Archiwa tagu: gran canaria

Pada deszcz

No i wreszcie nadeszły te dni. Deszczowe. Na Wyspach Kanaryjskich pada niezwykle rzadko, ale jednak i tu czasem się zdarza. Jak to ma miejsce obecnie, gdzieś nad oceanem toczy się prawdziwa nawałnica, a my tu na wyspach dostajemy rykoszetem.

Zazwyczaj deszcz to okazja, by wprowadzić stan wyjątkowy. Lokalne władze informują o zagrożeniach. Gdy silne opady trwają ponad pół godziny, to już zazwyczaj początek klęski żywiołowej. Tu trzeba jednak przypomnieć, że Kanaryjczycy są na deszcz wyjątkowo nieprzygotowani, więc nie potrzeba wiele by pozalewało wioski i miasteczka. Jak będziecie na Lanzarote, poszukajcie kiedyś chociaż jednej rynny. Może gdzieś jest. Mnie do tej pory nie udało się znaleźć.

Lokalna administracja przypomina dzisiaj na łamach prasy by m. in. zamykać okna i drzwi, aby woda nie przedostała się do wnętrz. Należy także zrezygnować z wybierania się na wycieczki oraz kemping. Szczególnie ostrożni muszą być kierowcy. Powinni zredukować prędkość i jeśli deszcz zastanie ich, gdy akurat będą w trasie, nie mogą zapomnieć o tym, by pozamykać w samochodzie okna i drzwi. To o zamykaniu okien wydaje mi się szczególnie ważne. Na Kanarach pada tak rzadko, że przeciętny kierowca mógłby przecież nie zauważyć, że właśnie leje mu się woda do środka i już zdążył zmoknąć.

Choć deszcze zapowiadane były od niedzieli, w Las Palmas na Gran Canarii jeszcze się nie pokazały. Wczoraj wieczorem padał taki drobny kapuśniaczek, a nawet jeszcze mniej niż kapuśniaczek. Wiecie taki deszcz, kiedy to nie wiadomo, czy rozkładać parasolkę czy nie i samych siebie pytacie: ale pada, czy nie pada? Jednak dziewczyny w szkole tańca doniosły, że w innych rejonach wyspy deszcz był. Polacy na Lanzarote widzieli nawet tęczę. Póki co największe opady spodziewane są na Teneryfie, według prognoz dziś nawet w ciągu godziny w Santa Cruz może spaść nawet 30 litrów na kilometr kwadratowy. Ponoć popada też w centrum i na południu Gran Canarii.

Tak więc siedziałyśmy wczoraj w Las Palmas w szkole tańca, już po lekcji i po tym niby deszczu. Godzina dziewiąta wieczorem, dwadzieścia dwa stopnie, ciepło, nic nie zapowiada żywiołowych klęsk. My w Polsce nazywamy to ładną pogodą, na Kanarach zaś mamy sytuację wyjątkową. Jedna z tancerek obuła się w sięgające do kostek gumiaki, czym wzbudziła niemałą sensację.

– Ale masz fajne buty – zachwycały się dziewczyny, a mnie przez głowę przeszła myśl, po co komuś gumiaki na Wyspach Kanaryjskich. Chyba przydają się równie często jak japonki Eskimosom.

Hiszpańska rozmowa

Sytuacja ma miejsce w Las Palmas, stolicy Gran Canarii, na przejściu dla pieszych usytuowanym przy jednej z przecznic przecinających główną ulicę handlową zwaną Mesa y López. Jest czerwone, stoję sobie i czekam. Wokół, jak to na przejściach dla pieszych w dużych miastach bywa, stoją inni ludzie. A wśród nich dwie kobiety, tak na oko po pięćdziesiątce, a może po sześćdziesiątce, trudno ocenić. Bardzo ładne, eleganckie, zadbane. Stoją tuż obok mnie, więc chcąc, nie chcąc, słyszę ich rozmowę. A ta przebiega mniej więcej tak:

– Cześć!

– Cześć! Co słychać?

Dwa obowiązkowe, spektakularne i entuzjastyczne buziaki w policzek. Cmok! Cmok!

– Dooobrze. Bardzo dobrze. A u Ciebie?

– Bardzo dobrze. Wszystko dobrze.

– To dobrze.

– No i rodzina?

– Dobrze. Bardzo dobrze. Wszyscy dobrze.

– I syn? Jak on sobie tam radzi?

– Dobrze, wszystko dobrze. Teraz był tutaj u nas przez dłuższy czas. Moja mama miała urodziny, przyjechał specjalnie na to święto.

W tym momencie następuje nasilenie i eskalacja emocji.

– Och, jakie piękne wydarzenie. Piękne uczucia.

Nagle światło zmienia się na zielone. Muszę ruszyć przez przejście, no i śledzenie kobiet, by zobaczyć jak się rozwinie konwersacja nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Marny ze mnie Rutkowski, nie ta postura, nie ta uroda, nie ten przeszywający wzrok. Kobiety zostawiają mnie więc z moimi refleksjami filologicznymi.

Ile razy można użyć słowa bien, czyli dobrze, w jednej krótkiej konwersacji? Tyle się nagadały, ale nic sobie nie opowiedziały, poza tym, że wszystko dobrze. Jak kto możliwie, że wszystko jest dobrze? Przecież ta matka musi być już starszą osobą, na pewno na coś choruje, na pewno coś ją boli. Dlaczego ta córka nie opowiedziała tej drugiej kobiecie, jak bardzo cierpi jej matka? Nawet u syna, który mieszka daleko, może za granicą, wszystko dobrze? No jak to możliwe? Przecież on pewnie tęskni, zarabia za mało albo ma problemy z dziećmi, albo cierpi, bo nie ma dzieci? A to, co to za horror, wszystko dobrze.

I tak, idąc dalej wzdłuż ulicy Mesa y López i przystając na przejściach dla pieszych przy kolejnych przecznicach, tłumaczę sobie tę rozmowę na polski. W Krakowie, Warszawie albo Trójmieście brzmiałaby tak.

– Cześć.

– Cześć. Co słychać?

Lekko zauważalny, drobny grymas, mający przypominać pół uśmiech.

– Aaaaaa, stara bida. Wiesz, jak jest. A u Ciebie?

– No kiepsko. Kiepsko.

– Co zrobisz. Życie.

– A rodzina?

– No wiesz, różowo nie ma. Ale jakoś leci.

– I syn? Jak on sobie tam radzi?

– Jakoś ciągnie. Ale kiepsko. Tęskni za krajem, a tam też kokosów nie ma. Teraz był dłużej w domu, bo moja mama miała urodziny. Ciężko, ciężko. Trudno mu się z tym pogodzić, że babcia już nie taka młoda, niedosłyszy.

– Ech, no smutne, to wszystko. Smutne.

I to jest proszę państwa, rozmowa jak się patrzy!

Znowu jest pięknie

Znowu jest pięknie. Na całej Gran Canarii, od wydm na południu, poprzez górzyste centrum aż po skaliste północne wybrzeże fantastyczna pogoda. Świeci słońce, jest około trzydziestu stopni i nie wiadomo, czy bardziej błękitne jest niebo czy ocean.

– Jaki cudowny dzień – zachwyca się Kanaroniemiec, który właśnie wrócił z Niemiec, gdzie marzł przez tydzień. (No, no, nie chodzi o to, że aż tak bardzo tam cierpiał. Przez cały tydzień zajadał się pysznymi frankfurterkami, więc w skali szczęśliwości wyszedł na swoje). Idziemy deptakiem wzdłuż słynnej plaży Las Canteras w stolicy wyspy.

– Niesamowity – przytakuję i myślę sobie, że to faktycznie jeden z najpiękniejszych dni, jakie widziałam w Las Palmas. Takie nasilenie błękitów, nasycenie barw, że nie można się nadziwić, wydaje się, że nawet powietrze jest kolorowe. Gorąco, ale lekki wiatr, który wieje od oceanu, przyjemnie chłodzi. Ludzie wylegują się na plaży, przesiadują w knajpach.

Od kilku dni na całym archipelagu jest podobnie. Po trzydzieści, czterdzieści stopni, pogoda by plażować i cieszyć się życiem. I generalnie tak nam życie upływa: w tak pięknych okolicznościach przyrody. Nie będę się rozpisywać o tym, że gdy wokół jest ładnie, człowiek czuje się szczęśliwszy, ani o wpływie witaminy D na nastrój i że potrzeba słońca, by organizm mógł tę witaminę zsyntetyzować. To są rzeczy oczywiste. I jedną z myśli, która przebiega człowiekowi przez głowę, gdy codziennie rano zmierza do pracy, jest: jaki piękny dziś dzień. Znowu piękny dzień.

Ale… Nie bylibyśmy Polakami, gdybyśmy nie dopatrzyli się jakiegoś ale. Wszystko cudnie, ładnie, jednak czasem w ciągu roku, niezwykle rzadko, zdarzają się gorsze dni. Bywa, że nie ma słońca i przez cały dzień jest zachmurzone, bywa, że tak ze trzy razy do roku spadnie deszcz. Że w ciągu całego słonecznego roku, akurat jeden tydzień jest deszczowy. A tu pech, że akurat w takim tygodniu przylatuje rodzina. Człowiek musi potem za cały archipelag oczami świecić i tłumaczyć się rodzinie po co kazał tych kremów przeciwsłonecznych nazwozić, kiedy słońca akurat nie widać.

No i co ja mam tym znajomym powiedzieć, którzy byli tu tydzień temu? Spędzili jeden dzień w Las Palmas, akurat było trochę zachmurzone a na słynnej plaży Las Canteras był odpływ. Ocean pachniał oceanem intensywniej, jak to ma w zwyczaju podczas odpływu (chyba chodzi o to, że śmierdziało rybami), no i rzeczywiście nie zachęcał do kąpieli. Zimno było jak na październik, tylko dwadzieścia stopni. Ci znajomi spędzili w Las Palmas jeden dzień i już, olaboga, na zawsze będą myśleć, że na plaży okrzykniętej jedną z najpiękniejszych miejskich plaż na całym globie, jest kiepsko.

A ci znajomi, którzy jesienią 2014 roku trafili na najbardziej deszczowy tydzień najbardziej deszczowego listopada. Którzy, przypływając promem z Lanzarote na Fuerteventurę, porządnie zmokli. I swój pierwszy wieczór na Fuercie spędzili, no na tarasie wprawdzie, ale pod dachem, bo akurat był rzęsisty, porządny deszcz, lało jak w Polsce, nie przymierzając.

I jeszcze turyści, którym podczas zameldowania w hotelu, powtarzałam w kółko, że tutaj nie pada. A tu nagle, następnego dnia rano, bach, deszcz!

Ale teraz wszystko znów w normie, cudnie jest na plaży w Las Palmas. Jest pięknie, żyć się chce.

Jednak, żeby nie było, że tak idealnie. W tak pięknych okolicznościach przyrody muszę zabrać się znów za naukę niemieckiego.

Wszyscy chcą na Kanary

Z cyklu: sławne osobistości na Wyspach Kanaryjskich.

Mamy niezbite dowody: rodzina Simpsonów też chce na Kanary.

Z tego, co udało się ustalić ekipie kanaryonline, Homerowi już udało się przedostać na archipelag. Przebywa na południu Gran Canarii i zazwyczaj przesiaduje na deptaku tuż przy latarni morskiej Maspalomas.

Homer

Mówi, że jest cudownie, tylko czasem dokucza mu samotność. Wpadnijcie, posiedzieć z nim na ławeczce. Homer czeka, plaża czeka, słońce i ocean też czekają. I trzydzieści stopni Celsjusza.

Lekcja polskiego

Tendencja zdaje się wyraźna – coraz więcej Hiszpanów potrafi co nieco powiedzieć po polsku. Owszem, dla wielu Polska to wciąż taki kraj, o którym nie wiadomo, gdzie dokładnie leży. A co wiadomo?

– Uuuuu, a to daleko. I zimno – słyszałam wiele razy, gdy odpowiadałam na pytanie, skąd jestem.

Ci nieco bardziej obyci w świecie i znający historię, jak im powiesz, żeś Polak, odpowiedzą: Walesa. Chwilę ci zajmie, aż zrozumiesz, że chodzi im o Wałęsę. Swoją drogą trochę to ze strony Polaków przewrotne, że jedna z najbardziej znanych postaci ma nazwisko tak piekielnie trudne do wymówienia. Kilka osób, które znam, Kanaryjczyków i Hiszpanów z półwyspu, już w Polsce było albo się wybierze. Ci powiedzą: pierogi, Cracovia i Varsovia.

Kanaryjczycy chęci do nauki naszego języka też mają szczere. Jeden z kierowców, z którym jeździliśmy na wycieczki na Fuerteventurze, gdy Polacy wracali z plaży, stawał uśmiechnięty przed autobusem i pozdrawiał wsiadających, powtarzając w kółko: cińdobri, cińdobri.

– Czemu mi nie odpowiadają? – pytał mnie rozczarowany. A rzeczywiście, ludzie przyglądali mu się cokolwiek dziwnie, nic nie mówiąc.

– Hm, chyba nie rozumieją Twojej wymowy – odpowiadałam. – Musisz jeszcze poćwiczyć.

– Cińdobri, cińdobri, cinkuje barso – powtarzał niestrudzenie.

Do historii odeszły już czasy, gdy mieszkańcy Europy Zachodniej nie wiedzieli, co to ta Polska i nie rozpoznawali naszego języka. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy byłam na szkolnej wycieczce w Anglii, tubylcy dziwili się, słysząc polski. Co to za język, co to za język – powtarzali na okrągło i pytali nas, czy Polska to miasto w Rosji. Teraz każdy szanujący się Europejczyk, choćby i nie za wiele wiedział, to wie chociaż, że zimno i daleko.

– Czemu on nam powiedział „dziękuję”? – pytali znajomi, którzy wpadli w odwiedziny na Gran Canarię i do których jakiś mężczyzna tak zagadał na ulicy.

– Pewnie skumał, skąd jesteście, więc chciał wam coś po polsku powiedzieć, a jedyne, co miał w zanadrzu, to „dziękuję” – wyjaśniłam.

Szczególną chęć do nauki polskiego wykazał Młody Romantyk, z którym pracowałam w hotelowej recepcji.

– Naucz mnie, jakiegoś brzydkiego słowa – poprosił pewnego dnia. Znał już nasze określenie na panią lekkich obyczajów, notabene, Hiszpanie bardzo to słowo lubią, bo w ich języku brzmi tak samo, jest zupełnie niewinne i oznacza po prostu zakręt. W tej sytuacji nie zostało mi nic innego, jak nauczyć go pewnego słowa na s…., wiecie, chodzi o tę prośbę by ktoś się natychmiast oddalił. Od tamtego dnia Młody Romantyk witał mnie codziennie z szerokim uśmiechem i mówiąc do mnie niezwykle czułym tonem: spie….aj.

– O nie, to ja Cię uczę i mój wysiłek obraca się przeciwko mnie – zaprotestowałam. I zaraz przystąpiliśmy do nauki praktycznego zwrotu: masz rację, Edyto. I wersji rozbudowanej: tak, masz rację, Edyto. A później kolejne przydatne zdania: jesteś piękna, tęsknię za tobą kochanie, nie mówię po polsku, jestem głodny.

Jednak prawdziwym znawcą polszczyzny okazał się jeden z kelnerów w hotelu. Ten dwudziestoczterolatek, Kanaryjczyk jak się patrzy, mówił dosyć płynnie po polsku. Gdy wpadał na recepcję, ucinaliśmy sobie prawdziwe pogawędki.

– Gdzie się tak nauczyłeś mówić? – spytałam kiedyś.

– W Warszawie – odparł.

– Oooo, a co robiłeś w Warszawie?

– Kochałem – odparł po chwili namysłu, obrócił się na pięcie i ruszył z kieliszkami do baru.

Pewnego dnia w jadalni dla personelu opowiedział mi nieco szczegółów tej historii.

– Ja miałem osiemnaście lat. Byłem w Polsce na wakacjach. Zakochałem się. Zadzwoniłem do mamy i powiedziałem – mama, ja nie wracam. Co? Jak to nie wracasz? – snuł swoją historię.

I tak, w tej jadalni, opowiadał mi od czasu do czasu o swoim zafascynowaniu Polską.

– Kocham Polskę. Jeszcze tam wrócę. Kocham polską muzykę. Disco polo. Kocham disco polo. Moja mała blondyneczko, jesteś szalona, ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie – recytował teksty piosenek, aż mi z wrażenia widelec wyleciał z rąk.

I to jest, proszę państwa, prawdziwy miłośnik naszego kraju.

Jestem kobieta pracująca. Żadnej pracy się nie boję

– Wiele rzeczy w tym kraju jest nie tak – Młody Romantyk ocenia sytuację hiszpańskiego zatrudnienia. Siedzimy sobie w jadalni dla personelu w jednym z hoteli na południu Gran Canarii. Jest przedostatni dzień mojej pracy. Po roku kończy mi się umowa i gdyby firma miała ją przedłużyć, musiałaby mi wręczyć umowę na czas nieokreślony. A tego oczywiście nie zrobi.

– Wiesz akurat w tym kraju to mimo wszystko jest całkiem dobrze. W innych jest o wiele gorzej – odpowiadam Młodemu Romantykowi. – I przypominają mi się moje podróże na Ukrainę, na Litwę, Łotwę, Estonię i do jeszcze kilku innych krajów. I jeszcze ta historia opowiedziana przez przypadkowo napotkaną kobietę na Łotwie. Pracowała w wytwórni konserw rybnych. Mówiła, że gdy przyszedł kryzys, firma przestała wypłacać wynagrodzenie, a jej miesięczną pensję stanowiły konserwy rybne.

– W innych miejscach jest gorzej, co oczywiście nie przeczy temu, że w Hiszpanii trylion rzeczy urządzonych jest nie tak – potwierdzam.

Akurat Młody Romantyk i ja jesteśmy w całkiem nie najgorszej sytuacji. Ja po przepracowanych dwu i pół roku mam prawo do bezrobocia przez minimum cztery miesiące. Kalkuluję, że będzie to około tysiąca euro na miesiąc. To wystarczająca kwota, żeby tu przeżyć, bez rewelacji, ale i bez głodowania. Zamiast więc na gwałt szukać nowej pracy mogę sobie urządzić małe wakacje. Młody, dopiero co po studiach i pierwszych praktykach, jest właśnie po raz pierwszy zatrudniony. Ale gdy miną mu cztery miesiące umowy, nie chce jej przedłużać do roku. Jego plan na najbliższe lata to bowiem jakaś fantastyczna podróż a nie obsługiwanie turystów. I tak nad ryżem i sałatką rozmawiamy sobie o sytuacji w Hiszpanii, o tym, że kryzys się skończył i o planach na przyszłość.

Raczej nie martwię się za dużo o znalezienie nowej pracy. Na południu wyspy jest dużo hoteli, które pracują w podobny sposób, umowa na rok, a później zatrudnia się kolejną osobę. Wszystko po to, by nie zatrudniać na stałe. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, jakiś procent pracowników musi mieć umowy na czas nieokreślony.

Gdy dana osoba przepracuje rok, później ta sama firma nie może jej zatrudnić przez cztery miesiące, jeśli nie chce jej dać umowy na stałe. Niektóre hotele w tym czasie oferują kontrakty na zastępstwo, a później znów na rok, na to prawo pozwala. W hotelu na Lanzarote, w którym pracowałam, sporo pracowników ze stałymi umowami firma wysyłała co roku na dwa miesiące bezrobocia. Świadczenia były mniej więcej tak wysokie jak pensja. Do tych dwóch miesięcy dodawano wakacje i robiły się trzy miesiące wolnego.

W tym systemie zawsze jest więc jakiś hotel czy firma, które szukają pracowników. Niektórzy narzekają, bo chcieliby stałą umowę i kredyt w banku. Inni się cieszą, biorą to bezrobocie i jadą sobie do Tajlandii. Choć akurat w tym przypadku muszą liczyć na łut szczęścia, żeby się nie wydało, bo jak się dostaje pieniądze od państwa, to państwo zabrania wyjeżdżania w długie podróże.

Ta nieustanna rotacja pracowników sprzyja obcokrajowcom, tym, którzy dopiero co przyjechali, łatwiej im jest gdzieś się załapać na początku. Choć oczywiście te początki nie są łatwe. W tym systemie pracowałam już dwa razy na recepcji w hotelu, jako przewodnik wycieczek i sprzedawca w centrum aloesowym.

Kryzys w Hiszpanii się skończył, na Wyspach Kanaryjskich pełno turystów a hotele pękają w szwach, Młody Romantyk jeszcze nie wie, gdzie pojedzie w podróż, ale wie, że pojedzie. Zjadłam mój ryż, a Młody swoją sałatkę. Skończył się mój przedostatni dzień w pracy.

Niech żyją paszporty i samoloty

Kliknę parę razy, trwa to kilka minut i już. Bilety na samolot kupione. Mogę podróżować, gdzie chcę, kiedy chcę. Wy też możecie. Owszem, westchnie tu wielu z was, że szef, że dzieci, że rata za dom, że silnik w aucie do wymiany, że to skomplikowane, że to nie takie proste. Racja, pewnie, że nie takie proste. Ale jeśli chcecie, możecie z tymi przeszkodami się uporać.

To niesamowite. W ciągu pięciu minut kupuję bilety na samolot, a urodziłam się w kraju, w którym trwał akurat stan wojenny i o podróżach za granicę myślało się w kategoriach ucieczki a nie relaksujących wakacji. Jeszcze trzydzieści lat temu podróż na Wyspy Kanaryjskie wydawała się przeciętnemu Polakowi abstrakcyjna niczym wyprawa na Księżyc, a teraz polskie zastępy opalają się na plażach Fuerteventury i spacerują po deptakach Gran Canarii. Moi rodzice głowili się, jakby tu przeżyć z tymi porcjami żywności na kartki, a ja głowię się, jakby tu polecieć nie tylko do Polski i Gruzji, ale jeszcze wyskoczyć na Kubę, i w weekend na Teneryfę, i do Barcelony, i jeszcze… Moja babcia pierwszy raz zobaczyła morze, gdy była po pięćdziesiątce, moi rodzice po trzydziestce, ja, gdy miałam siedem lat. Moja babcia marzyła o nowych butach, ja o nowych kontynentach.

Ściskam w ręku paszport, wsiadam do samolotu i kolekcjonuję. Kolekcjonuję zachody słońca nad oceanem, rzymski upał przy Fontana di Trevi, widoki z szosy transfogaraskiej w Rumunii, smak piwa Baltas na promie z Tallina do Helsinek, zimno z beskidzkich styczniowych wiosek i wyciągów narciarskich, marokańskie gwiaździste niebo, berlińskie ulice.

Jeżdżę, patrzę, oglądam, poznaję i wiem, że to ciągle jeszcze przywilej nielicznych. Że jestem w mniejszości. Że to luksus, niczym z mojej strony niezasłużony, iż mój kraj w ciągu tych trzydziestu lat zmienił zdanie i zamiast wysyłać mnie na wojnę, wręczył mi paszport. I tę wolność, z którą mogę zrobić, co chcę. I ciągle jeszcze nie mogę się temu nadziwić, nie umiem nad tym przejść do porządku dziennego.

Jadę więc w kolejną podróż. We wrześniu opuszczam kanaryjską bazę, będę pisać do was z Polski i Gruzji.

Bardzo zimna Polka

– Na początku to Cię nie lubiłem – krzywi się mocno. – Ale teraz już jest dobrze – wyznaje mi ni stąd ni zowąd Ekswłaściciel Knajpy w Las Palmas, a obecnie mój kolega z pracy.

No tak – myślę sobie – bo ja jestem chłodna, zdystansowana Polka z zimnego kraju, a tutaj każdy się uśmiecha częściej niż oddycha, wszyscy są sympatyczni i wszyscy do wszystkich zwracają się per kochanie.

Zatem pewnego dnia, nie tak dawno, gdy dotoczyłam się do pracy w dosyć kiepskim, a może po prostu nieentuzjastycznym humorze, Ekswłaściciel Knajpy podszedł do mnie z szerokim uśmiechem i zapytał, a co ja jestem taka dzisiaj smutna. Zmierzyłam go swoim polskim wzrokiem i odparłam:

– No a jaka mam być? – i okazało się, że tym można Kanaryjczyka mocno przestraszyć.

Gdyż, otóż, ponieważ powinnam być uśmiechnięta, sympatyczna i odpowiedzieć mu coś w stylu – no co Ty skarbie, jest super, a jeszcze teraz, gdy Cię zobaczyłam, to już w ogóle mam świetny humor.

Kanaryjczyk nie ma bowiem w zwyczaju za dużo narzekać, a już na pewno nie komuś kogo zna mało lub nie zna wcale. Dla pani w banku, pana na poczcie, kierowcy w autobusie, sprzedawcy w spożywczaku, dla ludzi napotkanych na ulicy, mijanych po drodze do pracy, dla nieznajomych, którzy pytają o drogę, dla – naprawdę, nie żartuję – osoby opalającej się tuż obok na plaży (tu nie ma plażowych parawanów!) Kanaryjczyk będzie przeważnie szalenie miły. Zatrzyma się, pomoże, podpowie, zagada, uśmiechnie się i życzy miłego dnia. Zatem, jeśli stoicie w kolejce w supermarkecie i pani się coś w kasie zablokuje albo nie będzie mogła sczytać kodu, i będziecie tak stali, i stali a kolejka będzie rosła, należy się do pani kasjerki uśmiechnąć i powiedzieć jej, żeby się nie denerwowała, bo przecież nic się nie dzieje, po czym dalej radośnie i swobodnie sobie w tej kolejce czekać. Taksówkarzowi, który wiezie was na lotnisko, należy opowiedzieć połowę swojego życia, a i on odwdzięczy się, informując was, gdzie studiują jego dzieci, ile ma wnuków i że córka wyszła za mąż za Niemca, ale mieszkają w Las Palmas, bo wiadomo. Gdy ktoś na ulicy niechcący na was wlezie, to absolutnie nie można się na niego skrzywić, tylko serdecznie uśmiechnąć i go pozdrowić. A jak ktoś się ryje przed was w kolejce, to go przepuścić i – wiadomo – uśmiechnąć się.

– Widać było, że pani za bardzo się nie zna i raczej Ci nie pomoże, ale była tak szalenie sympatyczna i urocza, że trudno się zezłościć – oceniła polska Profesorka Bellydancerka, przyglądając się moim zmaganiom w banku. – Tak, są często niekompetentni, nie da się, nie potrafią, nie mogą, odmawiają pomocy, ale z takim wdziękiem.

Wokół jest zatem sypmatycznie, miło i przyjaźnie. A do tego jeszcze wszyscy mówią do siebie czule. Cielo, cariño, mi niña, amor (dosł. niebo, kochanie, moje dziecko, kochanie).

Jaka mi niña, kiedy jestem od Ciebie starsza. I nie jestem żadne Twoje kochanie – mam czasem ochotę wypalić, ale gryzę się w język.

Bo jak ma biedny Polak – przyzwyczajony do krzywienia się, marudzenia i narzekania – to wszystko znieść? Tę niezliczoną ilość słoneczek, buziaków i kochania?

I taka sytuacja na Lanzarote. Po dziewięciu miesiącach pracy w hotelu, gdy już tę pracę zdążyłam zmienić, pewnego dnia idę sobie spokojnie przez Costa Teguise, a tu nagle spotykam znajomą z tamtego hotelu. Jak Boga kocham, przysięgam wam, ja nigdy z nią w ciągu tych dziewięciu miesięcy nawet nie porozmawiałam dłużej. Przychodziła odebrać klucze albo zostawić klucze, ja te klucze wręczałam, uśmiechałyśmy się, co tam, jak tam, co słychać, dziękuję dobrze, a to fantastycznie. A tu nagle ją spotykam i ona wpada w euforię, jakby zobaczyła księcia ze złotym trzewiczkiem wprost z bajki o Kopciuszku. I zaczyna:

– O jej, ale się cieszę, że Cię widzę! Jak tam? Co u Ciebie? I praca? I rodzina? – pyta rozentuzjazmowana, a ja nic z tego nie rozumiem. Bo przecież wiem, że wcale się nie cieszy, bo jest jej wszystko jedno i mnie jest wszystko jedno. No dobrze, fajnie, nawet miło, ale żeby aż tak?

– No powiedz, czemu ona mi tak nagadała? – opowiadam tę całą historię teraz Ekswłaścicielowi Knajpy. – Przecież to fałszywe, przecież to nieprawda, przecież jej to nie obchodzi – upieram się w mojej polskiej mentalności.

– To nie o to chodzi – tłumaczy. – Kanaryjczycy po prostu chcą, żeby była miła atmosfera, żeby było fajnie. Starają się tę miłą atmosferę wprowadzić.

I tak, dla tej atmosfery, staram się dzielnie przyjmować na klatę te wszystkie skarbeczki, buziaczki i słoneczka, które płyną w moją stronę. A jak już mi jest tak bardzo ciężko, za dużo, zbyt pięknie, to idę sobie od czasu do czasu pogadać z Niemcami. Od razu robi mi się lepiej. Ostro, szorstko, swojsko. Prawie jak w domu.

Z cyklu: cierpienia turysty

Lato w pełni, sezon w pełni, wakacje w pełni. Gorąco, słońce świeci, ocean szumi, piwo leje się do kufli, pełen relaks. Idealnie. A oni cierpią. Cierpią srodze, solidarnie europejsko, bez względu na narodowość, szybko, bo urlop krótki, trwa tydzień, maks dwa tygodnie. Cierpią, bo:

– Na plaży jest strasznie dużo piasku. Ten piasek wdziera się wszędzie, a jak się człowiek kremem z filtrem posmaruje, a smaruje się, to jeszcze ten piasek się klei.

– Wieje wiatr, a biuro podróży nie uprzedziło, że wiatr tu istnieje.

– Pieprzniczki w restauracji z lewej strony mają za małe dziurki i pierz się nie sypie. W restauracji z prawej strony są ok. Ale za to z prawej strony nie ma młynka do pieprzu.

– Obok w restauracji siedzi obleśny Niemiec z wielkim brzuchem i w klapkach. Nie po to tyle się płaci za wakacje, żeby człowiek musiał jeść z brzuchatymi Niemcami.

– Nikt tu nie mówi po francusku. Pfff, ludzie w Hiszpanii nie mówią po francusku!

– Nie wiadomo, gdzie jest włącznik światła w toalecie.

– Zapłaciłam cztery tysiące funtów za te wakacje. Ale teraz z dzieckiem to już nie to samo. Wcześniej jeździłam z moich chłopakiem sama, to impreza była co noc. Ale imprezowaliśmy. Z dzieckiem to co innego.

– Czy ktoś tu mówi po holendersku?

– Lekarz miał przyjść o dziesiątej, jest za dwie dziesiąta i lekarza jeszcze nie ma. A my tu czekamy. Gdzie on jest?!