Archiwa tagu: kanaryonline

Keep calm

Ogromne emocje związane z brytyjskim referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej na Wyspach Kanaryjskich nieco osłabły i wyblakły, przyćmione tak ważkimi zjawiskami jak na przykład ogniska i sztuczne ognie odpalane w noc świętojańską. Nie żeby nikt nie słyszał o Brexicie, no ale gdy Brytyjczycy zajęci byli głosowaniem, Kanaryjczycy byli akurat zajęci zabawą. Nawet dzisiejsze wybory do hiszpańskiego rządu mijają bez większych emocji. Owszem ktoś tam wspomni, ktoś się wypowie, ale tubylcy zupełnie nie potrafią się tak politycznie rozgorączkować jak Polacy. Nie wiem, czy to ta noc świętojańska, czy nieustający upał, czy docierająca z Afryki kalima oprócz saharyjskiego piasku niesie ze sobą taki stan wyluzowania. Jest jak jest – ludzie wzruszają ramionami i wracają do swoich zajęć.

– Koniecznie trzeba się na nich zdenerwować. Jak się nie zdenerwujesz, to nic nie zrobią, czy to mechanik samochodowy, czy robotnik – tak wyjaśnia tajniki kanaryjskich pracowników wychowany tutaj Niemiec. No bo jak wytłumaczyć to, że czterech mężczyzn przyszło wczoraj wymieniać mi małe okienko w kuchni i choć przez czterdzieści minut odmierzali, wymierzali i stukali młotkami, udało im się jedynie zdjąć zewnętrzną część ościeżnicy i rzucić ją na podłogę? Czterech robotników, przy czym jeden w kąpielówkach, widać dopiero co wyszedł z basenu, napracowawszy się tak solidnie, oświadczyło – to my skończyliśmy, w przyszłym miesiącu będziemy wymieniać okno. I zostawili je takie smutne, bez drewnianej obudowy, pewnie na basen im było spieszno.

– Tutaj się pracuje tak spokojnie, bez stresu. I bez podgryzania – zauważa jedna z Polek.

I tak właśnie jest na tym małym archipelagu u wybrzeży Afryki i to jedna z pierwszych rzeczy, których musi się nauczyć obcokrajowiec: czy to Brexit, czy wymiana okna nie ma się co gorączkować ani nadmiernie emocjonować. Ani jedno, ani drugie nie jest powodem by nie spać po nocach, wydzierać się na rozmówców albo przebierać z kąpielówek. Życie jest wystarczająco proste i nieskomplikowane, słońce świeci, ocean jest za darmo i po co się denerwować. Nie dziś, to jutro albo pojutrze. I człowiekowi wiele nie potrzeba do szczęścia. Wszystko może być takie proste i spokojne. Takie jest.

Polityk, a nie obiecuje

W dniu, w którym w Polsce odbywały się wybory prezydenckie, w Hiszpanii były akurat wybory do lokalnych samorządów. Przez jakiś czas przed wyborami jeździły po całej gminie La Oliva na północy Fuerteventury takie samochody-katarynki. Jakiś taki odpowiednik starego polskiego żuka przemalowany w dziwne barwy, pooboklejany plakatami i z megafonem. A z tego megafonu potwornie głośno leciała muzyka, która wypisz wymaluj przypomina nasze swojskie disco polo, wymyśliłam sobie nawet termin canary disco. Skoczne melodie z refrenem Partido progresista majorerooooo, czyli Postępowa partia mieszkańców Fuerteventury. Za każdym razem, jak przejeżdżał ten samochód, a jeździł wszędzie – jak byłam w domu, w pracy, na spacerze, na zakupach, na imprezie – przypominało mi się, kiedy w Polsce po osiedlu jeździł żuk i kierowca krzyczał: marchew, ziemniaki, cebulaaaa. Widać tak się sprzedaje polityków w Hiszpanii jak w Polsce warzywa.

Kandydował między innymi urzędujący już wcześniej burmistrz, na którego wszyscy mówią marqués, czyli markiz. Jak mi wyjaśniła kiedyś Francuza Marion, markiz słynie z tego, że ma swoją firmę instalującą uliczne latarnie. Gdy była lub jest jakakolwiek inwestycja publiczna, buduje się drogę lub chodnik, to markiz zawsze tam stawia te swoje latarnie. Jeszcze asfaltu nie ma, ledwo plany dopiero co wyrysowane, ledwie robotnik się obudził rano, by iść budować drogę, a las latarni już stoi. Część z tych dróg nie wybudowano do końca, więc jak się jedzie z La Olivy do Corralejo albo pochodzi po obrzeżach miasteczek to można trafić w miejsca pełnie niczego i latarni. Które oczywiście nie świecą. Ale widać lud kanaryjski chciałby być dobrze oświecony, bo markiz wybory wygrał.

Jego kontrrkandydatką była pani, która nie ma jeszcze żadnej ksywy wśród mieszkańców. Miała ona wnieść świeżość i zmiany w zastałej gminie. I tu trochę się gubię, bo przecież markiz jest z partii, która ma w nazwie słowo „postępowa” i jest burmistrzem od wielu lat. Powinno być więc już od dawna postępowo a nie jest, no może poza latarniami. Widać w Hiszpanii, jak i w Polsce lewica nie jest lewicowa, liberałowie nie są liberalni, a postęp nie jest postępowy.

Pewnego dnia, gdy byłam w pracy w Corralejo, zajrzała do mnie kontrrkandydatka ze swoimi asystentami, bo akurat robiła obchód ulicy. Wręczyła mi ulotki i zaczęła agitować, pomyślałam sobie, że jest okazja, by się wreszcie dowiedzieć, więc spytałam:

– A ja jestem obcokrajowcem, tylko tu mieszkam. To mogę głosować?
– Normalnie można. Ale trzeba się było zarejestrować. Teraz już za późno – odparła.

Chciałam więc zgłosić postulat, by w przyszłości lepiej przygotowano informacje dla obcokrajowców i w ogóle jeszcze z panią pogadać, ale nagle straciła mną zainteresowanie. Odwróciła się na pięcie i poszła, za nią jej asystenci. I niczego mi nawet nie obiecywała. Że politycy czasem kłamią, oszukują, gadają głupoty, nie wiedzą, o czym mówią, to wiem. Ale żeby niczego nie obiecywali, to mi się jeszcze nie zdarzyło.

Piękną Polkę zapoznam

Chodzę i chodzę wokół tego tematu, zbieram się i zamyślam, jak to napisać, tak czy siak, a może na odwrót, metaforycznie tudzież bardziej dosłownie, lekko w prawo, może bardziej w dół. Nie jest łatwo ugryźć taki temat, nie wiadomo, z której strony i jak zacząć, co wstawić w środek, no i puenta, przecież powinna być jakaś puenta. Ale dzisiaj nadszedł ten dzień, czas spojrzeć w oczy potworowi. Weźcie więc głęboki oddech i zasiądźcie spokojnie do czytania, dziś będzie o mężczyznach.

Będąc młodą Polką w Hiszpanii, musiałam się szybko nauczyć jednego z najczęściej używanych słów w tym kraju – guapo, guapa (ładny, piękny, ładna, piękna). Hiszpanie używają tego słowa na okrągło, komplementując się przy każdej nadarzającej się okazji, zresztą z braku okazji też. Pięćdziesiąt tysięcy razy na dzień ktoś do Ciebie mówi guapa i Ty wszystkim odpowiadasz tym samym. Co więcej to niewinne słowo może Ci nawet życie uratować i ocalić od towarzyskiego faux pas.

– No i spotkałam wczoraj tę znajomą, witam się z nią, mówię hola (cześć) i tu się zawahałam, bo zapomniałam, jak ona ma na imię. Myślę sobie, cholera co za wtopa, co za wstyd, tyle razy ją widziałam i nie pamiętam jej imienia, jak z tego wybrnąć, więc powiedziałam jej ze szczerym uśmiechem hola guapa! – opowiadała nam niedawno w pracy Włoszka z Florencji.

Zatem nawet jeśli kiedyś spotkacie Mike’a Tysona po piętnastej walce, w której stracił wszystkie zęby i całego zielonego od siniaków, nie zapomnijcie krzyknąć z entuzjazmem ¡hola guapo!

Będąc młodą Polką o dość typowej słowiańskiej urodzie, musiałam się też nauczyć nieco dłużej wersji tego powitania. Brzmi ona: ¡Hola rubia! ¡Hola guapa! (Cześć blondynko! Część piękna!). No dobrze, bardziej brzmi: ¡Hooooola ruubia! ¡Hooooola guapa! I wciąż nie wiem, czy chodzi o tę moją olśniewającą urodę, czy tak im trudno moje imię wymówić. Ale rzeczywiście, gdzie się nie ruszę, tam wszędzie słyszę rubia, rubia.

Na przykład ten handlarz samochodami na Lanzarote, który pochodzi z Ameryki Południowej, nie pamiętam, z którego kraju dokładnie, wydaje mi się, że z Kolumbii. Gdy sprzedawał mi auto, zafascynował go nie tylko kolor włosów.

– Ale Ty jesteś biała! – powtarzał, gdy szliśmy do urzędu zapłacić podatek za auto. – W moim kraju, gdybym miał taką białą kobietę! Ech!

Gdy siedzieliśmy w kolejce na posterunku Policji Narodowej, bo miałam problem z dokumentami, opowiedział mi kawał swojego życia.

– Mam teraz kobietę – mówił. – Ale ona nic nie chce robić. Nie pracuje, siedzi w domu, a jak wracam po całym dniu pracy, to nic nie posprzątane, niczego nie ugotowała. Rodzice ją jak księżniczkę wychowywali, nic nie musiała robić. Wcześniej przez pięć lat byłem sam. Wyobrażasz sobie? Pięć lat nie miałem kobiety. Nie wiem czemu. Przecież nie jestem taki najgorszy, prawda?

Pojechaliśmy też do sklepu po wycieraczki, bo te, które były zamontowane, były już bardzo zniszczone.

– No jak oni się na Ciebie gapią! W ogóle nie respektują, że jesteśmy razem – oburzał się.

Ten szczery afekt do mnie nie przeszkodził mu jednak sprzedać mi samochodu po zawyżonej cenie.

– Przepłaciłaś pięćset euro – ocenił mechanik.

Na Wyspach Kanaryjskich pełno jest jednak nie tylko wielbicieli bladej karnacji, ale również filologów amatorów.

– Hm, jesteś Polką. Może pouczyłabyś mnie polskiego – pytają panowie ze śniadą cerą.

– Dobrze – mówię całkiem serio. – To powtórz: w Szczebrzeszynie…

I widzę, jak ich filologiczne zapędy nagle gasną. Nie wiem, co robię źle. Może zamiast recytacji na początku powinnam wyjaśnić dopełnienie bliższe i dalsze?

Wielką chęcią do nauki zapałał też jeden z przewodników na Lanzarote. Na początku zeszłego roku spotkaliśmy się w restauracji, ja byłam tam z polską grupą, on z Hiszpanami.

– Nigdy nie miałem dziewczyny z Polski – wyznał mi tuż po tym, jak się przedstawił. – Pouczyłabyś mnie polskiego – zniżył ton, patrząc mi głęboko w oczy. – Lekcje na plaży.

Jakąś edukację w zakresie polskiego musiał on jednak już wcześniej otrzymać, pisał bowiem „piankna” i „chin kui barzo”. I w ogóle był z niego poeta. Codziennie przez jakiś tydzień pisał do mnie nieustannie od rana i wieczora, że on chce na tę plażę na spacer, na lekcję polskiego, że chce usłyszeć mój głos, że chce kawę ze mną wypić i „rozmawiać ze mną z ogromną czułością i wzajemnym szacunkiem”, i wydzwaniał, bo chciał tylko usłyszeć mój głos, i piękna, i piękna. Telefon dźwięczał, gdy szłam do pracy, wychodziłam z pracy, myłam zęby, myłam podłogę i kiedy podczas zakupów, analizowałam właśnie czy lepsze są małe ziemniaki, czy trochę więsze ziemniaki, i ten cholerny telefon znowu zaczął dzwonić, stwierdziłam, że ten hiszpański poeta jest zwyczajnie namolny i poprosiłam go, żeby dał mi spokój. Odpowiedział, że tutaj ludzie dużo mówią i wysyłają dużo wiadomości, ale że to nic kompletnie nie znaczy. A ja nie rozumiem. Bo tutaj jest inaczej niż w Polsce.

Teraz będzie puenta. Do tej pory nie udało mi się odnieść sukcesu w nauczaniu języka ojczystego za granicą. Mimo że mam dyplom filologii polskiej.

Swojskie klimaty

Właśnie kończy się zima. I zaczyna lato. Zima jest wtedy, gdy w ciągu dnia jest tak z piętnaście stopni i trzeba założyć sweterek, wychodząc z domu. Czasem – tak jak w tym roku – zdarza się bardzo ciężka zima. Wtedy jest trzynaście stopni, a może i ciut mniej. Trudno powiedzieć czy to dużo, czy mało. Kanaryjczycy trzęsą się z zimna, a turyści z północnej Europy mówią, że upał. Często można zobaczyć taki obrazek – w jednej knajpie, stolik w stolik, siedzą turyści z Wielkiej Brytanii i Kanaryjczycy. Brytyjczycy w krótkich spodenkach, bluzkach i koszulkach na ramiączkach, tubylcy w swetrach albo cienkich puchowych kurtkach, czapkach i kozaczkach.

Trudno jednak zaprzeczać faktom – generalnie, o ile nie traficie na jedyny zimny tydzień albo jedyny zimny miesiąc w całym roku – czeka was tu dobra pogoda. Słońce i gorąco. Ale nawet latem raczej nie będzie aż takich wielkich upałów jak w kontynentalnej Andaluzji czy ukochanym przez turystów Egipcie. Na wyspach klimat jest łagodniejszy, wszystko przez ten wszechobecny wiatr. Wieje niemal zawsze. Latem – najgorętszy jest sierpień – tego wiatru szuka się z utęsknieniem, sprawia, że łatwiej znieść ukrop afrykańskich wysp. Zimą – z najchłodniejszym styczniem i lutym – przynosi on nieprzyjemny, przeszywający chłód. Bezwietrzne i nie za bardzo upalne, ale ciągle jeszcze gorące, najpiękniejsze, z niezwykle pięknym i spokojnym oceanem są wrzesień, październik, pierwsza połowa listopada.

Wszystko jednak zmienić się może, kiedy przychodzi kalima, czyli wiatr ze wschodu, który przynosi ze sobą kurz, pył i piasek z Sahary. Wygląda to jak mgła, tyle że pomarańczowo-brązowa. Linia horyzontu na oceanie rozmywa się i niknie, spada widoczność. Kalima przynosi też zazwyczaj potworny upał. Suche powietrze zastyga w bezruchu albo też powiewa gorący, piekący wiatr. Czasem też kalima miesza się w powietrzu z wilgocią nad oceanem i wtedy już gubię się kompletnie, przyszła ta kalima czy nie, i nawet Kanaryjczycy z dziada pradziada nie są pewni do końca, cóż więc mogą wiedzieć imigranci z Europy Wschodniej.

Może więc traficie na chłodniejsze wietrzne dni, a może będziecie wciągać w płuca zaklejające, duszne powietrze z kalimą i szukać ochłody w oceanie. Mam tylko jedną prośbę. Jeśli niestety okaże się, że traficie na ten jedyny w roku tydzień ze złą pogodą i wiecznie zachmurzonym niebem, nie pytajcie się obsługi hotelowej, gdzie jest słońce. Oni naprawdę nie wiedzą. Albo ktoś odpowie wam, jak pewien kelner w hotelu w Costa Teguise na Lanzarote, który zawsze mówił świeżo przybyłym Anglikom, którzy pytali obrażeni, gdzie to słońce.

– Jak to gdzie? Pojechało na wakacje do Anglii na dwa tygodnie.

Feliz Navidad

Z okazji świąt powinnam pójść na plażę, machnąć sobie zdjęcie w bikini plus czapka Mikołaja, w pełnym słońcu, z drinkiem z palemką, wstawić wam to zdjęcie i napisać coś w stylu: gorące życzenia ze słonecznych wysp. Tyle że jest cholernie zimno. Za nic w świecie nie da się teraz posiedzieć na plaży w kostiumie kąpielowym. Jest poniżej 20 stopni Celsjusza, a tutaj, gdy temperatura spada poniżej 20, jest jak na Syberii. Nie będę nikogo przekonywać co do tego, jak okropne jest to uczucie zimna, jak głęboko to zimno wchodzi pod skórę i dociera aż do kości, bo i tak nie uwierzycie, i będzie kręcić głowami z politowaniem, mówiąc do siebie, co ona bredzi.

Nie ma też słońca, więc słoneczne selfie świąteczne odpada. Wieje potwornie silny wiatr, na plażę to w ogóle nie chce się teraz zaglądać. Może jakieś zdjęcie z pięknym krajobrazem, ale właśnie przyszła kalima, czyli wiatr z Sahary przynosi masę kurzu i pyłu. Wygląda to jak brązowa mgła i za dużo generalnie nie widać, jak to we mgle bywa. Krajobrazu nie będzie.

Była też opcja, by wstawić wam jakiegoś radosnego i wypoczętego turystę. Ale akurat dzisiaj jeden z Polaków zaprezentował mi nieświeżą, zabrudzoną dość, zmaltretowaną stopę z odciskiem, prosząc mnie o medyczną poradę. Specjalnie zdjął skarpetkę, by swój problem przedstawić i jako żywo – nie zmyślam – stopy te w owych skarpetkach były klasycznie odziane w sandały. Pomyślałam, że stopa nie prezentowałaby się najlepiej na zdjęciu, więc i ten pomysł upadł.

Co wam będę opowiadać, na wyspach jak i w Polsce – no dobrze, prawie jak w Polsce – może być różnie z pogodą, a ludzie też mogą różne problemy przedstawiać. Choć nie ma śniegu, wina grzanego, ani Kevina w telewizji, a na kolację wigilijną są owoce morza zamiast barszczu, cała reszta jest jednak dosyć podobna. Wszyscy szukają prezentów, składają sobie życzenia, palmy pełne są lampek i świecidełek, i zewsząd, czy to na murach, czy przy drzwiach, dyndają powieszone Mikołaje.

Człowiek nie ma więc takiej nostalgii, że do ojczyzny na święta nie pojechał. A skoro pogoda nie taka, to nawet, tak jak w Polsce ponarzekać sobie można. Od razu lepiej. Zatem dla wszystkich, którzy święta obchodzą i dla tych, którzy ich nie obchodzą, wszystkiego najlepszego!

Gdzie grasuje gender?

Niedługi czas po mojej mojej przeprowadzce na Wyspy Kanaryjskie, może miesiąc a może kilka miesięcy po, ogarnęła mnie ogromna ciekawość, co tam też w Polsce słychać. Zajrzałam więc na poczytny portal internetowy. Lista newsów wyglądała mniej więcej tak: wypadek na krajowej ósemce, wypadek na krajowej czwórce, wypadek na lokalnej osiemnastce, Kaczyński skrytykował Tuska, Tusk odpowiedział Kaczyńskiemu, wypadek na wojewódzkiej szestnastce, afera korupcyjna w rządzie, brutalne morderstwo, morderstwo, jeszcze jedno morderstwo, policja udaremniła przemyt narkotyków, szaleniec jechał pod prąd na autostradzie, Macierewicz powołuje nową komisją smoleńską, mama małej Madzi drapie się po nosie w więzieniu, Doda miała brzydką sukienkę na koncercie, wypadek pod Brzeskiem (a może pod Suwałkami, nie pamiętam dobrze). Sprawdziłam jeszcze inne poczytne portale, było tam więcej wypadków i Janusz Korwin-Mikke przekręcał muszkę. Doszłam do wniosku, że nadal nie wiem, co się w kraju dzieje.

Minął znów może miesiąc, może dwa i znów poczułam tę tęsknotę za wieściami z kraju. Otworzyłam portal internetowy najczęściej oglądanej stacji informacyjnej, pewnie dlatego najczęściej, że jedynej. Lista newsów była mniej więcej taka: wypadek na krajowej szóstce, wypadek na gminnej czterdziestce, wypadek na obwodnicy Koziej Wólki (a może to były Sfornegacie, nie pamiętam dobrze), Kaczyński oskarża Tuska, Tusk odpowiada Kaczyńskiemu, policja złapała handlarzy bronią, morderstwo, jeszcze jeden wypadek, mama Madzi w więzieniu prosi o lakier do paznokci, Macierewicz na tropie katastrofy smoleńskiej, kolejny wypadek, zadbaj o swoje jelita – artykuł sponsorowany. Doszłam do wniosku, że nie wiem, co się w kraju dzieje.

Kilka razy próbowałam jeszcze, aż się poddałam, postanowiłam nie czytać więcej poczytnych portali, ani nie oglądać najczęściej oglądanej telewizji informacyjnej i w ogóle już więcej nie klikać. Od tamtej pory moim źródłem wiedzy o Polsce stał się facebook, linki z informacjami, które znajomi wrzucają na fejsbuka (jak ładnie tak spolszczyć). I dopiero wtedy zrobiło się ciekawie. Pierwszą wiadomością, jaka dotarła do mnie w ten sposób, było coś o stadionie. To było lato, był ważny mecz i padał deszcz. I ktoś nie zamknął dachu. Nie wiem, o co dokładnie chodziło, bo nie odważyłam się kliknąć w linki z informacją, ale sprawa była głośna, bo w hotelu na Lanzarote nawet mój szef Anglik wiedział, o co chodzi.

Ostatnio na przykład siedziałam w pracy, przeglądałam sobie fesja, no i musiałam się zaśmiać głośno sama do siebie.

– Z czego się tak śmiejesz? – zapytali towarzysze pracy. Zatem opowiedziałam im historię osiołków z poznańskiego zoo. Muszę wam zdradzić, że na ludziach z całej Europy ta historia robi wrażenie. O tym, że osiołki bezwstydnie na oczach gawiedzi, że oburzone matki zakrywały dzieciom oczy, że radna czy tam poseł zainterweniowała. Naopowiadałam się o osiołkach, tłumacząc na angielski i hiszpański całą tę aferę. Z pomocą przyszedł mi jednak jeden z portali brytyjskich, zamieszczając tekst pod tytułem: „Two donkeys reunited in Polish zoo after sex scandal”. I wszystko jasne.

Innego dnia znowu siedziałam sobie w pracy, przeglądając fesja i nie dało rady, musiałam się zaśmiać w głos sama do siebie.

– Z czego się śmiejesz? – zapytali współtowarzysze pracy. Myślicie, że to tak prosto wytłumaczyć Angielce, Francuzce i Hiszpanowi, co to jest gender i dlaczego w Polsce grasuje? I jeszcze wytłumaczyć, że słynny portal na literę „f” umieścił informacje o kursie, jak rozpoznawać zagrożenia gender i jak się przed genderem bronić, a to wszystko za jedyne 160 złotych.

Kolejne wieści nadeszły, o ile się nie mylę, o wyborach, po których nikt nie potrafił zliczyć głosów. I moja ulubiona blogerka pisała, że kupiła bilet na pociąg przez internet i już w pociągu okazało się, że sześć osób kupiło bilet na to samo miejsce. Na co konduktor im odparł, że jak PKW może, to PKP też. Podobno teraz każdy, jak mu nie wyjdzie, może się powołać na to, że PKW też się nie udało.

I tu właśnie mam problem, bo nie wiem, czy kolejny news był przed wyborami, czy po. Ale nadszedł od znajomej, która mieszka w Kolumbii. Napisała mniej więcej coś takiego: „Ludzie o co chodzi z Kubusiem Puchatkiem i radnymi? Cała Ameryka Południowa się śmieje, wszystkie media informują, że w Polsce politycy chcą Kubusiowi majtki założyć. I twierdzą, że autor książki był nienormalny. To tak na poważnie? Możecie napisać, o co chodzi?”

Nie było ani chwili oddechu, bo zaraz spadły kolejne newsy. Dziś wyczytałam o mężczyźnie, który chce, żeby Rysy były o metr wyższe. I wynosi na górę kamienie. Muszę przyznać, że mnie zainspirował. Będę dolewać wodę do oceanu.

Może będziemy mówić po słowacku?

- Chodzi o to, żeby było dyskretnie. Idziemy tam popatrzeć, jak pracują, jak się obsługuje klientów – opowiada Słowaczka. Stara się właśnie o pracę kelnerki w hotelu X, jest już po rozmowie kwalifikacyjnej, ale za kilka dni będzie miała próbę – wieczorem dyrektor wraz ze swoimi przyjaciółmi zjawi się na kolację, żeby zobaczyć czy Słowaczka jest odpowiednio miła dla klientów i czy stawia szklankę po właściwej stronie talerza. Idziemy więc do hotelowej restauracji podpatrzeć, jak działa. Ale wciąż pracuje tam dziewczyna, która na rzecz Słowaczki może wkrótce stracić pracę, więc ostrożnie.
- Wiesz ludzie są różni. Ona nie wie, kim jestem, ale może różnie zareagować jak się dowie – wyjaśnia.
- To może po słowacku będziemy gadać – rzucam. – Będziemy udawać turystki z Europy Wschodniej.
Wchodzimy do restauracji, pełna konspiracja, zamawiamy kawę. O konspirację jednak trudno, zaraz wpada bowiem znajomy, który tu pracuje, a za nim znajomy kucharz, który – oczywiście też tu pracuje – przynosi menu i głosem nie bardzo cichym, tłumaczy co jest w karcie i przy którym kotlecie trzeba zapytać klienta, czy tenże kotlet ma być dobrze wysmażony. Dziewczyna, która tu jeszcze pracuje, musiałaby mieć chyba wadę wzroku, żeby się nie zorientować, że coś tu się jednak kręci. W bonusie znajomy kucharz przynosi nam deser, zresztą omówił to już z dziewczyną, która tu jeszcze pracuje, że bynajmniej mamy nie płacić. Ale nic to, może się uda wyjść stąd cichaczem, w końcu jesteśmy tu nieco potajemnie. W międzyczasie mija nas jeszcze znajomy kelner, który – jak się okazało – też tu pracuje. A za chwilę wchodzi do restauracji mężczyzna około pięćdziesiątki, odziany w gustowną czarną marynarkę, tuż za nim sunie facet w mniej więcej tym samym wieku, jedynie nieco mniej elegancki, ma na sobie zielony, puchowy bezrękawnik.
- O ho! – myślę sobie. – Właściciel hotelu i właściciel restauracji, tej położonej tuż obok sklepu Czeszki. Chyba wszyscy z ulicy wpadli tu dziś na kawę.
W tym momencie właściciel hotelu X i właściciel restauracji kłaniają nam się w pas i uśmiechają się szeroko, bo właśnie nas dostrzegli. Nie ma co, z pewnością są to mężczyźni z klasą. Hm, może przynajmniej dziewczyna, która tu jeszcze pracuje, pomyśli, że jesteśmy siostrzenicami właściciela, bo dyskretnie to nam ta wizyta nie wyszła.