Archiwa tagu: kanary

Keep calm

Ogromne emocje związane z brytyjskim referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej na Wyspach Kanaryjskich nieco osłabły i wyblakły, przyćmione tak ważkimi zjawiskami jak na przykład ogniska i sztuczne ognie odpalane w noc świętojańską. Nie żeby nikt nie słyszał o Brexicie, no ale gdy Brytyjczycy zajęci byli głosowaniem, Kanaryjczycy byli akurat zajęci zabawą. Nawet dzisiejsze wybory do hiszpańskiego rządu mijają bez większych emocji. Owszem ktoś tam wspomni, ktoś się wypowie, ale tubylcy zupełnie nie potrafią się tak politycznie rozgorączkować jak Polacy. Nie wiem, czy to ta noc świętojańska, czy nieustający upał, czy docierająca z Afryki kalima oprócz saharyjskiego piasku niesie ze sobą taki stan wyluzowania. Jest jak jest – ludzie wzruszają ramionami i wracają do swoich zajęć.

– Koniecznie trzeba się na nich zdenerwować. Jak się nie zdenerwujesz, to nic nie zrobią, czy to mechanik samochodowy, czy robotnik – tak wyjaśnia tajniki kanaryjskich pracowników wychowany tutaj Niemiec. No bo jak wytłumaczyć to, że czterech mężczyzn przyszło wczoraj wymieniać mi małe okienko w kuchni i choć przez czterdzieści minut odmierzali, wymierzali i stukali młotkami, udało im się jedynie zdjąć zewnętrzną część ościeżnicy i rzucić ją na podłogę? Czterech robotników, przy czym jeden w kąpielówkach, widać dopiero co wyszedł z basenu, napracowawszy się tak solidnie, oświadczyło – to my skończyliśmy, w przyszłym miesiącu będziemy wymieniać okno. I zostawili je takie smutne, bez drewnianej obudowy, pewnie na basen im było spieszno.

– Tutaj się pracuje tak spokojnie, bez stresu. I bez podgryzania – zauważa jedna z Polek.

I tak właśnie jest na tym małym archipelagu u wybrzeży Afryki i to jedna z pierwszych rzeczy, których musi się nauczyć obcokrajowiec: czy to Brexit, czy wymiana okna nie ma się co gorączkować ani nadmiernie emocjonować. Ani jedno, ani drugie nie jest powodem by nie spać po nocach, wydzierać się na rozmówców albo przebierać z kąpielówek. Życie jest wystarczająco proste i nieskomplikowane, słońce świeci, ocean jest za darmo i po co się denerwować. Nie dziś, to jutro albo pojutrze. I człowiekowi wiele nie potrzeba do szczęścia. Wszystko może być takie proste i spokojne. Takie jest.

Zwolnienie po kanaryjsku

Miesiąc przed końcem umowy o pracę szef mówi ci: tak, tak, jak najbardziej przedłużamy, pracujesz z nami dalej. Planujesz więc wakacje i kupujesz bilety lotnicze (350 euro). Kilka dni później okazuje się, że zmieni się szef. Dwa tygodnie przed końcem umowy o pracę Nowy Szef mówi, że nie wie, czy ci przedłużą umowę. Na wysokim szczeblu najwyższym wszechmogącym trwają właśnie dyskusje. Niewiele ponad tydzień przed końcem umowy, w środę, Ustępujący Szef mówi ci, że nie przedłużą ci umowy. Że on by przedłużył, ale decyduje już Nowy Szef wespół z wysokim szczeblem najwyższym wszechmogącym. Na twoim koncie oszczędnościowym jest sto euro. Urząd informuje cię, że masz prawo do bezrobocia w wysokości jakichś 330 euro na miesiąc, za mieszkanie płacisz 440 euro na miesiąc. W tej sytuacji wydaje ci się, że najlepszym wyjściem będzie usiąść i się rozpłakać. Innego wyjścia chwilowo nie znajdujesz. Pocieszające jest to, że w tym klimacie możesz spokojnie zostać bezdomnym. Jest ciepło i zawsze można spać na plaży. 350 euro wydane dopiero co na bilet lotniczy – nigdzie nie polecisz, ale linie lotnicze nie oddadzą ci pieniędzy – wydaje ci się majątkiem godnym króla hiszpańskiego.

Niecałe dwa tygodnie przed końcem umowy, w czwartek, dokładnie dzień później po tym, jak okazało się, że zostaniesz zwolniony, Nowy Szef oznajmia Ci, że chętnie by cię wysłał do pracy na Gran Canarię. Ale zagwarantować nie może, bo tam decyduje Grankanaryjska Szefowa. Wieczorem pisze do ciebie Grankanaryjska Szefowa. Chce cię przyjąć do pracy. Za jakiś miesiąc. Bardzo chce cię przyjąć do pracy. Przyjmie cię. Tak myśli. Z nadmiaru wrażeń masz ochotę rozpędzić się mocno i huknąć głową w najbliższy wulkan. Udajesz się jednak do najtańszego supermarketu by nabyć prawie najtańsze wino białe za 1,10 euro. Tego najtańszego wina za 0,90 euro, które pijaliście ze szwagrem, niestety nie ma. Patrzysz się na ocean, wzdychasz głęboko i myślisz sobie – teraz poczekamy na kolejną odsłonę tego dramatu. A może cię wyślą na Karaiby?

Swojskie klimaty

Właśnie kończy się zima. I zaczyna lato. Zima jest wtedy, gdy w ciągu dnia jest tak z piętnaście stopni i trzeba założyć sweterek, wychodząc z domu. Czasem – tak jak w tym roku – zdarza się bardzo ciężka zima. Wtedy jest trzynaście stopni, a może i ciut mniej. Trudno powiedzieć czy to dużo, czy mało. Kanaryjczycy trzęsą się z zimna, a turyści z północnej Europy mówią, że upał. Często można zobaczyć taki obrazek – w jednej knajpie, stolik w stolik, siedzą turyści z Wielkiej Brytanii i Kanaryjczycy. Brytyjczycy w krótkich spodenkach, bluzkach i koszulkach na ramiączkach, tubylcy w swetrach albo cienkich puchowych kurtkach, czapkach i kozaczkach.

Trudno jednak zaprzeczać faktom – generalnie, o ile nie traficie na jedyny zimny tydzień albo jedyny zimny miesiąc w całym roku – czeka was tu dobra pogoda. Słońce i gorąco. Ale nawet latem raczej nie będzie aż takich wielkich upałów jak w kontynentalnej Andaluzji czy ukochanym przez turystów Egipcie. Na wyspach klimat jest łagodniejszy, wszystko przez ten wszechobecny wiatr. Wieje niemal zawsze. Latem – najgorętszy jest sierpień – tego wiatru szuka się z utęsknieniem, sprawia, że łatwiej znieść ukrop afrykańskich wysp. Zimą – z najchłodniejszym styczniem i lutym – przynosi on nieprzyjemny, przeszywający chłód. Bezwietrzne i nie za bardzo upalne, ale ciągle jeszcze gorące, najpiękniejsze, z niezwykle pięknym i spokojnym oceanem są wrzesień, październik, pierwsza połowa listopada.

Wszystko jednak zmienić się może, kiedy przychodzi kalima, czyli wiatr ze wschodu, który przynosi ze sobą kurz, pył i piasek z Sahary. Wygląda to jak mgła, tyle że pomarańczowo-brązowa. Linia horyzontu na oceanie rozmywa się i niknie, spada widoczność. Kalima przynosi też zazwyczaj potworny upał. Suche powietrze zastyga w bezruchu albo też powiewa gorący, piekący wiatr. Czasem też kalima miesza się w powietrzu z wilgocią nad oceanem i wtedy już gubię się kompletnie, przyszła ta kalima czy nie, i nawet Kanaryjczycy z dziada pradziada nie są pewni do końca, cóż więc mogą wiedzieć imigranci z Europy Wschodniej.

Może więc traficie na chłodniejsze wietrzne dni, a może będziecie wciągać w płuca zaklejające, duszne powietrze z kalimą i szukać ochłody w oceanie. Mam tylko jedną prośbę. Jeśli niestety okaże się, że traficie na ten jedyny w roku tydzień ze złą pogodą i wiecznie zachmurzonym niebem, nie pytajcie się obsługi hotelowej, gdzie jest słońce. Oni naprawdę nie wiedzą. Albo ktoś odpowie wam, jak pewien kelner w hotelu w Costa Teguise na Lanzarote, który zawsze mówił świeżo przybyłym Anglikom, którzy pytali obrażeni, gdzie to słońce.

– Jak to gdzie? Pojechało na wakacje do Anglii na dwa tygodnie.

Jak za komuny

Padł na mnie blady strach! Muszę udać się do biura Policji Narodowej w Puerto del Rosario, stolicy Fuerteventury, by wyrobić sobie dokument z moim NIE, czyli numerem identyfikacji obcokrajowca. Nie chodzi o to, żeby Hiszpanie zamyślali wywalić mnie ze swojego kraju, ale każdy, kto dostaje drgawek na myśl o różnych ZUS-ach, urzędach skarbowych, biurach wydawania paszportów, wie, jakie ogromne wewnętrzne fuj budzi się w człowieku w chwili wkroczenia w bramy administracji państwowej. Zetknięcie się z hiszpańską biurokracją przyprawia o zawrót głowy, niczym na największej karuzeli w wesołym miasteczku.

Kolejki w siedzibie Policji Narodowej przypominają wypisz wymaluj te w pierwszej z brzegu polskiej przychodni lub szpitalu. Tłumy ludzi i długie godziny czekania. Różnica jest taka, że w Polsce, jak człowiek się w takiej kolejce naczeka i skacze mu od tego ciśnienie, i denerwuje się ogromnie, to może sobie przynajmniej w grupie współtowarzyszy niedoli zbiorowo ponarzekać, krytykować oraz złorzeczyć. Coś w stylu: „oni tu sobie kawkę piją zamiast pracować” albo „za nasze się pasą”. Oburzony tłum działa świetnie na samopoczucie. Tymczasem w Hiszpanii wszyscy siedzą cicho w kolejce i nawet się nie zająkną. A już na pewno nie przybysze z Afryki czy Ameryki Południowej, którzy się boją, że papierów nie dostaną.

Na Wyspach Kanaryjskich trzeba mieć zameldowanie, daje ono na przykład prawo do 50-procentowych zniżek na bilety lotnicze do Hiszpanii kontynentalnej. Z zameldowaniem trzeba starać się o NIE, numer indentyfikacyjny obcokrajowca, obowiązkowy, jeśli ktoś chce tu zamieszkać na stałe. Parę lat temu, przed kryzysem lub tuż na samym początku, obcokrajowcy nie mieli większych problemów z uzyskaniem NIE. Teraz od kilku lat, systematycznie zaostrza się przepisy, by przybyszom z obcych krajów było coraz trudniej. Na samym początku imigrant dostaje tymczasowe NIE na trzy miesiące. Później musi starać się o kolejne i tu zaczynają się piętrzyć problemy. Trzeba na przykład mieć umowę o pracę, niezatrudnionym Hiszpania mówi Adiós. Ja nie mam najgorzej, NIE dostałam w 2013 roku, teraz po prostu potrzebuję nowy dokument, bo zmieniłam Lanzarote na Fuerteventurę. Ale o zupełnie nowe świeżutkie NIE stara się teraz Helena, Czeszka, która trzy miesiące temu sprowadziła się na Kanary.

– Pojechałam do Puerto del Rosario na ósmą rano, ale tam pod posterunkiem policji była już długaśna kolejka – opowiadała nam Helena. – Ludzie przyjeżdżają tam jeszcze przed otwarciem i czekają. Koło dwunastej czy pierwszej przede mną było jeszcze jakieś trzydzieści pięć osób. Jeden z policjantów powiedział, żebym jechała do domu i wpadła kiedy indziej. „Jedź do domu, NIE Ci teraz niepotrzebne” usłyszałam.

Nic biedna nie załatwiła. Ale problemy miała też przy samym meldowaniu, co zazwyczaj załatwia się bez problemu i w pięć minut.

– Dostarczyłam wszystko, co chcieli, ale powiedzieli, że wydanie dokumentu potrwa kilka dni. A potem nagle policja przyjechała do mnie do domu. Zajechali i pytali, czy tu mieszka Helena Vondračkova. Ale do środka na szczęście nie weszli i do szafek mi nie zaglądali. Opowiedziałam to wszystko tacie, który jest w Czechach. „O, to zupełnie jak za komuny” – skwitował.

Młodzi wyluzowani

Pierwsze wrażenie po przyjechaniu na Fuerteventurę to – oprócz oczywiście zachwytu nad fantastycznymi plażami – poczucie kolosalnej pustki. Wyspa ma 100 kilometrów długości i te kilometry to w większości wulkaniczne, półpustynne krajobrazy. Skały, niebo i niewiele więcej.

- Tu nic nie ma – powtarzają często turyści, którzy woleliby znaleźć się w miejscu pełnym deptaków i pasaży handlowych. Tym turystom wytrwale polecamy Gran Canarię. Na Fuerteventurze, poza granicami miejscowości, łatwiej spotkać kozę niż człowieka. Jednak jeśli się tu trochę pomieszka można dojść do wniosku, że to nie tylko wyspa kóz. Są tu też o dziwo ludzie, sporo przyjezdnych, młodych, dwudziesto- i trzydziestoparolatków z całej Europy. Łączy ich jedno: mają już dość robienia kariery.

- Przez trzynaście lat pracowałam w reklamie – opowiada spotkana na imprezie Włoszka. Dom w szeregowej zabudowie, jakich sporo w Corralejo, taras z widokiem wprost na basen, mięso smaży się na grillu – specjalność Argentyńczyka, który od lat mieszka na Fuercie, a impreza oczywiście, jak na Fuerteventurę przystało, u surferów. Włoszka, modnie ubrana, jak z czasopisma o modzie, w którym króluje styl „urban”, krótko przycięte blond włosy, opadająca na czoło grzywka, świetnie dobrane okulary. Dziewczyna ciągnie swoją opowieść o tym, jak bardzo można mieć dość. Tego, że się jest ciągle pod telefonem, pracy w stresie po dwanaście godzin na dobę, że tak na dobrą sprawę się z tej pracy nie wychodzi. Że właściwie bardzo szybko okazuje się, że poza pracą nie masz żadnego życia. Nic.

Na początku oczywiście było fajnie. Podobało mi się. Miałam takie poczucie, że jestem w centrum wszystkiego, tyle się dzieje, tyle życia wokół, energii – opowiada. Ale z czasem ma się dość, długo tak się nie wytrzyma. Na Fuerteventurze pracuje w knajpie i jest zadowolona. Teraz żadnej kariery i żadnych wielkich miast. Wyspa jest super.

- Pracowałem w banku. To kompletnie nie dla mnie. Nigdy więcej – mówi Niemiec, który wychował się we Włoszech. Towarzysz z pracy w centrum aloesu.

- Mogłabym mieszkać w Bukareszcie i robić karierę. Jestem dobra w moich fachu. Ale teraz jestem tutaj i jest dobrze – to znowu Rumunka, z zawodu grafik komputerowy.

I tak pracujemy sobie – dziennikarka z Polski, rumuńska specjalistka grafiki komputerowej, Hiszpan – informatyk, niemiecko-włoski bankowiec, kolejna Włoszka – magister ekonomii, Angielka, która studiowała języki obce w zarządzaniu firmami. I strach przed samym sobą się przyznać, że praca, w której nie spędzasz kilkunastu godzin dziennie i nie pijesz piętnastu kaw, która cię nie stresuje nic a nic, wręcz przeciwnie – jest spokojna i sympatyczna, która jest powtarzalna, w której nie musisz o nic z nikim konkurować, która nie stawia przed tobą kolejnych projektów-wyzwań-szeroko-zakrojonych-przedsięwzięć-w-biegu-po-uścisk-prezesa, otóż taka praca bardzo ci się podoba. I zastanawiasz się już, czy cierpisz na potworny zanik ambicji, czy po prostu świat, w którym tkwiłeś wcześniej, do reszty zwariował.

I w którąś spokojną, majową niedzielę, gdy akurat trwa tzw. niski sezon i mało jest turystów, gdy akurat nikt nie zagląda do sklepu, a wszystko już zrobione i uporządkowane, siadamy na sofie i toczą się rozmowy.

- Włochy są teraz w fatalnym stanie, fatalnym – twierdzi Felippe. – Wszyscy gonią za kasą, zwariowali, nic innego się nie liczy, tylko pieniądze i pieniądze. Jakie auto kupić, w co się ubrać. Fatalnie, fatalnie.

- Jak to? – dopytuję się. – A ci z nurtu eko, co to chcą powrotu do natury i walczą z nadmiernym konsumpcjonizmem? Albo anarchiści ze squotów? No i hipisi?

- Nie ma albo jest i strasznie mało. Większości goni za pieniędzmi. I kupuje. No ale jasne, jeśli pracujesz tyle czasu, musisz jakoś odreagować, idziesz na zakupy. Kupujesz, kupujesz, nie wiadomo po co.

- Od kiedy tu mieszkam, odkryłam, że człowiek wcale tyle nie potrzebuje. Tak naprawdę do życia potrzebuje niewiele -  mówi angielska szefowa, specjalistka od języków z zarządzaniu firmami.

- Tutaj się możesz ubrać, jak ci się żywnie podoba. Nikogo to nie obchodzi. We Włoszech patrzą i komentują – dorzuca Felippe.

Najbardziej rewolucyjny pogląd wygłosiła jednak przy innej dyskusji dziewczyna z biura, stąd, z Fuerteventury, Majorera.

- Ja tam nie będę kupować mieszkania. Wcale nie trzeba mieć własnego mieszkania. Później okazuje się, że nie masz pracy i nie masz z czego spłacać kredytu – oświadczyła.

Jak to? – nie mogłam uwierzyć. – Lepiej mieć swoje. Przecież tak czy tak musisz płacić za wynajmem. Nieważne, że stracisz pracę. No przecież gdzieś musisz mieszkać.

- Jak będziesz w bardzo trudnej sytuacji, możesz na jakiś czas wrócić do rodziców. Rodzina, przyjaciele, zawsze ci ktoś pomoże. To oczywiście rozwiązanie na jakiś czas. Ale nie musisz, nie musimy mieć swojego mieszkania. A wmówili nam, że musimy.

Początek roku będzie później

Podczas ostatniego spotkania Polaków na Lanzarote Żona Lekarza opowiedziała nam historię:

Kilka lat temu, nie pamiętam dokładnie ile, rok szkolny zaczynał się w czwartek dziewiątego września. Mój Syn poszedł na inaugurację, jednak bardzo szybko wrócił do domu i mówi:
- Mamuś, szkoła jest zamknięta.
- Jak to zamknięta? – zdziwiłam się.
- No zamknięta. Tylko kartka wisi, że rozpoczęcie roku w poniedziałek. Bo nie opłaca się zaczynać roku w czwartek, skoro zaraz weekend, więc przełożyli na poniedziałek.
W poniedziałek mój Syn poszedł więc na inaugurację, ale znów wrócił bardzo szybko.
- Mamuś, szkoła jest zamknięta. Wisi tylko kartka, że w środę jest Matki Boskiej Wulkanicznej, dzień wolny, więc nie opłaca się zaczynać lekcji. Przenieśli początek roku na czwartek.
Ale w czwartek mój Syn stwierdził, że nie jest już taki głupi, żeby w ciemno do szkoły chodzić i sprawdził w internecie. Okazało się, że w czwartek nie opłaca się inaugurować nowego roku szkolnego, bo potem tylko piątek i zaraz weekend. Rozpoczęcie roku przeniesiono więc na poniedziałek.
Podczas pierwszej wywiadówki, ja jako rodzic bardzo zaangażowany w wychowanie mojego dziecka chciałam wypytać nauczycielkę, co w związku z tym opóźnieniem inauguracji roku szkolnego. Wcześniej oczywiście sobie przygotowałam jak to trzeba po hiszpańsku powiedzieć, sprawdziłam w słowniku, żeby słówka były odpowiednie, wszystko poprawne gramatycznie. Pytam więc nauczycielkę:
- Przez te zmiany rok szkolny zaczął się prawie dwa tygodnie później. Czy oni to będą jakoś odrabiać?
A ona mi na to, że nie rozumie. Myślę sobie, cholera coś pokręciłam z tym hiszpańskim, pewnie ten czasownik „odrabiać” źle powiedziałam, namieszałam z gramatyką. Pytam ją więc jeszcze raz, a ona odpowiada:
- Ja rozumiem dokładnie każde słowo, które pani mówi i sens zdania, ale nie wiem, o co chodzi – stwierdza.
- Wie pani – tłumaczę – bo jak w Polsce na przykład w piątek w szkole jest wolne, to się ten dzień w sobotę odrabia.
- No ale ta sobota jest później do odebrania w poniedziałek?

Nam tu nie wolno wody pić

Teoretycznie, na papierze, w ciągu dnia animatorzy mieli prawo do dwu- czy trzygodzinnej przerwy w ciągu dnia. W praktyce było jednak na odwrót. Pracowało się non stop, bez jakiejkolwiek przerwy. Rano śniadanie, potem zebranie grupy z rozdzieleniem zadań. Z zebrania prosto nad baseny, krążyć wśród leżaków i wypytywać gości hotelowych jak się dzisiaj mają. Później aerobik w basenie, gra o koktajl, obiad, zebranie, popołudniowe bingo, tzw. splash dance, czyli podrygiwanie w basenie, później próby do nocnych przedstawień, sprint do bungalowów, gdzie nocowaliśmy, by w ciągu pół godziny wziąć krótki prysznic i przebrać się w strój wieczorowy, czyli koszulkę polo. Generalnie po całym dniu mało kto miał siłę doczołgać się pod prysznic, a jak ktoś miał siłę to nie zdążył, bo akurat prysznic był zajęty. Mało kto miał też zacięcie by codziennie prać swą koszulkę polo i mieć ją zawsze świeżą i pachnącą, trzeba więc było co najwyżej tak się oporządzić by usunąć największe plamy i jakoś nie wonieć najgorzej. Przebrani ruszali z powrotem do hotelu na tzw. show czyli wieczorne przedstawienie. Czasu na kolację zazwyczaj nie było.

Ja, jako że dopiero co zaczęłam pracę, nie brałam udziału w występach na scenie, moim zadaniem było zaś Public Relations czyli łażenie od jednych gości do drugich i pytanie ich, jak się dziś wieczorem czują. W międzyczasie trzeba było stać i się uśmiechać, i swoją postawą prezentować wszystkim, że życie jest cudowne. I generalnie jest cudowne tylko, że po całym dniu cholernie bolą nogi, więc przysiadałam sobie to tu, to tam. Raz zobaczyła mnie Druga Polka i przybiegła oburzona.

- Co ty robisz! Nie wolno nam siadać! Jak cię Włoski Szef zobaczy! – ostrzegła mnie jak tylko Polka może ostrzec Polkę. Generalnie Druga Polka zawsze znalazła się obok, gdy przekraczałam zasady panujące w teamie, czyli grupie, i potrzebna mi była reprymenda. Gdy podczas wieczornych przedstawień poprosiłam w barze o szklankę wody, zaraz przybiegła.

- Co ty robisz! Nam stąd nie wolno brać wody. Tylko Zastępca Szefa może! – wtajemniczała mnie w reguły animacyjnego życia.

Koniec końców, gdy potrzebowałam chwili samotności, szłam do… toalety. Te czterogwiazdkowe hotelowe są czyste i zadbane, całkiem sympatyczne miejsce. Tam można spokojnie opuścić klapę, rozsiąść się wygodnie i rozkoszować chwilą dla siebie. Tam też dopada człowieka narastające poczucie absurdu, wzrastające tym bardziej jak sobie człowiek policzy, ile zarabia na godzinę.
Wieczorne przedstawienie kończyło się koło północy albo pierwszej, później były jeszcze tańce z turystami, potem klasyczne Public Relations, czyli pytanie gości hotelowych jak się dzisiaj czują. A jak już turyści sobie poszli, było zebranie, tak koło pierwszej, drugiej w nocy. Na zebraniu Włoski Szef podejmował takie ważkie tematy jak, czemu niebieski pisak leży w przegródce na zielone pisaki i kto ustawiał krzesła za sceną. I to była burza mózgów.

Rzut klapkiem do basenu

Kariera w animacji trwała trzy dni. Skończyła się wielką awanturą, a Włoski Szef grupy chciał mnie pobić na oczach tejże grupy. Na szczęście nie był ani wysoki, ani silny, więc spokojnie dałabym mu radę, a przechodzący kelner i tak szykował się, żeby mi przyjść z odsieczą. Postanowiłam jednak, że nie będę więcej podążać tą ścieżką zawodową i raz na zawsze porzucę animację. Co do włoskich szefów, na przekór tamtym wydarzeniom, polecam. Obecnie mam szefa tej narodowości, przeuroczego. Mimo tych paru(dziesięciu) lat na moim karku nazywa mnie „bambina” i przynosi do pracy prawdziwą, włoską, zrobioną przez siebie pizzę.

Latem 2012 roku jeden z hoteli w Playa Blanca poszukiwał animatora-tancerza. Ja poszukiwałam pracy i tak oto razem z hotelem trafiliśmy na siebie. Animatorów zatrudnia znana w tej branży hiszpańska firma XXX i oferuje najgorsze warunki pracy, jakie do tej pory zdarzyło mi się widzieć na oczy (no dobrze, nigdy nie byłam w Chinach, tam zapewne jest gorzej). Z Costa Teguise, gdzie mieszkam, do Playa Blanca, gdzie znajduje się hotel, jest około 50 kilometrów. Bez samochodu dosyć ciężko, tym bardziej, że nie ma żadnego autobusu bezpośrednio łączącego obie miejscowości i przejechanie tych niecałych pięćdziesięciu kilometrów to wyprawa na co najmniej dwie godziny. Ach, no i trudno autobusem się wybrać, gdy pracuje się od dziesiątej przed południem do pierwszej lub drugiej w nocy i już żaden autobus nie jedzie. Ale nic to, bo hotel oferuje zakwaterowanie. Oficjalnie pokoje dwuosobowe, nieoficjalnie cztero-, ale po co tak skrupulatnie liczyć.

Pobudka około ósmej, dziewiątej, nie jest źle. Trzeba szybko wskoczyć w uniform. Szczęście mają ci, którzy na przywitanie dostali firmową koszulkę i gatki czyste, nowe i w odpowiednim rozmiarze. Niektórzy szczęścia nie mieli i przed ich pierwszym dniem pracy szefostwo wręczało im zapocony, poplamiony podkoszulek. Tak więc odziani animatorzy ruszali dziarsko do hotelu, noclegi mieli w bungalowach nieopodal. Po drodze wymieniali uwagi o tym, na ile euro okantował ich Włoski Szef grupy, pozbawiając ich procentów od sprzedaży płyt. Płyty, pirackie oczywiście, sprzedawało się wieczorami gościom hotelowym. A na płytach typowe przeboje animacyjne, kto choć raz był na wakacjach all inclusive, od Turcji, przez Egipt, aż po Hiszpanię, ten doskonale je zna i zaraz może zanucić kilka.

Po przekroczeniu bramy hotelu, animatorzy zaczynali się uśmiechać, wszyscy jak jeden mąż. Animator z zasady jest bowiem młody, energiczny, piękny, pełen życia i uśmiecha się radośnie do wszystkich gości hotelowych. Szybko nabiera się odruchu Pawłowa, na widok człowieka na horyzoncie zaczynasz się uśmiechać automatycznie, nawet jak się okazuje, że to bandzior i czyha na twoje życie. Razem, grupą, machając do wszystkich, animatorzy szli na śniadanie, później zebranie, na którym Włoski Szef i jego Włoski Zastępca przydzielali zadania. Mnie przydzielano do Absolwentki Psychologii z Węgier albo – oprócz mnie – Drugiej Polki. Prowadziłyśmy aerobik na basenie. Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że na pierwszych w życiu zajęciach z wodnego aerobiku na jakie trafię, od razu będę prowadzącą. Były też zajęcia z ciężarkami, wstęp do jogi. Albo zadanie „public relations”, czyli chodzisz między leżakami i pytasz opalających się Anglików, Hiszpanów i Niemców, jak się dzisiaj czują. Ot, takie leżakowe pogawędki. W moim pierwszym dniu pracy Włoski Szef oprowadził mnie oraz Nowego Hiszpana, który też właśnie zaczynał pracę, po hotelu, pokazał wszystkie baseny, dyskotekę, strzelnicę, korty i całą resztę. Dowiedzieliśmy się też, że w jednym z barów można się wody napić, ale tak bez zatrzymywania się. Wiecie, podchodzimy, napijemy się szybciutko i już dalej do roboty.

Około południa następowało clue programu, jedno z najważniejszych wydarzeń w ciągu dnia – gra o koktajl. Trzeba było ściągnąć turystów, wymyślić im jakieś zadanie, kto wygrywał, dostawał darmowego drinka. I wypijał go od razu jednym haustem na oczach gawiedzi, choć może wypijał to złe określenie, żeby być dokładnie wiernym faktom trzeba podkreślić, że Włoski Szef wlewał delikwentowi tego drinka prosto do gardła. Egzotyczne napoje ściekały po policzkach, zwycięzca upijał się w momencie, a widzowie bili brawo. Ja miałam szczęście, trafiłam na dzień, kiedy grę o koktajl prowadził sam maestro Włoski Szef. Ustawiał każdego z ochotników po kolei na jednym krańcu basenu, warunek konieczny – zawodnik musiał być odziany w obuwie typu „japonki”. Stawał taki delikwent zazwyczaj na lewej nodze, prawą robił zamach niczym Maradona przed strzałem do bramki i bach, klapek frunął nad basenem. I to jest właśnie ten moment, gdy stojąc obok i patrząc na latające klapki, przypomina ci się słynny refren: „i co ja robię tu, uuuuu, co ty tutaj robisz?”

Zielona i soczysta

Dzisiaj udowodnię wam, że wedle standardów przyjętych na trzech wyspach – Lanzarote, Fuerteventurze i La Graciosie – jesteście bogaci. Wszyscy, bez wyjątku. Uwaga: nie dotyczy to Gran Canarii, Teneryfy, o La Palmie już nie wspominając. A że wkrótce wiosna, to i temat wiosenny.

W Polsce takim przysłowiowym symbolem sukcesu finansowego, znakiem tego, że ktoś ma dużo pieniędzy i obrósł szmalem, jest dom z basenem. Jak masz basen w swoim ogródku, pardon, ogrodzie, to niewątpliwie jesteś gość. Jak możesz sobie pozwolić na to, by ten basen w tymże ogrodzie utrzymać, to zapewne masz dużo w portfelu i jeszcze więcej na koncie.

- No wiesz, on to ma dom z basenem. Prawdziwy Merlose Place, mówię ci – chyba każdy polski głos, wymawiając takie hipotetyczne zdanie, zupełnie niehipotetycznie wypełnia się mieszkanką lekkiej zazdrości i podziwu.

Tymczasem na Fuerteventurze czy Lanzarote basen to nic wielkiego. Co drugi dom, czy co drugie osiedle go ma i nikt się za bardzo nie wzrusza. Możesz być sprzątaczką, kelnerką, czy zamiataczem ulic i by się po pracy w takim basenie pluskać, nie trzeba żadnych biznesów robić. Tutaj symbolem sukcesu jest… trawnik. Krajobraz na tych wyspach jest skalisty, suchy, pustynny, deszcz pada tu z rzadka, jest gorąco, prawie wcale nie ma drzew, a trawa najzwyczajniej w świecie nie rośnie. Utrzymanie trawnika sporo kosztuje i tylko najbogatsi sprawiają sobie ten luksus. Trawa jest też w kilku miejscach publicznych, na przykład obok Grand Hotelu w Arrecife albo na nielicznych rondach.

- Wiesz, gdzie jest fajny trawnik? W Costa Teguise, obok hotelu H10. Taka ładna, świeża, zielona trawa. Byłem tam ostatnio i sobie poleżałem – opowiadał znajomy rezydent i wywoływał tymi słowami prawdziwy zachwyt.

Po jakimś czasie mieszkania w takim miejscu robi ci się nieco dziwnie. Zaczynasz przypominać sobie zielone mazowieckie łąki, beskidzkie zbocza albo Kraków w maju. W twojej wyobraźni obsesyjnie powraca szum liści na wietrze. A gdy po roku po raz pierwszy wylądowałam na stałym lądzie, w Sewilli, pierwsze co to pobiegłam do parku. Tam tyle drzew jest i szumią!

A teraz podnieście się znad komputera, podejdźcie do okna i spójrzcie na trawnik pod domem czy blokiem. Na ten maciupeńki skwerek między biedronką, lidlem, skrzyżowaniem czy co tam u was z tego okna widać. I pomyślcie sobie – tyle trawy wokół, ja to jestem gość!

Krajobraz Lanzarote i trawnik w Arrecife obok Grand Hotelu

Filozofom dziękujemy

Jak się gdzieś chce mieszkać, dobrze jest znaleźć pracę. Generalnie praca jest potrzebna, na przykład po to, żeby płacić rachunki, kupować coś do jedzenia, w coś się ubrać itp. Te same zasady panują też niestety na Wyspach Kanaryjskich, choćby i się chciało żyć samym słońcem, plażą i faktem, że się jest w raju, a wulkany są piękne. Ja wylądowałam na wyspie pod koniec czerwca 2012 roku, no i musiałam znaleźć pracę. Lanzarote ma około 800 kilometrów kwadratowych, 114 tys. mieszkańców, trzy ośrodki turystyczne i oczywiście wszystko się kręci wokół turystyki. Przemysł? Biznes? No, proszę państwa, gdzieżby!
Przyleciałam, nie znając hiszpańskiego, już widzę, jak czytając to uśmiechacie się pod nosem, z odpowiednim komentarzem – „dosyć głupio” albo „odważnie”. Przyleciałam nie znając hiszpańskiego, za to z doświadczeniem – w Polsce pracowałam w regionalnej gazecie. Umiem świetnie redagować i pisać, tyle że, upsss, po polsku, a jesteśmy w Hiszpanii. Ale, ale jestem też wykształcona, po studiach – polonistyce. Przeczytałam całego Gombrowicza i znam Trylogię! Tak już teraz możecie śmiać się w głos, polonistyka, nie jest najgorzej mogłaby to przecież być socjologia. Albo filozofia. Albo, nie daj Boże, etnologia! Wyobraźcie sobie minę właściciela knajpy położonej przy plaży, do której przychodzi brytyjska niższa klasa średnia, żeby napić się piwa i obejrzeć mecz, gdy takiemu właścicielowi wręcza swoje CV filozof z Polski. Ja filozofem nie jestem za to mam po tej polonistyce fest specjalizację – komparatystykę. Prawda że przydatne? Otwiera każde drzwi, wszyscy właściciele sklepików z chińskimi pamiątkami od razu chcą mnie zatrudnić.
Tak więc zaczęłam szukać pracy, bo przecież młody, energiczny wszędzie sobie poradzi. Ogłoszenia w Internecie, CV, listy motywacyjne po hiszpańsku. Owszem nawet przychodziły odpowiedzi od pracodawców. Na przykład z centrum aloesowego, tylko że trzeba było mieć swoje auto. Albo z jakiejś firmy, która organizuje imprezy dla turystów. Te imprezy połączone są z prezentacją ubrań, taki mini pokaz mody, tyle że później na miejscu te ubrania się sprzedaje. Szukają zatem takiej modelko-sprzedawczyni. Świetnie, to mogłabym robić, byłam żywo zainteresowana tą firmą, a firma mną. Wymieniłam sporo maili z pewną panią z firmy, do czasu aż napisała, że prezentowana odzież to bikini, tylko dolna część, bez stanika, a prezentacje odbywają się w basenie.
Wtedy zainterweniowali Hiszpanie.
– Źle szukasz – mówią. – Tutaj przez Internet nie działa, bo nie zamieszcza się ogłoszeń w sieci. Musisz zacząć roznosić CV.
Tak też zrobiłam. Ruszyłam w peregrynację po Costa Teguise. Tu hotel, tam wypożyczalnia samochodów, obok biuro sprzedaży wycieczek, a przy nim sklep z pamiątkami – kubki z wielbłądem made in China. Latem 2012 roku wszyscy Hiszpanie i nie-Hiszpanie przekonani byli, że żyjemy w kryzysie najgorszym z najgorszych.
- Oj, ciężko. Tracimy pieniądze – wzdychała właścicielka małej rodzinnej wypożyczalni samochodów. Poopowiadała jeszcze, że ona tu na wyspie urodzona, tylko w głębi, nie ma wybrzeżu, dwójkę dzieci ma i całe życie tutaj, z tym, że w różnych miejscach, długo na przykład w Arrecife mieszkała.
- Coraz gorzej. Klientów nie ma. Pieniędzy nie ma. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli zamknąć – żaliła się właścicielka sklepiku z biżuterią.
- Po co ty tu przyjechałaś? Wyjedź z tej wyspy. Pracy ci tu nie damy, widzisz, że tu ruchu nie ma – mówiła Ukrainka, pokazując zza biurka na wypożyczalnię rowerów, w której właśnie byłyśmy, głęboko nieszczęśliwa, że musiała tu być. A musiała, bo jej mężczyzna, Brytyjczyk, postanowił porzucić swoją brytyjską ojczyznę i prowadzić interesy na Lanzarote. Tak więc ona, w Wielkiej Brytanii pracująca w firmie, która handlowała materiałami medycznymi, tutaj wypożyczała rowery nieprzychodzącym klientom.
- A tam dobrze zarabiałam, bo wiesz, ja po rosyjsku mówię, przyjaciele tam są, ech. Wyjedź stąd, ja ci mówię, sama też najchętniej bym wyjechała – żaliła się.
Po kilku dniach roznoszenia CV pracy nie dostałam, ale wiedziałam już, że Lanzarote to najbiedniejsza i najbardziej nieszczęśliwa wyspa pod słońcem, kryzys pożarł wszystko, gdzieś na świecie jest lepiej, dobrze, ale cała Hiszpania jest biedna jak mysz kościelna. Po tym wszystkim można już było tylko usiąść i płakać. I tak też robiłam, w Arrecife, nad brzegiem oceanu.