Archiwa tagu: hiszpania

Trochę o kobietach

Gdy się studiuje historię Hiszpanii, zaraz widać jedną prawidłowość – nie jest łatwo być kobietą w tym kraju. Owszem, westchniecie, generalnie kobietom nie było lekko, dotyczy to historii wszystkich krajów europejskich bez wyjątku. Jednak w Hiszpanii za czasów Franco obowiązywały regulacje, które pasowałyby bardziej do Arabii Saudyjskiej i które odbierało kobietom ich podstawowe prawa.

Aż do maja 1975 roku hiszpańskie kobiety potrzebowały zgody męża by móc pracować, otworzyć konto w banku, uzyskać paszport, przyjąć spadek. Na początku lat siedemdziesiątych obowiązywał tradycyjny i patriarchalny model rodziny. Kobiety były zależne od swoich ojców, a wraz z zamążpójściem przechodziły pod kuratelę męża. W połowie siedemdziesiątej dekady zaledwie 25 procent pań pracowało. Rozwody nie istniały, możliwa była tylko separacja. Jeśli do takiej już doszło, matki były pozbawiane wszelkiej władzy rodzicielskiej.

Hiszpanki, która wyszły za mąż za obcokrajowca, traciły obywatelstwo. Jeśli mieszkały na terytorium kraju, musiały mieć kartę rezydenta. Ich wykształcenie, na przykład dyplom ukończenia studiów, stawało się nieważne, nie mogły pełnić funkcji publicznych i by móc pracować potrzebowały zezwolenia jak wszyscy obcokrajowcy.

W kwestiach obyczajowych prawo było równie – albo i jeszcze bardziej – surowe. Do 1978 roku stosowanie środków antykoncepcyjnych było karalne, cudzołóstwo i konkubinat były przestępstwem. Kobiety często ginęły z rąk mężczyzn, nazywano to zbrodniami w afekcie. Jeśli małżonek popełniał przestępstwo po tym, jak przyłapał żonę na cudzołóstwie, nie musiał iść do więzienia. Te zbrodnie w afekcie to nadal poważny problem. W latach 2003-2015 niemal 800 kobiet zostało zamordowanych przez swoich partnerów.

Wspierana przez Kościół katolicki dyktatura Franco wydaje się o wiele bardziej opresyjna wobec kobiet niż komunizm z naszego podwórka. Czy to więc polska traktorzystka cieszyła się większą wolnością niż hiszpańska pani domu?

*Korzystałam z magazynu „Cambio16″, listopad 2015.

Hiszpańska rozmowa

Sytuacja ma miejsce w Las Palmas, stolicy Gran Canarii, na przejściu dla pieszych usytuowanym przy jednej z przecznic przecinających główną ulicę handlową zwaną Mesa y López. Jest czerwone, stoję sobie i czekam. Wokół, jak to na przejściach dla pieszych w dużych miastach bywa, stoją inni ludzie. A wśród nich dwie kobiety, tak na oko po pięćdziesiątce, a może po sześćdziesiątce, trudno ocenić. Bardzo ładne, eleganckie, zadbane. Stoją tuż obok mnie, więc chcąc, nie chcąc, słyszę ich rozmowę. A ta przebiega mniej więcej tak:

– Cześć!

– Cześć! Co słychać?

Dwa obowiązkowe, spektakularne i entuzjastyczne buziaki w policzek. Cmok! Cmok!

– Dooobrze. Bardzo dobrze. A u Ciebie?

– Bardzo dobrze. Wszystko dobrze.

– To dobrze.

– No i rodzina?

– Dobrze. Bardzo dobrze. Wszyscy dobrze.

– I syn? Jak on sobie tam radzi?

– Dobrze, wszystko dobrze. Teraz był tutaj u nas przez dłuższy czas. Moja mama miała urodziny, przyjechał specjalnie na to święto.

W tym momencie następuje nasilenie i eskalacja emocji.

– Och, jakie piękne wydarzenie. Piękne uczucia.

Nagle światło zmienia się na zielone. Muszę ruszyć przez przejście, no i śledzenie kobiet, by zobaczyć jak się rozwinie konwersacja nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Marny ze mnie Rutkowski, nie ta postura, nie ta uroda, nie ten przeszywający wzrok. Kobiety zostawiają mnie więc z moimi refleksjami filologicznymi.

Ile razy można użyć słowa bien, czyli dobrze, w jednej krótkiej konwersacji? Tyle się nagadały, ale nic sobie nie opowiedziały, poza tym, że wszystko dobrze. Jak kto możliwie, że wszystko jest dobrze? Przecież ta matka musi być już starszą osobą, na pewno na coś choruje, na pewno coś ją boli. Dlaczego ta córka nie opowiedziała tej drugiej kobiecie, jak bardzo cierpi jej matka? Nawet u syna, który mieszka daleko, może za granicą, wszystko dobrze? No jak to możliwe? Przecież on pewnie tęskni, zarabia za mało albo ma problemy z dziećmi, albo cierpi, bo nie ma dzieci? A to, co to za horror, wszystko dobrze.

I tak, idąc dalej wzdłuż ulicy Mesa y López i przystając na przejściach dla pieszych przy kolejnych przecznicach, tłumaczę sobie tę rozmowę na polski. W Krakowie, Warszawie albo Trójmieście brzmiałaby tak.

– Cześć.

– Cześć. Co słychać?

Lekko zauważalny, drobny grymas, mający przypominać pół uśmiech.

– Aaaaaa, stara bida. Wiesz, jak jest. A u Ciebie?

– No kiepsko. Kiepsko.

– Co zrobisz. Życie.

– A rodzina?

– No wiesz, różowo nie ma. Ale jakoś leci.

– I syn? Jak on sobie tam radzi?

– Jakoś ciągnie. Ale kiepsko. Tęskni za krajem, a tam też kokosów nie ma. Teraz był dłużej w domu, bo moja mama miała urodziny. Ciężko, ciężko. Trudno mu się z tym pogodzić, że babcia już nie taka młoda, niedosłyszy.

– Ech, no smutne, to wszystko. Smutne.

I to jest proszę państwa, rozmowa jak się patrzy!

Jak przeżyć latynoską miłość

Si te vas, yo también me voy, si me das, yo también te doy (Jeśli sobie pójdziesz, ja też pójdę, jeśli mi dasz, ja też Ci dam) – Kanaroniemiec podśpiewywał sobie te słowa przez całe lato, stojąc w hotelowej recepcji, między jednym klientem a drugim albo licząc kasę. Niezły z niego poeta, śmiałam się w duchu. Ale do czasu. Do czasu, aż przechodząc gdzieś, nie pamiętam, gdzie to było, usłyszałam tę już znajomą nutę. Tym razem w radiu, w wykonaniu Enrique Iglesiasa (Henryk Kościelniak). Aaaaaaa, przyszło olśnienie, czyli to nie żadne pół rymu wymyślone przez Kanaroniemca, tylko prawdziwa, regularna piosenka. I jak na szanującą się hiszpańskojęzyczną piosenkę przystało, musi być o miłości. Niezwykłe rymy, śmiałe porównania, głęboki tekst i niebanalna historia miłosna. Ta piosenka wzrusza na tyle, że musimy się nad nią pochylić.

Historia jest następująca. Ich jest dwóch, ona jedna. Ona jest z jednym z nich, ale naturalnie nie z tym, z którym bym chciała. Będąc z jednym, myśli o drugim. Ten drugi wyśpiewuje piosenkę, prowadzi w ten sposób swoistą autoreklamę. Już wiemy, co jej obiecał, że sobie pójdzie, jeśli ona pójdzie i że jej da, jeśli ona mu da, że jej da tę miłość. Poza tym: Bailamos hasta las diez, hasta que duelan los pies (Tańczymy do dziesiątej, aż zabolą stopy). I prawdziwy hit: Con él te duele el corazón y conmigo te duelen los pies (Z nim Cię boli serce i ze mną Cię bolą stopy). I to dziewczęta jest mocne przesłanie. Żebyście wiedziały, jak wybierać.



Różne zresztą bywają dole i niedole hiszpańskojęzycznej miłości. Taka na przykład Shakira to potrafi wyznać uczucie w piosence Suerte (Szczęście): Sabes que estoy a tus pies (Wiesz że, jestem u twych stóp). Różne rzeczy dla tego ukochanego zrobi: Puedo escalar los Andes solo, por ir a contar tus lunares (Mogę się sama wspinać na Andy, żeby policzyć twoje pieprzyki). I w ogóle im się w tej miłości układa: Suerte que mis pechos sean pequeños y no los confundas con montañas (Szczęście, że moje piersi są małe i nie mylisz ich z górami). W innej znowu piosence, Ojos así (Takie oczy) ta Shakira to jest bystrym obserwatorem: Ayer vi pasar una mujer debajo de su camello (Wczoraj widziałam kobietę przechodzącą pod swym wielbłądem). Ile ja się wypytywałam różnych Hiszpanów, co to zdanie o kobiecie może znaczyć, czy to jakaś metafora może jest albo rytuał z Afryki. Nikt nie wie, po co ta kobieta tak przechodzi.

Czasem jednak, a może przeważnie, z tymi Hiszpanami i Latynosami nie jest łatwo. I tak Alejandro Sanz w piosence La Tortura wyznaje bez bicia: Yo sé que no he sido santo, es que no estoy hecho de cartón (Wiem, że nie byłem święty, chodzi o to, że nie jestem z kartonu). W całym tym zmieszaniu z pomocą przychodzi Marc Anthony, były mąż Jennifer Lopez, który śpiewa: Voy a reír, voy a bailar, vivir mi vida la la la la (Będę się śmiać, będę tańczyć, żyć moim życiem la la la la).



Dziewczęta, a jeśli już naprawdę nawet Marc Anthony nie pomaga i nie wiecie co zrobić, zostaje już tylko strażak. Llegó el bombero con la manguera, llegó el bombero con la manguera a mojarte entera (Przyjechał strażak z sikawką, przyjechał strażak z sikawką zmoczyć Cię całą).



Popołudniowy relaks

Nie chodzi się zawsze na plażę, ani biega po górach, nie spotyka się zawsze fascynujących ludzi z drugiej półkuli, nie zawsze tańczy się salsę z Kubańczykami i niecodziennie wcina się krewetki oraz kanaryjskie ziemniaki z sosem, patrząc na spektakularny zachód słońca. Czasem człowiek ma wszystkiego dość, ma ochotę nie wychodzić z domu, nie robić nic, nie widzieć nikogo. Czasem – przyznajmy to wreszcie – człowiek ma ochotę walnąć się na sofie przed telewizorem. I z pilotem w ręku przeskakiwać z kanału na kanał. Telewizja jest hiszpańska. Człowiek na to, co widzi, reaguje, używając dziwnego konglomeratu włosko-hiszpańskiego: Mamma mia! O Madonna! Dios Santo!

Zacznijmy od tego, że Hiszpanie nie uznają tzw. napisów, ani tłumaczeń lektora, ani im się chce oglądać cokolwiek w oryginale, wszystkie filmy i programy, jak leci, są dubbingowane. I naprawdę myślałam, że po tym jak Sandra Bullock i George Clooney „mówią” w języku Don Kichota, nic gorszego nie może mnie już spotkać. Ale w tej kategorii to jednak nie Hiszpanie wygrywają, bo o wiele bardziej traumatycznym doświadczeniem jest, gdy Winnetou mówi po niemiecku. Z hiszpańską telewizją problem jest jednak taki, że zasób aktorów zajmujących się dubbingiem wydaje się dość ograniczony. Oglądam więc serial Two men and a half i przyzwyczajam się do głosu użyczonego postaci granej przez Charlie Sheena. Ale po przerwie reklamowej, kolejny serial, tym razem animowany Family guy i tym samym głosem przemawia teraz Brian – gadający pies. Od tej pory nie mogę się już uwolnić, twarz Charliego Sheena już na zawsze zlewa mi się z tym psem.

Przełączam na kanał informacyjny. Tu europejski standard – gadające głowy polityków plus kronika policyjna: zabójstwa, przemyt narkotyków, korupcja i skandale, wszystko w myśl zasady, że nic tak nie ożywia pierwszej strony gazety czy nagłówka wiadomości jak świeży trup. W porównaniu z polską telewizję odnotowuję jednak mniej wypadków samochodowych, więcej natomiast przemocy wobec kobiet. Słabo mi. Przełączam.

Lokalna telewizja kanaryjska serwuje relację z protestu. W jednej z wiosek w górach Gran Canarii nie ma chodnika, samochody mkną szybko, a ludzie się boją posyłać dzieci do szkoły. Przez chwilę czują się swojsko, jak u nas w domu, jak w Małopolsce. Zmieniam kanał.

Później jest jakiś program, którego formuły nie udało się rozgryźć, nazywa się to Salvame, czyli uratuj mnie. W studio siedzą jakieś na oko 50- i 60-letnie kobiety, między nimi kilku mężczyzn i o czymś dyskutują. Prowadząca, w różowej sukience i na niebotycznie wysokich czerwonych obcasach z przejęciem patrzy do kamery i mówi, że zaraz ujawni coś spektakularnego, prawdziwe superbombazo, aż mnie przechodzi dreszcz. Na dole ekranu pojawia się pasek informacyjny i okazuje się, że Belen Esteban od miesiąca jest śledzona przez prywatnego detektywa. Wszyscy gadają naraz, bo chcą to skomentować, domyślam się, że Belen to chyba ta tleniona blondynka, jedna spośród rozemocjonowanych kobiet. Później wszyscy gadają o jakiejś Raquel i nie mogę dojść, kim ona jest i co się z nią stało. Za chwilę znów prowadząca zmienia temat, mówi, że zaraz przyjdzie Charlotte i wszystkich zadziwi. Po chwili dociekania, o co w tym programie chodzi, jestem już tak zadziwiona, że więcej zdziwienia nie zniosę, przełączam.

Serial południowoamerykański. Przynajmniej można w oryginale i nie muszę się z dubbingiem męczyć. Scena z udziałem dwóch mężczyzn o kruczoczarnych i ekstremalnie wybrylantowanych włosach.

– Zostaw moje córki w spokoju – mówi jeden z mężczyzn. – Bawiłeś się nimi!

– Kocham jedną z pańskich córek! – mówi drugi mężczyzna.

Kolejna scena: jakaś para się całuje. Kolejna scena. Do gabinetu, gdzie było dwóch mężczyzn, wchodzi jedna z córek jednego z mężczyzn.

– Nie chcę, żebyś zadawała się z tym imbecylem! – mówi mężczyzna, który jest ojcem.

– Już ci wyjaśniłam, że się kochamy! – odpowiada córka.

Kolejna scena. Młoda, seksowna, farbowana blondynka z rozpuszczonymi włosami, w obcisłych dżinsach, w sandałkach na koturnach i w niebieskich gumowych rękawiczkach właśnie kończy myć podłogę. Znajduje się na jakimś korytarzu, domyślamy się, że to jakaś firma. Przychodzi młody, przystojny, w garniturze, wyraźnie zły, chyba to jej szef. Rozmawiają chwilę, ona mówi, że już skończyła, że już do domu będzie szła. On wyraźnie zły, samczy, władczy, prawdziwy maczo z Meksyku, Kolumbii, Paragwaju czy Urugwaju wścieka się ogromnie, przewraca kubeł z wodą, woda się rozlewa, on brzydko tak się zachowuje, każe jej sprzątać, ale szybko, bo jej nie będzie płacił za nadgodziny. Wychodzi. Ona się słania, by się przewróciła, ale się wspiera na kiju od mopa, co za dramaturgia, zestresowana przyklęka na jedno kolano i podnosi ten przewrócony kubeł, ten kij od mopa, co za wsparcie. Mój nos mi podpowiada, że za trzy tysiące odcinków będą mieli romans i on ją przeprosi, a później poślubi, i ona odziedziczy wielką, przynależną jej fortunę. Przełączam.

Na kolejnym kanale prawdziwy hit, program, że z butów wyrywa. Coś podobnego było też chyba w polskiej telewizji i o ile się nie mylę, nazywało się chwila prawdy. Chodzi o to, żeby zaprosić do programu całą rodzinę, a jedną z osób bezpośrednio do gry, to znaczy – sadza się taką osobę z boku i zadaje jej najbardziej osobiste, upokarzające i intymne pytania. Osoba odpowiada „tak” lub „nie”. A wykrywacz kłamstw potwierdza odpowiedź. Jak ktoś mówi prawdę, wygrywa kolejne sto euro, gdy skłamie, odpada. Akurat jest odcinek, w którym mąż, żona i teściowa. Mąż gra, żona i teściowa dopingują. Pierwsze pytania są dosyć proste, coś w stylu: „czy przeszkadza ci, że twoja żona uważa, iż kiepsko gotujesz”. Publiczność bije brawo, żona i teściowa dopingują, kolejne euro na koncie. Później jednak coraz bardziej pod górkę. „Czy przeszkadza ci, że twoja żona uważa, że jesteś kiepskim ojcem dla waszej córki” – prowadząca zachowuje kamienną twarz. Mężczyzna się poci, przełyka ślinę, przyznaje, że tak. Bach, wykrywacz kłamstw potwierdza, leci kolejne sto euro, teściowa dumna, żona wzruszona. Prowadząca dla rozluźnienia atmosfery, mówi do żony – a ty lubisz szydełkować, prawda? I co tam sobie szydełkujesz? Ta odpowiada, że kilka szaliczków zrobi chętnie, różnokolorowych. Gawędzą sobie chwilę i wracamy do gry. Kolejne pytanie: „ Czy przeszkadza ci, że twoja żona uważa, że jesteś kiepski w łóżku?” Żona zaciska dłonie, teściowa wstrzymuje oddech, bach, kolejne sto euro na koncie, biją brawo.

– Kochamy cię – mówią do kamery. – Wspieramy cię, graj dalej!

Chłop ociera łzy. Kolejne pytanie: „Czy przeszkadza ci, że twoja teściowa uważa, że jesteś gejem?”, „Czy przeszkadza ci, że twoja teściowa uważa, że nie jesteś biologicznym ojcem jej wnuczki?” Przełączam.

Kolejny jest reality show tylko formuła nieco specjalna. Oni znajdują się bowiem na rajskiej wyspie, rajska to znaczy, że jest ocean, plaża, palmy i błękit, i są golusieńcy jak ich Pan Bóg stworzył. Kamera miłościwie nie pokazuje podbrzuszy, całą resztę jak najbardziej. Jest dwóch chłopaków, jedna dziewczyna i akurat dołącza do nich druga dziewczyna. Ta nowa jest super, hiper, jazzy, trendy, potrząsa biustem i mówi do kamery: „taka jestem szalona”. I ta nowa jest oczywiście bardziej sexy i super od tej drugiej, cichej, szarej myszki z fałdeczkami. Dwóch chłopaków, jeden taki sobie, w okularach, informatyk z Barcelony, drugi, boski w typie latino, miodzio. Taki jest zaintrygowany tą nową. Formuła programu polega na tym, że oni albo mają różne zadania do wykonania, albo chodzą ze sobą na randki, każdy z każdy, w sensie chłopcy z chłopcami na randki jednak nie chodzą. Najpierw więc oglądam, jak dwie golusieńskie dziewczyny biegają po plaży i przeciągają po piasku drewniane paliki, łamię sobie głowę, cóż to za frapująca żeńska dyscyplina sportowa. Później jest ta część randkowa i wiadomo, że ta sexy i ten sexy czują do siebie miętę i może coś się wydarzy. Ona się wypina, napina i pręży, on napina muskuły aż oczy mu wychodzą z orbit. W kulminacyjnym momencie ona chce go pocałować, ale on odwraca głowę. Co za skandal!

Wyłączam telewizor. Boję się pójść spać. Będę mieć złe sny.