczytem El Teide.

Pilot trafił. Samolot osiada gładko na pasie, publiczność, pardon, raczej pasażerowie biją brawo. Bienveniods a Gran Canaria.

Koniecznie pojedźcie na Lanzarote

Kręcąc się po różnych miejscach, tu i tam, zwiedzając Gran Canarię, plątając się po Fuerteventurze i mając w pamięci obrazki z Europy, dochodzę do wniosku – w życiu przynajmniej raz trzeba się wybrać na Lanzarote. Nie chodzi już o same wulkaniczne pejzaże, ani o park narodowy Timanfaya, gdzie ziemia jest ciągle gorąca i można sobie zjeść kurczaka upieczonego na żarze buchającym z jej wnętrza. Nie chodzi nawet o same plaże – białe, czarne, z kilkudziesięcioma rodzajami piasku, do wyboru, do koloru. Ani też o rozpieszczający przez cały rok klimat. Na Lanzarote udało się coś, o co trudno na całym świecie – została uratowana od brzydoty.

Gdziekolwiek by się nie zjawił na świecie tzw. cywilizowany człowiek, tam zawsze wybuduje coś brzydkiego. W najpiękniejszych miejscach, jakie stworzyła przyroda, znajdzie się jakiś paskudny hotel, szkaradny budynek-pudełko, coś dziwnie niepasującego do reszty, w dziwnych kolorach, kiczowate, postawione nie tak. Wie o tym każdy, kto spacerował po centrum Warszawy, wybrał się na wakacje do Zakopanego albo wyściubił nos poza krakowskie Stare Miasto. Nie jest to zresztą tylko polska przypadłość, na tzw. Zachodzie, czyli mitycznej krainie, w której – jak wierzymy nad Wisłą – wszyscy żyją dostatnio, bogato, radośnie, mają wysokie emerytury w euro i mądre rządy, otóż i tam pełno jest brzydoty. Brzydoty architektury, brzydoty powołanej do życia ludzką ręką, brzydoty bezkształtnych budynków, pstrokatych reklam, fikuśnych krasnali przy drodze, pseudopałacyków, chaosu, bałaganu i braku dobrych pomysłów.

Na tym tle Lanzarote wydaje się miejscem niezwykłym, ziemią obiecaną. Oczywiście nie w stu procentach, ale jeśli wpadliście tu z Radomia albo Wałbrzycha, to tych lanzarockich niedociągnięć nie uda się wam dostrzec. Niemal cała wyspa zabudowana jest na biało, architektura jest idealnie wkomponowana w krajobraz, jasne domy na czarnych wulkanicznych skałach malują niezapomniany pejzaż. To zasługa pracującego w lokalnej administracji Jesusa Soto oraz architekta i artysty Cesara Manrique.
Jesus Soto od 1965 roku pełnił funkcję maestro artístico w urzędzie zawiadującym wyspą. Po polsku powiedzielibyśmy, że był plastykiem miejskim, z tym, że zajmował się nie tylko stolicą, ale całą Lanzarote. Miał głowę pełną odważnych pomysłów, przeprowadzał szereg projektów, odpowiadał m.in. za przygotowanie jaskini Cueva de los Verdes dla zwiedzających. To właśnie Soto zaproponował by ściągnąć na Lanzarote mieszkającego wówczas w Nowym Jorku i słynnego w świecie sztuki Cesara Manrique. Sława Manrique miała działać jak magnes przyciągający gości na debiutującą w przemyśle turystycznym wyspę. Jesus Soto miał w tej kwestii absolutną rację, do dziś nazwisko Manrique jest jednym z symboli i znaków rozpoznawczych promujących wyspę, marka „made by Manrique” to idealny chwyt marketingowy.

Z jednej strony pracujący dla urzędu plastyk, z drugiej strony znany artysta, do tego jeszcze skupiona wokół nich grupa ludzi zadbała nie tylko o rozwój turystyczny wyspy, ale także o estetykę. Wprowadzono regulacje dotyczące architektury – by budować białe, niewysokie domy, zgodnie z duchem tradycyjnej architektury i dopasowując budynki do czarnego, wulkanicznego krajobrazu. Zabroniono stawiania wieżowców, jedyny na całej wyspie wysoki hotel znajduje się w stolicy wyspy. Efekty tych działań każdy może zobaczyć na własne oczy.

Zawsze gdy plączę się po zakamarkach Lanzarote, gdy trafiam do wiosek wyglądających jak z architektonicznych żurnali, zastanawiam się, jak by to było u nas. Wyobraźcie sobie, że taki polski Soto z polskim Manrique powiedzieliby gdzieś w Zakopanem albo Poroninie: „słuchajcie chłopaki, od dziś budujemy tylko z drewna, nie wyżej niż dwa piętra, nikt się nie wyróżnia i nie wolno na różowo.” Ciekawe, czy by to przeszło.

Przepraszam, nie rozumiem

Płakać mi się chce. Nie mam siły. Mam dość. Nie rozumiem.

Uczę się języków dniami i nocami. Czasowniki, wyrażenia, słówka, z książek, bez książek, z telewizji, w kinie, w barze, gadam do ludzi, słucham. Nieustający zawrót głowy. Ileż to może trwać, rok, dwa, trzy? Trwa już czwarty rok, uczę się tych języków – a szczególnie hiszpańskiego – na okrągło. I nadal kiepsko to widzę. I nienajlepiej słyszę.

Poranne zebranie w nowej pracy, hotel na Gran Canarii. Na tablicy markerem wypisane nowości. Czytam i – z tym moim zaawansowanym poziomem hiszpańskiego – nic nie rozumiem. Szef siedzi za biurkiem i gdy mówi zwrócony do całej grupy, jest dobrze, rejestruję. Ale nagle robi zwrot do komputera i zaczyna coś mówić zza pleców. Wysoki blondyn, zupełnie nie wygląda na Kanaryjczyka, ale akcent ma typowo kanaryjski. Dla przeciętnego Polaka oznacza to – nieważne, jak będziesz się starać, jak ktoś będzie mówił szybko i tak nie zrozumiesz. Wychodzę z tego zebrania kompletna tabula rasa. Hm, dzień jak co dzień, takie życie, przyzwyczaj się i tak zawsze będziesz z tyłu. Nie ma dnia, żeby nie było czegoś nowego do nauki, jakichś nowych słów. I tak przez całą emigrację, na wieki wieków.

Do Hiszpanii przyjechałam, nie znając hiszpańskiego. Pierwsze cierpienie z tego powodu, objawiło się na imprezach. Co za koszmar siedzieć parę godzin z ludźmi, których się kompletnie nie rozumie, w grupie Hiszpanów, w której nikt nie mówi po angielsku. Co za nuda. Oni gadają, śmieją się, bawią się świetnie, a ty siedzisz jak kołek i tylko obczajasz, że ktoś powiedział żart, gdy wszyscy nagle parskają śmiechem. A później ci Hiszpanie pytają, czemu ta Polka taka dziwna jakaś, z nikim nie gada, nic się nie odzywa. Musi być jakiś gbur.

Później cierpi się w pracy.

– Ty mi mów, jak czegoś nie rozumiesz – powtarzał szef z hotelu na Lanzarote.

– Chłopie – myślałam sobie wtedy – jakbym się przyznała za każdym razem, kiedy nie rozumiem, to byś mnie już dawno z roboty wywalił.

Na początku mojego pobytu na Lanzarote, uczyłam się więc nie tylko intensywnie hiszpańskiego, ale także opanowywałam sztukę znaczącego potakiwania głową, uśmiechania się i robienia takiego wyrazu twarzy, jakbym wiedziała o co chodzi. Do tego dodaje się kilka słów typu: zgoda, jasne, oczywiście, dokładnie, absolutnie. Ta technika działa szczególnie w przypadku Niemców, którzy bardzo się denerwują, jeśli czegoś nie rozumiesz. Przechylasz więc lekko głowę, potakujesz i mówisz genau. Od takich konwersacji z Niemcami później człowieka boli kark.

Jednak technika – nie mam pojęcia o czym mówisz, ale i tak będę przytakiwać – nie zawsze się sprawdza. Kiedyś do hotelu na Lanzarote, w którym pracowałam, przyjechali pracownicy firmy zewnętrznej, żeby zainstalować wifi. Musieli zostać na parę dni, więc ich w hotelu zakwaterowano. Pewnego piątku przyszedł jeden z tych panów od wifi i coś do mnie mówił. Potakiwałam, uśmiechałam się i mówiłam: tak, tak. Ze dwa dni później przyszła zdziwiona szefowa sprzątaczek, pytając, czy ci od wifi, to jeszcze są w hotelu, czy nie, bo niby pojechali, ale ich rzeczy zostały. Panowie od wifi wyparowali. Szef wkurzony nieco, no bo co to za firma niepoważna, zaczął więc ich poszukiwania. A potem wrócił wkurzony na mnie. Okazało się, że ten od wifi, jak ze mną gadał, to mówił, że wyjeżdżają na weekend, ale wrócą z początkiem nowego tygodnia i pytał, czy mogą rzeczy w pokojach zostawić. A ja przecież kiwałam głową i mówiłam, że tak.

Tak więc teraz w nowej pracy porzuciłam technikę przytakiwania, na technikę pytania, gdy nie rozumiem. I czuję się jak najgorszy uczeń w klasie, gdy wszystkie dzieci znają już odpowiedź, a tylko ostatnie ciągle się gubi i nie wie, o czym mowa. Bo okazało się na przykład, że słowo tetera, które używałam by określić czajnik, tak naprawdę oznacza dzbanuszek, przynajmniej według niektórych. A jak spytałam, to jak właściwie jest czajnik po hiszpańsku, to dwoje Kanaryjczyków i Meksykanka zaczęli taką dyskusję, jakby się spierali czy lepiej wychodzić na pole czy na dwór. Ja jako jedyna nie wiedziałam, że biberón to butelka ze smoczkiem. A jak na zebraniu była mowa, że klienci z jednego pokoju chcieli kupić cuenco de madera, to tylko ja nie wiedziałam, że chodzi do drewnianą miskę. Wszyscy kręcą głowami i mówią ze zdziwieniem – to tego nie wiesz?!

Ale muszę się przyznać, że przy tej całej szczerości i przyznawaniu się, że nie kumam, raz mi się zdarzyło. Ten Niemiec, którego przez telefon nie mogłam zrozumieć, o coś mnie pytał. Trzy razy mi powtarzał, a ja nie mogłam skumać. No i potwierdziłam, że tak, choć nie wiedziałam, o co chodzi. Później w stresie chodziłam, że skandal jakiś wybuchnie. Dwa tygodnie minęły, nie wybuchnął. Chyba mi się upiekło.

Gdzie się kończy cywilizacja?

Dla przeciętnego – o ile istnieją przeciętni – Europejczyka cywilizacja kończy się na Fuerteventurze.

– O Boże, co wy tu robicie, przecież tu nic nie ma – słyszałam tysiące razy, a w słowie „nic” zawierają się takie osiągnięcia ludzkości jak na przykład stadion narodowy, muzeum sztuki współczesnej, do którego i tak nikt nie zagląda, ale fajnie, że jest, dyskoteki na każdym kroku, Ikea, korki uliczne, drapacze chmur i tym podobne wynalazki. Takich „nic” rzeczywiście nie ma. Do kina mam jakieś pięćdziesiąt kilometrów. „Dziękujemy, że nas wybrałeś” – padło kiedyś w tym kinie z ekranu tuż przed seansem.

– Pfff, nie mamy innego wyboru – prychnęła Francuzka Marion.

Do kina mam jakieś pięćdziesiąt kilometrów, Madonna nas nie odwiedza, gdy udaje się na tourne po świecie, zapomnieli o nas krytycy literaccy, wielkie decyzje tego świata zapadają nie tutaj, a gdy zapadają, to często nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo na plaży nie ma telewizji. Jeśli ktoś zatęskni nagle za miastem, to płynie na Gran Canarię do Las Palmas. Albo leci do Hiszpanii na kontynent.

Granica cywilizacji przesuwa się człowiekowi wraz z miejscem zamieszkania. Wcześniej było nią dla mnie Lanzarote, ale ta przy Fuerteventurze wydaje się metropolią.

– No wy tu macie naprawdę cywilizację, tyle rond i semafory na drogach – dziwiła się znajoma z Fuerteventury, która odwiedziła mnie, gdy mieszkałam na Lanzie.

A później człowiek się przenosi na Fuerteventurę i odkrywa, że ten stadion narodowy i semafory, i Ikea nie są w ogóle do szczęścia potrzebne. Jest plaża, wydmy i też jest dobrze.

Aż tu okazuje się, że to jeszcze nie to, że może być jeszcze mniej, jeszcze bardziej dziko. Na Kanary wróciła ostatnio polska Kitesurferka, która mieszkała przez jakiś czas na Wyspach Zielonego Przylądka.

– I tam to nic nie ma, a tu mi się wydaje, że wszystko jest, cywilizacja – opowiada. Wyspy Zielonego Przylądka, tak jak Kanaryjskie, zaliczają się do Makaronezji. Cabo Verde leżą na Oceanie Atlantyckim, tysiąc pięćset kilometrów na południe od Kanarów, przy wybrzeżu Senegalu. I bardzo często porównuje się Wyspy Zielonego Przylądka z Kanaryjskimi, mówi się, że są to takie Kanary sprzed trzydziestu a może czterdziestu lat. Tak dzikie i nierozwinięte.

– Nic tam nie ma, naprawdę nic – opowiada Kitesurferka z Polski. – Mnie to za bardzo nie przeszkadza, bo mam kite’a, ale kiedy nie ma warunków – dobrych fal i wiatru, to nie ma co robić. Nie można iść na zakupy, bo tam po prostu sklepów nie ma, żadnych galerii handlowych, sieciówek, żadnych „chińczyków”. Nie można iść do supermarketu, żeby kupić kawałek ryby, bo nie ma supermarketu. Rybę można kupić u rybaków, którzy dopiero co łowili.

Jest w La Olivie na Fuerteventurze taki mały sklepik prowadzony przez tubylców – rodzinę Majoreros. Jakbyście sobie wyobrazili taki słabo zaopatrzony sklep gdzieś w Bieszczadach, chleb, puszki z tuńczykiem, chipsy i pomidory z okolicznych wsi, to wam pomoże nieco poczuć klimat tego miejsca. Obok jest poczta, czynna przez godzinę dziennie. Zajrzała tam dzisiaj polska Kitesurferka. Wróciła z kiścią bananów i mówi:

– No właśnie odwiedziłam coś w stylu największego sklepu na Cabo Verde.

Jeśli więc chcecie zobaczyć archipelag nieskażony komercją, bez all inclusive, semaforów, ba, bez asfaltu i bez reklam coca-coli wybierzcie się na Wyspy Zielonego Przylądka. Ale się pospieszcie. Pewnie i tam wkrótce dotrze cywilizacja.

Józek, gdzie my jesteśmy?

Ludzie się mogą czasem zagubić.

Sytuacja nr 1:

Gdy pracowałam w hotelu w Costa Teguise na Lanzarote, przyszła kiedyś do recepcji turystka z Wielkiej Brytanii. Zapytała mnie, gdzie jest bar Sirocco. Nie wiedziałam, gdzie jest bar Sirocco, wyciągnęłam więc mapę, znalazłam tenże bar i wytłumaczyłam jej, jak tam trafić. Wpatrywała się w mapę dosyć długą chwilę, robiąc przy tym bezradną minę. W końcu podniosła wzrok znad mapy i rzekła:

– Czy to tam, gdzie byliśmy wczoraj?

Zdębiałam na tak postawione pytanie, widziałam bowiem tę turystkę po raz pierwszy w życiu. Cóż mogłam odrzec:

– Przepraszam, ale nie wiem, gdzie Pani była wczoraj.

– Ale to tam, gdzie byliśmy wczoraj? – nie ustępowała.

Sytuacja nr 2:

Ten sam hotel w Costa Teguise na Lanzarote, inni brytyjscy turyści. Przyszli i pytają:

– Skąd odjeżdża autobus na Teneryfę?

– Teneryfa to inna wyspa – wyjaśniłam.

– To co, nie możemy tam pojechać autobusem?

Wielokrotnie powtarzająca się sytuacja nr 3:

Latem 2013 roku pracowałam jako przewodnik, zabierałam turystów z Lanzarote na Fuerteventurę. Grupy międzynarodowe – Hiszpanie, Włosi, Anglicy, Niemcy, Francuzi, Polacy. Wieczorem, po całym dniu wycieczki, gdy wysiadaliśmy z promu w porcie na Lanzarote, na gości czekały trzy autobusy. Akurat trzy, bo na wyspie są trzy główne kurorty – Costa Teguise, Puerto del Carmen i Playa Blanca. Ustawiałam się przy tych autobusach i pytałam wysiadających z promu, dokąd chcą jechać.

– eee… ee… Costa del Carmen! – zdarzało mi się usłyszeć.

– Costa del Carmen nie istnieje. Może być Costa Teguise albo Puerto del Carmen – tłumaczyłam, ale szybko mogłam się zorientować, że moje wyjaśnienia nie pomagały, bo w oczach turystów pojawiało się to znane mi dobrze przerażenie zmieszane z bezradnością. – A w jakim Państwo są hotelu? – zadawałam więc pytanie pomocnicze.

– eeee… ee… – mężowie patrzyli bezradnie na żony, żony na dzieci, a dzieci na dziadków. – O tam! – wykrzykiwali, podsuwając mi pod nos swoje nadgarstki. A to dlatego, że na tych nadgarstkach, mieli bransoletki, które dostawali podczas zameldowania się w hotelu. I na tych bransoletkach na szczęście zawsze widniała nazwa hotelu.

Sytuacja nr 4:

Historia opowiedziana przez rezydentów. Generalnie polecam słuchać rezydentów, ci mają w zanadrzu pełno niesamowitych historii.

Kilka lat temu na lotnisku na Lanzarote wysiadły z samolotu dwie panie. I zapytały, skąd odjeżdża autobus do Barcelony.

– Do Barcelony? – zdziwił się rezydent.

– No tak. Do Barcelony – potwierdziły panie.

– Nie, panie się pomyliły, chodzi o hotel Barceló Lanzarote. Hotel Barceló, nie Barcelona – wydedukował rezydent.

– Nie, nie, my mamy zwiedzać Barcelonę. Taka wycieczka objazdowa – powtarzały panie. Tak mniej więcej toczyła się ta rozmowa, aż w końcu poszukano, sprawdzono i okazało się, że panie faktycznie kupiły wycieczkę do Barcelony. Wpadły jednak spóźnione na lotnisko w Warszawie, rach ciach, szybciutko, w biegu, odprawa w trzy miga i ktoś wsadził panie nie do tego samolotu co trzeba. Turystki podczas lotu też się nie zorientowały, że coś jest nie tak. Zdziwione były co prawda, że ten samolot tak długo leci, bo przecież normalnie z Polski do Barcelony to tyle nie trwa, no ale przecież pilot wie, gdzie ma lecieć, więc co one będą się nad tym zastanawiać.

Sytuacja nr 5:

Tę historię opowiedział mi Młody Przystojny. Zapytała go kiedyś pewna turystka.

– Proszę Pana, a skąd wzięła się nazwa Wyspy Karaibskie?

– Nie wiem – odparł. – Ale mogę Pani wyjaśnić, skąd wzięła się nazwa Wyspy Kanaryjskie, bo na takich się właśnie znajdujemy.

– Jak to?! – odrzekła oburzona. – Przecież ja kupiłam wczasy na Karaiby!

Czy ma Pani męża?

– „Halo, czy na ten katamaran to mamy zabierać ręczniki?” Taki telefon obudził mnie dzisiaj przed siódmą rano – opowiadał mi kiedyś Młody Przystojny. Pracując w turystyce, człowiek musi rozwiązywać tysiące dramatycznych, naglących problemów i to nieistotne, która jest akurat godzina.
Albo taka sytuacja, jesteśmy na imprezie z Młodym Przystojnym i innymi osobami. Jest tak mniej więcej 23.30, Młodemu dzwoni telefon. Telefon alarmowy, na który turyści mają dzwonić w sytuacji zagrożenia zdrowia, życia, czy jak ich ktoś okradnie. A to akurat dzwonił pan, który siedział z żoną w restauracji i ta żona miała akurat urodziny, i ten pan chciał, żeby kelner jakoś tak odświętnie świeczkę zapalił, sto lat odśpiewał, no niech ten kelner coś wymyśli.

– No ale ja nie wiem, jak mu to wytłumaczyć, ja po hiszpańsku nie mówię, to dam temu kelnerowi telefon, niech pan mu wytłumaczy – usłyszał w słuchawce Młody Przystojny.

Generalnie polscy turyści mają wymagania. Kupują te wczasy za tysiąc dwieście, może dwa tysiące złotych i chcą choć przed tydzień w życiu poczuć się jak arabski szejk. Niech więc cały archipelag zasuwa w pocie czoła.

– Mnie to nic nie obchodzi! Niech Pani załatwia! Proszę, ja tu stoję i czekam, a Pani załatwia – wydzierał się na mnie jeden z turystów na Lanzarote, gdy się okazało, że przez pomyłkę nie wpisano go na listę na wycieczkę. – Niech mi Pani da numer no do tej całej Iksińskiej, tej rezydentki!!!

Zdarzają się też skargi oraz sugestie:

– No wie Pani na plaży to powinny być dostępne ręczniki – usłyszałam podczas jednej z wycieczek.

Albo:

– Dlaczego na tej plaży jest tyle piasku?! Wszędzie włazi, cali jesteśmy brudni, oblepieni! Beznadziejnie!

Przyjeżdżają też turyści patrioci:

– No i jak tam wydmy? – zagadywałam zawsze podczas wycieczek na Fuerteventurze.

– No ładne. Ale nasze polskie wydmy o wiele ładniejsze!

Jest też grupa bardziej zainteresowana moim życiem prywatnym niż Wyspami Kanaryjskimi:

– Jak się Pani tu dostała? – muszą koniecznie wiedzieć.

– No tak jak Pani. Samolotem – odpowiadam.

Zazwyczaj następuje seria pytań w stylu: czy ma pani męża?, czy ma pani dzieci?, a mąż to Hiszpan?, a po co pani tutaj przyjechała?, a na ile?, a za ile?, a długo tu pani zostanie?, a co tu pani robi?, co tu można robić?, a ile tu się zarabia?, a tutaj można tak coś normalnie wynająć?, to ma pani tego męża czy nie?

Są turyści wiecznie obrażeni, którym się nic nie podoba. Są też obrażeni, którym wyspa się podoba, ale nie podoba się rezydent albo przewodnik, albo recepcjonista w hotelu i przez całe dwa tygodnie będą temu rezydentowi, przewodnikowi czy recepcjoniście udowadniać, że jest idiotą. Są turyści, którzy okupują recepcję i nie chcą się zameldować w hotelu. Turyści, którzy muszą dostać dokładnie to samo, co osoba w pokoju obok, więc jak on dostał mapę, to ja też muszę mieć mapę! Zdarzają się turyści pijani, którzy wydzwaniają przez całą noc na telefon alarmowy do rezydentów i bełkoczą. Czasem – rzadko, ale jednak – zdarzają się awantury rodzinne, podczas których turyści dzwonią do rezydentów i dokładnie im wszystko relacjonują. Szczytem minionego lata byli panowie, którzy wysmarowali g…. drzwi do apartamentu innych gości, bo tamci akurat nie przypadli im do gustu.

Mimo wszystko trzeba oddać Polakom sprawiedliwość, większość turystów jest miła, sympatyczna i dobrze wychowana. A jeśli chodzi o wady, to bynajmniej Polacy nie wyróżniają się tu jakoś wybitnie na tle innych nacji. Tak się przyglądam narodom zjednoczonej Europy i nachodzi mnie refleksja – w sumie to wszyscy jesteśmy takimi samymi głupolami.