Archiwa tagu: karnawał

Ciąg dalszy historii zwanej zimą

Styczeń i luty upłynęły na wyspach pod znakiem dwóch ważnych zjawisk – pogody oraz karnawału. W tym roku nadzwyczajnych i niezmiennie szalonych.

Była więc sensacja atmosferyczna, pod koniec przedostatniego tygodnia lutego na całym archipelagu zrobiło się nadzwyczaj zimno. Padał deszcz, deszcz prawdziwy, ulewa nawet, a nie jakieś tam kanaryjskie pięć kropelek. Padał grad i – ach, ci ludzie wzruszeni, w lokalnej telewizji, ta kobieta lat (na oko) czterdzieści, w emocjach, bo właśnie, pierwszy raz w życiu grad na oczy widziała – i grad na Lanzarote to nie byle co. Na Gran Canarii i Teneryfie spadł natomiast prawdziwy śnieg. Nie żeby tylko ze dwie kępki, ale prawdziwy, do tego sporo, w górach Gran Canarii można było po kostki zanurzonym w nim chodzić. A z wulkanu Pico del Teide na Teneryfie to niektórzy na nartach zjeżdżali, aż telewizja lokalna pokazywała. Do dziś siedzę i rozmyślam, po co ci ludzie trzymają narty na Teneryfie.

Wszyscy więc naokoło o tej pogodzie rozmawiali, przedzierali się nielegalnie w góry – bo drogi z okazji śniegu zostały zamknięte – by machnąć sobie pamiątkowe zdjęcie i wrzucić na fejsa. W jednym jednak ta atmosferyczna zimna nie zaskoczyła, trwała, jak to na Wyspy Kanaryjskie przystało, nie dłużej niż tydzień. Wróciło słońce, znów jest ponad dwadzieścia stopni, a śnieg szybko znika, bo mrozu jak nie było, tak i nie będzie.

Drugim równie emocjonującym wydarzeniem, choć bardziej przewidywalnym, bo wiadomo, że zdarza się co roku, był karnawał. Wszyscy się przebierali, imprezowali i uczestniczyli w pogrzebie sardynki (Hiszpanie na koniec karnawału palą sardynkę, Polacy pod koniec zimy topią Marzannę, ot, taki lokalny koloryt). W tym roku, m. in z powodu pracy postanowiłam nie wybierać się na karnawał. Plany te jednak spełzły na niczym, bowiem karnawał postanowił wybrać się do mnie. Mieszkam w Playa del Inglés, między słynnym centrum handlowo-rozrywkowym Yumbo a plażą. I to właśnie Yumbo było na południu Gran Canarii samym centrum karnawału.

W minioną sobotę odbywała się wielka parada. Poprzebierani ludzie sunęli przez ulice Playa del Inglés, żelaznym punktem programu, jak to zawsze, była kawalkada poprzebieranych, ustrojonych jako karoce albo pojazdy kosmiczne samochodów. Nie brakło też wielkich, święcących jak neony kasyna ciężarówek bez dachu, za to z platformami wypełnionymi ludźmi, którzy kiwają się i machają w rytm dudniącego techno lub też, co się częściej zdarza, zupełnie bez rytmu, ale równie zaciekle i wytrwale. Jeśli więc bierzesz udział w takiej paradzie i wypiłeś już kilka piw marki Tropical, jest super. Ale jeśli akurat wracasz z pracy samochodem i utkniesz za taką sunącą z prędkością pół kilometra na godzinę wielką techno stodołą, to przypominają ci się wszystkie znane ci przekleństwa w różnych językach.

W minioną sobotę wielka parada ludzi i samochodów odbywała się wtedy, gdy akurat przypadło mi w udziale wracać z pracy do domu. Ponad godzinę stałam w korach w miejscu, gdzie coś takiego jak korki generalnie nie istnieje. Ulicę dojazdową do domu mi zamknięto, zamknięto też drogę wjazdową do Playa del Inglés, najbliższe miejsce, gdzie można było zaparkować było jakieś czterdzieści minut z buta od domu. Cóż było zrobić, poszłam. Tuż pod domem utknęłam w drugim korku, tym razem ludzkim, coś jakbyście po drodze musieli się przedrzeć przez publiczność na koncercie rockowym. Później już poszło gładko i cała trasa z pracy do domu, która normalnie zajmuje mi pięć minut, tym razem trwała dwie godziny. Jak na karnawał nie jest źle. W nocy, jak to w nocy, klasycznie budziły mnie odgłosy imprezy oraz trzaski ściąganych ze ścian i rozpylanych pod domem gaśnic. Nie nic się nie paliło, po prostu Hiszpanie też mają ułańską fantazję.

Rano o szóstej trzydzieści dziarsko ruszyłam po samochód, żeby dotrzeć do pracy na ósmą. Po drodze minęłam kilku supermenów, jaskiniowców, panów w krótkich spódniczkach, wyjątkowo dużo spidermenów, a na widok Sheldona z serialu Big Bang Theory to się już wzruszyłam. Na chodniku siedziały gdzieniegdzie jakieś pary, inne pary przyciskały się do ścian, nie miałam odwagi doglądać, co oni tam o tej godzinie, po całonocnej fieście, z tym rozmytym makijażem jeszcze mogą lub nie mogą. Śmieci i syf, jak to po wielkiej fieście, bez przesady, zaś jak na standardy polskie to w ogóle przy bramach nie śmierdziało moczem. Poza tym odbywało się już ogólne sprzątanie, panowie z miejskich służb zmiatali ulice wielkimi palmowymi liśćmi. Tuż obok nich przemykały trzy czerwone motyle, o pardon, raczej snuły się z wolna, bo o tej porze to już nieloty były. Tak więc w sobotę bawiono się do upadłego, w niedzielę pochowano sardynkę i tak zakończył się karnawał na Gran Canarii.

A ostatnio w nocy na chodniku minął mnie wielki, tłusty karaluch i to niechybny znak, że idzie wiosna.