Archiwa tagu: fuerteventura

Znowu jest pięknie

Znowu jest pięknie. Na całej Gran Canarii, od wydm na południu, poprzez górzyste centrum aż po skaliste północne wybrzeże fantastyczna pogoda. Świeci słońce, jest około trzydziestu stopni i nie wiadomo, czy bardziej błękitne jest niebo czy ocean.

– Jaki cudowny dzień – zachwyca się Kanaroniemiec, który właśnie wrócił z Niemiec, gdzie marzł przez tydzień. (No, no, nie chodzi o to, że aż tak bardzo tam cierpiał. Przez cały tydzień zajadał się pysznymi frankfurterkami, więc w skali szczęśliwości wyszedł na swoje). Idziemy deptakiem wzdłuż słynnej plaży Las Canteras w stolicy wyspy.

– Niesamowity – przytakuję i myślę sobie, że to faktycznie jeden z najpiękniejszych dni, jakie widziałam w Las Palmas. Takie nasilenie błękitów, nasycenie barw, że nie można się nadziwić, wydaje się, że nawet powietrze jest kolorowe. Gorąco, ale lekki wiatr, który wieje od oceanu, przyjemnie chłodzi. Ludzie wylegują się na plaży, przesiadują w knajpach.

Od kilku dni na całym archipelagu jest podobnie. Po trzydzieści, czterdzieści stopni, pogoda by plażować i cieszyć się życiem. I generalnie tak nam życie upływa: w tak pięknych okolicznościach przyrody. Nie będę się rozpisywać o tym, że gdy wokół jest ładnie, człowiek czuje się szczęśliwszy, ani o wpływie witaminy D na nastrój i że potrzeba słońca, by organizm mógł tę witaminę zsyntetyzować. To są rzeczy oczywiste. I jedną z myśli, która przebiega człowiekowi przez głowę, gdy codziennie rano zmierza do pracy, jest: jaki piękny dziś dzień. Znowu piękny dzień.

Ale… Nie bylibyśmy Polakami, gdybyśmy nie dopatrzyli się jakiegoś ale. Wszystko cudnie, ładnie, jednak czasem w ciągu roku, niezwykle rzadko, zdarzają się gorsze dni. Bywa, że nie ma słońca i przez cały dzień jest zachmurzone, bywa, że tak ze trzy razy do roku spadnie deszcz. Że w ciągu całego słonecznego roku, akurat jeden tydzień jest deszczowy. A tu pech, że akurat w takim tygodniu przylatuje rodzina. Człowiek musi potem za cały archipelag oczami świecić i tłumaczyć się rodzinie po co kazał tych kremów przeciwsłonecznych nazwozić, kiedy słońca akurat nie widać.

No i co ja mam tym znajomym powiedzieć, którzy byli tu tydzień temu? Spędzili jeden dzień w Las Palmas, akurat było trochę zachmurzone a na słynnej plaży Las Canteras był odpływ. Ocean pachniał oceanem intensywniej, jak to ma w zwyczaju podczas odpływu (chyba chodzi o to, że śmierdziało rybami), no i rzeczywiście nie zachęcał do kąpieli. Zimno było jak na październik, tylko dwadzieścia stopni. Ci znajomi spędzili w Las Palmas jeden dzień i już, olaboga, na zawsze będą myśleć, że na plaży okrzykniętej jedną z najpiękniejszych miejskich plaż na całym globie, jest kiepsko.

A ci znajomi, którzy jesienią 2014 roku trafili na najbardziej deszczowy tydzień najbardziej deszczowego listopada. Którzy, przypływając promem z Lanzarote na Fuerteventurę, porządnie zmokli. I swój pierwszy wieczór na Fuercie spędzili, no na tarasie wprawdzie, ale pod dachem, bo akurat był rzęsisty, porządny deszcz, lało jak w Polsce, nie przymierzając.

I jeszcze turyści, którym podczas zameldowania w hotelu, powtarzałam w kółko, że tutaj nie pada. A tu nagle, następnego dnia rano, bach, deszcz!

Ale teraz wszystko znów w normie, cudnie jest na plaży w Las Palmas. Jest pięknie, żyć się chce.

Jednak, żeby nie było, że tak idealnie. W tak pięknych okolicznościach przyrody muszę zabrać się znów za naukę niemieckiego.

Lekcja polskiego

Tendencja zdaje się wyraźna – coraz więcej Hiszpanów potrafi co nieco powiedzieć po polsku. Owszem, dla wielu Polska to wciąż taki kraj, o którym nie wiadomo, gdzie dokładnie leży. A co wiadomo?

– Uuuuu, a to daleko. I zimno – słyszałam wiele razy, gdy odpowiadałam na pytanie, skąd jestem.

Ci nieco bardziej obyci w świecie i znający historię, jak im powiesz, żeś Polak, odpowiedzą: Walesa. Chwilę ci zajmie, aż zrozumiesz, że chodzi im o Wałęsę. Swoją drogą trochę to ze strony Polaków przewrotne, że jedna z najbardziej znanych postaci ma nazwisko tak piekielnie trudne do wymówienia. Kilka osób, które znam, Kanaryjczyków i Hiszpanów z półwyspu, już w Polsce było albo się wybierze. Ci powiedzą: pierogi, Cracovia i Varsovia.

Kanaryjczycy chęci do nauki naszego języka też mają szczere. Jeden z kierowców, z którym jeździliśmy na wycieczki na Fuerteventurze, gdy Polacy wracali z plaży, stawał uśmiechnięty przed autobusem i pozdrawiał wsiadających, powtarzając w kółko: cińdobri, cińdobri.

– Czemu mi nie odpowiadają? – pytał mnie rozczarowany. A rzeczywiście, ludzie przyglądali mu się cokolwiek dziwnie, nic nie mówiąc.

– Hm, chyba nie rozumieją Twojej wymowy – odpowiadałam. – Musisz jeszcze poćwiczyć.

– Cińdobri, cińdobri, cinkuje barso – powtarzał niestrudzenie.

Do historii odeszły już czasy, gdy mieszkańcy Europy Zachodniej nie wiedzieli, co to ta Polska i nie rozpoznawali naszego języka. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy byłam na szkolnej wycieczce w Anglii, tubylcy dziwili się, słysząc polski. Co to za język, co to za język – powtarzali na okrągło i pytali nas, czy Polska to miasto w Rosji. Teraz każdy szanujący się Europejczyk, choćby i nie za wiele wiedział, to wie chociaż, że zimno i daleko.

– Czemu on nam powiedział „dziękuję”? – pytali znajomi, którzy wpadli w odwiedziny na Gran Canarię i do których jakiś mężczyzna tak zagadał na ulicy.

– Pewnie skumał, skąd jesteście, więc chciał wam coś po polsku powiedzieć, a jedyne, co miał w zanadrzu, to „dziękuję” – wyjaśniłam.

Szczególną chęć do nauki polskiego wykazał Młody Romantyk, z którym pracowałam w hotelowej recepcji.

– Naucz mnie, jakiegoś brzydkiego słowa – poprosił pewnego dnia. Znał już nasze określenie na panią lekkich obyczajów, notabene, Hiszpanie bardzo to słowo lubią, bo w ich języku brzmi tak samo, jest zupełnie niewinne i oznacza po prostu zakręt. W tej sytuacji nie zostało mi nic innego, jak nauczyć go pewnego słowa na s…., wiecie, chodzi o tę prośbę by ktoś się natychmiast oddalił. Od tamtego dnia Młody Romantyk witał mnie codziennie z szerokim uśmiechem i mówiąc do mnie niezwykle czułym tonem: spie….aj.

– O nie, to ja Cię uczę i mój wysiłek obraca się przeciwko mnie – zaprotestowałam. I zaraz przystąpiliśmy do nauki praktycznego zwrotu: masz rację, Edyto. I wersji rozbudowanej: tak, masz rację, Edyto. A później kolejne przydatne zdania: jesteś piękna, tęsknię za tobą kochanie, nie mówię po polsku, jestem głodny.

Jednak prawdziwym znawcą polszczyzny okazał się jeden z kelnerów w hotelu. Ten dwudziestoczterolatek, Kanaryjczyk jak się patrzy, mówił dosyć płynnie po polsku. Gdy wpadał na recepcję, ucinaliśmy sobie prawdziwe pogawędki.

– Gdzie się tak nauczyłeś mówić? – spytałam kiedyś.

– W Warszawie – odparł.

– Oooo, a co robiłeś w Warszawie?

– Kochałem – odparł po chwili namysłu, obrócił się na pięcie i ruszył z kieliszkami do baru.

Pewnego dnia w jadalni dla personelu opowiedział mi nieco szczegółów tej historii.

– Ja miałem osiemnaście lat. Byłem w Polsce na wakacjach. Zakochałem się. Zadzwoniłem do mamy i powiedziałem – mama, ja nie wracam. Co? Jak to nie wracasz? – snuł swoją historię.

I tak, w tej jadalni, opowiadał mi od czasu do czasu o swoim zafascynowaniu Polską.

– Kocham Polskę. Jeszcze tam wrócę. Kocham polską muzykę. Disco polo. Kocham disco polo. Moja mała blondyneczko, jesteś szalona, ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie – recytował teksty piosenek, aż mi z wrażenia widelec wyleciał z rąk.

I to jest, proszę państwa, prawdziwy miłośnik naszego kraju.

Przylot

Chmury nad Małopolską, tuż po tym jak samolot wystartuje z lotniska w Balicach, są tym razem wyjątkowe. Gęste, puchate, białe jak wata cukrowa, cały wszechświat złożony jest z tych chmur i zapewne można by się przekonać, że są miękkie, gdyby tylko można było ich dotknąć. Wyglądają zupełnie jak obłoki, przez które leciał Atreyu na – równie białym i kudłatym jak te obłoki – smoku Falkor w Niekończącej się opowieści.

Dobrze, że lot jest tym razem o ludzkiej porze, w środku dnia, ani wcześnie rano, ani późno w nocy, dobrze, że jest miejsce od okna i nie przy skrzydle. Reszta jest mniej więcej jak zawsze: miła obsługa, podła kawa, Polacy lecą na wakacje, Hiszpanie wracają z wakacji, nie wiadomo, po co lecą Włosi, tyłek boli od siedzenia ponad pięć godzin.

Polska z widziana z góry jest zielona, nieskończenie zielona, pocięta w szachownicę prostokątnych pól. Gubię się, jaką trasą dokładnie lecimy, bo dwa razy opuszczamy ląd i trafiamy nad wodę. Już powiedziałam sobie w myślach: no to pa Europo, teraz ocean; a tu nagle znowu lecimy nad lądem stałym. Może ten samolot z Krakowa na inną trajektorię niż ten z Warszawy i kieruje się od razu bardziej na południe, trafiając tym samym po drodze nad Morze Śródziemne? A może po prostu trasa na Gran Canarię jest wytyczona inaczej niż na Fuerteventurę? Na przykład, lecąc z Berlina na Fuerteventurę przecina się Francję, Hiszpanię, Portugalię i hop nad ocean wzdłuż marokańskiego wybrzeża. O żadnym Morzu Śródziemnym nie ma mowy.

Jak człowiek jest wciśnięty na siedzeniu pod oknem, a Hiszpanie obok śpią i nie za bardzo można łazić wte i wewte, jedną z rozrywek pozostaje czytanie. I kawa. I gapienie się na chmury. I na współpasażerów. I nie wiadomo co jeszcze.
Przy lądowaniu, gdy samolot zniża się blisko oceanu, zawsze jest ten lekki dreszczyk, że pilot się pomyli i trafi w taflę wody. Szczególnie gdy się leci na Lanzarote, gdzie pas do lądowania jest przy samej plaży. Teraz z góry pięknie widać maleńką La Graciosę, czarną, wulkaniczną Lanzarote, suchą, pustynną Fuerteventurę. Za Gran Canarią wyłania się Teneryfa ze swoim najwyższym szczytem El Teide.

Pilot trafił. Samolot osiada gładko na pasie, publiczność, pardon, raczej pasażerowie biją brawo. Bienveniods a Gran Canaria.

Pascal – wydawnictwo, które nie płaci

Dzisiaj nie będzie o wydmach, kanaryjskim charakterze, ani zachodach słońca nad oceanem. Dzisiaj będzie o znanym w Polsce i ponoć renomowanym wydawnictwie Pascal, które autorom przewodników nie płaci za wykonaną pracę. Jednym z tych autorów jestem ja.

Na przełomie marca i kwietnia tego roku odezwała się do mnie przedstawicielka wydawnictwa, proponując mi napisanie dwóch przewodników: po Fuerteventurze i Gran Canarii. Nie szukałam takiej pracy, nie kontaktowałam się z Pascalem, znaleźli mnie sami przez internet. Ustalenia trwały mniej więcej miesiąc, stanęło na tym, że zajmę się tylko Fuerteventurą, bo było mało czasu, termin oddania – 1 czerwca (później termin przesunięto na 8 czerwca). Wynagrodzenie – 4,5 tys. złotych brutto, płatne przelewem bankowym w terminie 45 dni od daty dostarczenia ostatniej części materiału. Na umowie widnieją podpisy: Andrzej Rosner, prezes zarządu wydawnictwa Pascal Sp. z o. o. i Agnieszka Hetnał, redaktor naczelna, członek zarządu wydawnictwa Pascal Sp. z o. o.

Miałam napisać większą część przewodnika oraz zredagować, uzupełnić i uaktualnić przesłane mi przez wydawnictwo materiały. Z końcem kwietnia zabrałam się do pracy. Niewiele ponad miesiąc na napisanie przewodnika to bardzo mało czasu. Dobrze, że znam wyspę jak własną kieszeń, mieszkałam tam, byłam na miejscu. Pod koniec maja spałam po trzy godziny na dobę, żeby skończyć w terminie. Moją pracę wykonałam bardzo dobrze. Do dziś nie dostałam pieniędzy. I nie wiem, kiedy przewodnik się ukaże.

Na umowie, którą przesłał mi Pascal, oprócz podpisów prezesa i redaktor naczelnej widnieje też nazwisko Agnieszka Marekwica – osoba odpowiedzialna za kontakt między mną a wydawnictwem. Gdy już skończyłam pisanie i przyszedł czas na poprawki, przewodnikiem po Fuerteventurze zajmował się Piotr Pahl. Od końca lipca, kiedy to powinnam dostać wynagrodzenie, zajmuję się wysyłaniem kolejnych maili do obu tych osób z pytaniem – kiedy wreszcie wydawnictwo Pascal wypłaci mi pieniądze. Odpowiedzi czasem przychodzą szybko, czasem po miesiącu i są różne: a to piszą mi, że już się kontaktują z działem rozliczeń, żeby sprawdzić czy wystawiono mi rachunek albo że poinformowali swoich szefów o zaległych płatnościach, albo nagle we wrześniu zdają sobie sprawę, że brakuje im mojego podpisu i muszę po raz kolejny wysyłać pocztą jeden z formularzy. Ostatnie dwa maile z 16 i 23 października, które wysłałam do pani Marekwica, pytając o moje pieniądze, pozostały bez odpowiedzi.

Odpowiedział mi natomiast pan Pahl: Wiem, że jest Pani na liście do pilnych płatności. Jak tylko pojawią się środki na przelewy dla współpracowników to na pewno przelejmy pieniądze.” Zapytałam go, czy to jakiś żart. Przestudiowałam dokładnie umowę podpisaną z wydawnictwem i nie ma tam żadnej klauzuli typu – płacimy, jak akurat mamy kasę, a kiedy nie mamy, to nie płacimy – na umowie widnieją konkretne daty.

Zadzwoniłam do działu księgowości. Pani, która przedstawiła się jako Halina Dudys, potwierdziła, że jestem na liście oczekujących na płatności. Obiecała sprawdzić, kiedy wpłyną pieniądze. Nie oddzwoniła. Jest 2 listopada. Pieniędzy nie ma. Informacji nie ma.

Wpisałam w google hasło „Pascal nie płaci”. Wyskakuje forum z wpisami sięgającymi 2009 roku. Wszystkie o tym samym. O wydawnictwie Pascal, które nie płaci autorom za wykonaną pracę.

Wyluzowany jak Kanaryjczyk

Siedzę sobie na Gran Canarii, konkretnie na południu wyspy, w turystycznym kurorcie Playa del Inglés. Siedzę sobie na balkonie jednego z budynków, nieopodal plaży. Sytuacja wygląda mniej więcej tak: świeci słońce, od czasu do czasu po niebie przepływają chmurki, jest gorąco, leniwie, spokojnie, turyści idą nad ocean, rozmowy po niemiecku plączą się z rozmowami po włosku. Ktoś chlapie i pluska w basenie obok, ktoś zaparkował na ulicy przy moim balkonie, wysiadł z auta i trzasnął drzwiami. Popijam łyk kawy, wciągam głęboko powietrze do płuc, gapię się przez chwilę na rosnącą naprzeciw wysoką sosnę i włączam internet. A tam…

…wyniki wyborów w Polsce. I zamęt, i emocje, i gniew, i wielkie zdziwienie, i koniec świata, i armagedon wylewają mi się z komputera, aż muszę co chwila przecierać ekran i uchylać głowę, żeby mnie nie rąbnęło. A trzeba przyznać siecze ostro. Niektórzy łapią się za głowę i pytają, kto ich wybrał, inni krzyczą, kto ich nie wybrał? Niektórzy się cieszą, inni chcą się pakować, a jeszcze inni mówią, że teraz będą rządzić złodzieje tyle, że z inną gębą. Niektórzy biegną do apteki wykupić zapas prezerwatyw na cztery lata, bo wierzą, że zostaną zakazane, inni widzą nadlatujące kaczki, inni apelują: „Polacy, obudźcie się!”, reszta sadzi brzozy. Według jednych nastanie teraz pokój, dobrobyt i szczęśliwość wieczna, według innych strach się bać. Dużo pada słów, tych brzydkich i jeszcze brzydszych, jedni o drugich mówią, że naiwniacy, pacholęta i matoły, pociski padają z obu stron, a może stron jest więcej, tego jeszcze nikt nie wie. I dużo tych słów na k… i na ch…, i – jak mawiała moja polonistka z podstawówki – tę męską część ciała, gdy ją chcemy napisać brzydko, to przez „ch”, a nie samo „h”. Dlaczego? Bo przez „ch” dłuższy!

Czytam to, i czytam, i myślę sobie, że się chyba już „kanaryzuję” (polonizować, kanaryzować). Bez względu na to, czy wygrywają ci, których lubię, czy ci, których nie cierpię, nie wzbudza to we mnie już takich emocji. Jeszcze parę lat temu krzyczałabym, coś w stylu: „Polacy, obudźcie się” albo „nareszcie mamy dobry rząd”, a dziś wzruszam sobie tylko ramionami. Jeszcze dwa lata temu, na Fuerteventurze podczas rozmowy z kierowcami autobusów – piliśmy kawę na wydmach, czekając na turystów – przytaczałam tysiąc argumentów na obronę mojej tezy i stawałam na głowie, żeby wyszło na moje. Jeden z tych kierowców spojrzał na mnie ze spokojem i odparł:

– Ty to zawsze tak dyskutujesz, jakbyś miała wojnę wygrać.

– No jasne – odparłam. – Bo ja z Polski jestem. My zawsze musimy wygrać wojnę.

A dzisiaj patrzę na te rozemocjonowane reakcje po wyborach i myślę sobie, czemu oni się tak pienią, o co im chodzi. Wygrali ci, których nie lubię? Dobrze, może ja nie, ale inni mają swoje święte prawo ich lubić, mają swój punkt widzenia i swoje argumenty. Że teraz jakiś polityk powie coś głupiego w telewizji? A ktoś widział kiedyś telewizję bez głupio gadających polityków? Wzruszę sobie ramionami i będę robić swoje.

Życie na emigracji pokazuje też jedną ważną rzecz. Naprawdę nasz polski cyrk, nie jest najbardziej absurdalny, ani cyrkowy. Niedawno odbyło się ostatnie posiedzenie hiszpańskiego parlamentu przed nachodzącą kampanią i wyborami. Szef rządu, Mariano Rajoy, wychodząc po obradach, na korytarzu natknął się na stado dziennikarzy. Ci, jak to dziennikarze, obskoczyli go i biegnąc wokół, rzucali pytania. Rajoy, wyraźnie zirytowany, nic na te pytania nie odpowiedział, tylko palnął sobie pod nosem – a jednocześnie wystarczająco głośno, by złapały to kamery – Joder! Esto es increíble. (Kur…a! To jest niemożliwe). I tak drodzy państwo Hiszpanie uczą Polaków jak się przechodzi do historii.

Gorąco

Gorąco, upalnie, ukrop, kalima zmieszana z chmurami, a jeszcze zapowiadają deszcze. Na innych wyspach, na przykład na Gran Canarii już popadało. Teraz na Fuerteventurze w powietrzu unosi się dziwna niby-mgła. Suchy pył z Sahary związał się z wilgocią znad oceanu, horyzont się rozmywa, rozmywają się szczyty wulkanów. Przez cały dzień gorąco jak w piekle, wieczorem wreszcie upał lekko zelżał. Tuż przed dziewiętnastą wieczorem jest około trzydziestu stopni. I to już chłodno jest. Mózg się stapia, ciało się stapia, od tego gorąca ogrania jakaś ogromna senność, somnambuliczny stan.

To taki moment jak w Polsce podczas wielkich upałów, które przeradzają się w burzę. Tuż przed, tuż przed burzą zmienia się powietrze, zmienia się zapach powietrza. Ten moment, gdy wszyscy wzdychają, nich wreszcie grzmotnie, niech zacznie, niech ochłodzi. Ale marne szanse, że na Fuerteventurze grzmotnie. Marne szanse na strugi deszczu. A już tym bardziej w sierpniu.

W El Cotillo, na północno-zachodnim krańcu Fuerteventury życie toczy się dziś przy oceanie, zwrócone jest w stronę oceanu. Kto zdrów i przy zdrowych zmysłach, każdy ma ochotę się zamoczyć, popływać. Drugie miejsce, gdzie ściągają ludzie, to knajpy. W całym miasteczku jest ich zaledwie kilka. El Cotillo jest jeszcze niezepsute przez masowy przemysł turystyczny, ciągle jeszcze docierają tu ci, którzy chcą tu przyjechać, a nie ci, których przysłał tutaj rezydent, mówiąc, że to punkt obowiązkowy. Jest sennie, spokojnie. Z położonej tuż przy oceanie restauracji Aguayre dociera niewielki gwar głosów. Sennie.

Władzie kanaryjskie wydały ostrzeżenie przed niesprzyjającymi warunkami pogodowymi. Te niesprzyjające warunki to deszcz. Tu zawsze przed deszczem wydaje się ostrzeżenia, jak w Polsce przed wielką śnieżycą. Władze archipelagu przypominają, żeby w razie czego dzwonić na 112. Na Gran Canarii popadało, na Lanzarote też spadło kilka kropli. Może tutaj, w El Cotillo też wreszcie grzmotnie.

Zawodowa epopeja

Potrafią trzymać w napięciu. Najpierw człowiek przez dwa miesiące siedzi przed komputerem i wysyła CV. „Dzień dobry, nazywam się, jestem taka i taka, chciałabym pracować, mam doświadczenie i mówię w suahili”. Wysyła się i wysyła, i nic. Można by jeszcze roznosić, ale trochę to skomplikowane mieszkać na Fuerteventurze i roznosić na Gran Canarii. Zatem czasem się na tę Gran Canarię wpadnie i gdzieś zaniesie, no ale szału nie ma.

Przez niemal dwa miesiące cisza, a na znanym portalu z ofertami pracy co rusz przychodzi wiadomość – Twoja kandydatura została odrzucona. Później nagle przychodzi wiadomość od jednego z hoteli, serce skacze do gardła – będzie robota – otwieramy maila i czytamy: „Droga Polko, bardzo fajne masz doświadczenie i świetnie mówisz w suahili, ale nie szukamy nikogo. Będziemy o Tobie pamiętać”. Sympatycznie – myślę sobie – chociaż się pofatygowali, żeby coś odpisać.

– To automat wysyła – sprowadza mnie na ziemię Włoszka.

Dobrze – myślę sobie – zimę przyjdzie więc pewnie spędzić na Fuerteventurze, nie na Gran Canarii, hm, wydmy, piasek, ocean, nie jest to najgorsze miejsce, w którym można by utknąć. Dobrze, skoro nie da się zaplanować nowej pracy, może zaplanuję wakacje.

Aż tu nagle, pewnego wtorku, gdy miałam właśnie wychodzić na basen, dzwoni telefon. Z hotelu takiego a takiego, na Gran Canarii, na rozmowę bym wpadła. Hm – tłumaczę – ja na Fuerteventurze jeszcze jestem, nie mogę dziś przyjść na rozmowę. Ale okazuje się, że praca pilna, od już, od zaraz, od czwartku dokładnie mówiąc. Nie ma problemu, dziś wtorek, jeśli mnie przyjmą, w środę rzucę pracę na Fuerteventurze i popłynę, ale jak ja mam na tę rozmowę dotrzeć.

– Będzie na skypie – słyszę w słuchawce. – O piętnastej trzydzieści.

Dziś wtorek – myślę sobie – jeśli mnie przyjmą, zacznę w czwartek, na innej wyspie. O której mam prom, co mam zapakować, czy już tam szukać mieszkania, dobrze, że u znajomych można przemieszkać, czy ja mówię wystarczająco dobrze po niemiecku, po cholerę mi to szukanie pracy na Gran Canarii, tylko stres. Żeby nie zwariować od własnych myśli, idę jednak na ten basen, poopalać się i popływać, jak to było w planie. Leżę na hamaku, gapię się w chmury i myślę – w takim hotelu to trzeba będzie wyglądać, czas kupić żelazko i koniec hipisowskich gaci. Czy ja mam jakieś eleganckie buty?

Po godzinie nad basenem wracam, a tu inne połączenie nieodebrane. Z innej firmy! Oddzwaniam, zaraz się odezwą. W międzyczasie przychodzi mail z jeszcze innego hotelu, proszą o więcej informacji. Woda kapie z włosów po tym basenie, a tu cała Gran Canaria dzwoni. Hotel numer jeden stwierdza jednak, że to zbyt wielkie szaleństwo by było tak mnie przyjmować od czwartku, więc rozmowy na skypie nie będzie. Druga firma, która dzwoni, przeprowadza rozmowy kwalifikacyjne tylko w czwartek i tylko rano.

– Mogę dotrzeć w poniedziałek – mówię.

– Nie, to za późno – stwierdza głos w słuchawce.

Kanaryjskie firmy zachowują się jak przypadkowo spotkani na dyskotece mężczyźni – chodź tu kobieto, już teraz, zaraz. Co? Tak szybko nie możesz, zastanowić się musisz? No to do widzenia.

To ja wrócę do wysyłania CV.

Gdzie się kończy cywilizacja?

Dla przeciętnego – o ile istnieją przeciętni – Europejczyka cywilizacja kończy się na Fuerteventurze.

– O Boże, co wy tu robicie, przecież tu nic nie ma – słyszałam tysiące razy, a w słowie „nic” zawierają się takie osiągnięcia ludzkości jak na przykład stadion narodowy, muzeum sztuki współczesnej, do którego i tak nikt nie zagląda, ale fajnie, że jest, dyskoteki na każdym kroku, Ikea, korki uliczne, drapacze chmur i tym podobne wynalazki. Takich „nic” rzeczywiście nie ma. Do kina mam jakieś pięćdziesiąt kilometrów. „Dziękujemy, że nas wybrałeś” – padło kiedyś w tym kinie z ekranu tuż przed seansem.

– Pfff, nie mamy innego wyboru – prychnęła Francuzka Marion.

Do kina mam jakieś pięćdziesiąt kilometrów, Madonna nas nie odwiedza, gdy udaje się na tourne po świecie, zapomnieli o nas krytycy literaccy, wielkie decyzje tego świata zapadają nie tutaj, a gdy zapadają, to często nie zdajemy sobie z tego sprawy, bo na plaży nie ma telewizji. Jeśli ktoś zatęskni nagle za miastem, to płynie na Gran Canarię do Las Palmas. Albo leci do Hiszpanii na kontynent.

Granica cywilizacji przesuwa się człowiekowi wraz z miejscem zamieszkania. Wcześniej było nią dla mnie Lanzarote, ale ta przy Fuerteventurze wydaje się metropolią.

– No wy tu macie naprawdę cywilizację, tyle rond i semafory na drogach – dziwiła się znajoma z Fuerteventury, która odwiedziła mnie, gdy mieszkałam na Lanzie.

A później człowiek się przenosi na Fuerteventurę i odkrywa, że ten stadion narodowy i semafory, i Ikea nie są w ogóle do szczęścia potrzebne. Jest plaża, wydmy i też jest dobrze.

Aż tu okazuje się, że to jeszcze nie to, że może być jeszcze mniej, jeszcze bardziej dziko. Na Kanary wróciła ostatnio polska Kitesurferka, która mieszkała przez jakiś czas na Wyspach Zielonego Przylądka.

– I tam to nic nie ma, a tu mi się wydaje, że wszystko jest, cywilizacja – opowiada. Wyspy Zielonego Przylądka, tak jak Kanaryjskie, zaliczają się do Makaronezji. Cabo Verde leżą na Oceanie Atlantyckim, tysiąc pięćset kilometrów na południe od Kanarów, przy wybrzeżu Senegalu. I bardzo często porównuje się Wyspy Zielonego Przylądka z Kanaryjskimi, mówi się, że są to takie Kanary sprzed trzydziestu a może czterdziestu lat. Tak dzikie i nierozwinięte.

– Nic tam nie ma, naprawdę nic – opowiada Kitesurferka z Polski. – Mnie to za bardzo nie przeszkadza, bo mam kite’a, ale kiedy nie ma warunków – dobrych fal i wiatru, to nie ma co robić. Nie można iść na zakupy, bo tam po prostu sklepów nie ma, żadnych galerii handlowych, sieciówek, żadnych „chińczyków”. Nie można iść do supermarketu, żeby kupić kawałek ryby, bo nie ma supermarketu. Rybę można kupić u rybaków, którzy dopiero co łowili.

Jest w La Olivie na Fuerteventurze taki mały sklepik prowadzony przez tubylców – rodzinę Majoreros. Jakbyście sobie wyobrazili taki słabo zaopatrzony sklep gdzieś w Bieszczadach, chleb, puszki z tuńczykiem, chipsy i pomidory z okolicznych wsi, to wam pomoże nieco poczuć klimat tego miejsca. Obok jest poczta, czynna przez godzinę dziennie. Zajrzała tam dzisiaj polska Kitesurferka. Wróciła z kiścią bananów i mówi:

– No właśnie odwiedziłam coś w stylu największego sklepu na Cabo Verde.

Jeśli więc chcecie zobaczyć archipelag nieskażony komercją, bez all inclusive, semaforów, ba, bez asfaltu i bez reklam coca-coli wybierzcie się na Wyspy Zielonego Przylądka. Ale się pospieszcie. Pewnie i tam wkrótce dotrze cywilizacja.

Nie umiem parkować i nikogo to nie obchodzi

Rozmawiałam dzisiaj przez telefon ze znajomym Polakiem, który mieszka na południu wyspy. Tak się lubimy, więc mówił do mnie takim ciepłym i serdecznym tonem głosu. Coś tam sobie opowiadamy, a tu nagle on w ryk:

– Ty ch……(hultaju)! Co mi tu zajeżdżasz!!!!! X#@*&^%***%!!!!!!!!!!

I znowu do mnie, na powrót tym miłym tonem:

– Wiesz co, nie mogę teraz rozmawiać, bo prowadzę.

Pomyślałam sobie wtedy – oj, gdybyś Ty wiedział…, bo ja właśnie wysiadłam z samochodu, którego nie umiałam zaparkować. Właśnie dopiero co parkowałam przez minutę albo dwie, albo może i dłużej, i ci, co za mną jechali, musieli się zatrzymać i poczekać. A potem przeciskali się z lewej strony, a ja parkowałam dalej. Ktoś spacerował z psem, ludzie w knajpie obok pili sobie spokojnie kawę, a ja w przód i w tył, jakby się tu pomiędzy te dwa auta wcisnąć. Siódme poty wystąpiły mi na czoło, silnik wyrczał jak szalony, bo z wrażenia za mocno gazowałam na wciśniętym sprzęgle.

I co? I nic. Nikt na mnie nie nakrzyczał, że jestem głupia baba, blondynka, że wjeżdżam, zajeżdżam, podjeżdżam. Nikt na mnie nie zatrąbił, nie pukał się w czoło, ani jednej obelgi, przysięgam, ani pół. Ja tu parkuję jak głupia, myślę sobie – ale dałam przedstawienie. I nikogo to nie obeszło.

To jedna z najpiękniejszych cech mieszkańców tego archipelagu – nieważne, jakiej są narodowości, bo wszystkim się z czasem udziela – ich po prostu nie obchodzi. Nie obchodzi, że beznadziejnie parkujesz, że jesteś starą panną z kotem, gejem, hipisem z brudnymi włosami, że nie masz żelazka, ani nowego iPhone’a. Na wieczorną kolację możesz włożyć smoking albo przyleźć w szarawarach i klapkach, i też będzie dobrze. Na jednej plaży obok siebie siedzą naturyści i rodzina muzułmanów, kobiety okutane od stóp do głów. Możesz być mężczyzną w spodniach rurkach, a będąc matką, możesz karmić publicznie piersią. I nikt się na nikogo nie oburza, i wszyscy są w dobrych humorach. I nikt się na nikogo nie gapi, bo wszyscy są zajęci byciem w dobrym humorze. I to jest cudowne.

PS. To wcale nie jest fajne, jak człowiek nie umie parkować! Gdy wam zatarasuję drogę, to nie robię tego z premedytacją. Jeśli będziecie tu akurat na wakacjach, proszę na mnie nie trąbić. A jeśli umiecie udzielić lekcji parkowania, dajcie znać.

Czerwiec

Czerwiec jest przepiękny. Jakie ma kolory, ile światła, jak pachnie. Wychodzi się na ulicę i w tym czerwcu, w tym czasie, w tym miejscu można zatonąć. Nad brzegiem zapach oceanu miesza się z ostrą wonią tłuszczu smażonych ryb i mięs z nadmorskich restauracji i knajp. Jest już sporo ludzi, ale jeszcze nie tyle by letni najazd turystów stał się przykry i męczący. Kolorowy tłum płynie ulicami. Zjechało pół Europy, Brytyjczycy, Włosi, Niemcy, Francuzi, Polacy, pełno tu Hiszpanów. I jeszcze przybyszów z Afryki i Ameryki Południowej. Białych, czarnych, żółtych, kobiet, mężczyzn, dzieci, starszych, młodszych, grubych, chudych, wysokich, niskich, rudych, ciemnowłosych, krępych, ze szczupłą sylwetką lub z szerokimi biodrami, z bladą, spaloną na czerwono skórą, z utapirowaną nad głową fryzurą, w sukienkach z cekinami i błyskotkami w stylu, i szyku z sieciówek, w hipisowskich szarawarach, z tatuażami, z dreadami, krótko ogoloną głową. Idą, trzymając się za ręce, zaglądając na stoiska z chińskimi pamiątkami, gapiąc się w ekrany swoich telefonów komórkowych, paląc, mówiąc jeden przez drugiego, oglądając szyldy i wystawy. Siadają w barach, popijają piwo i gapią się na ocean, na ulicę. Afrykańskie kobiety w długich sukienkach, z turbanami na głowie, wszystkie okrągłe, przy kości, posągowo piękne, siedzą na składanych stołeczkach na chodniku i plotą warkoczyki małym brytyjskim dziewczynkom. Wszędzie słychać włoski, pełno tu Włochów, zatrzymują się nagle na ulicy, rozmawiają o czymś z zapałem, gestykulując z przejęciem. Życie tętni, pulsuje, skrzy się, setkami, a może tysiącami spoglądających na siebie oczu, mówiących do siebie ust. Serca pompują hektolitry krwi, napinają się mięśnie, na skórze zbiera się pot i sól morska.

Świeci słońce, jest popołudnie, temperatura dwadzieścia sześć stopni, wieje lekki, chłodny wiatr, nie czuć upału. Światło ma wyjątkową, nasyconą barwę. Liście palmowe szumią na wietrze. Ocean zmienia co chwila zmienia barwę, w zależności od tego, czy mocniej czy słabiej świeci słońce, chwilowo półprzysłonięte lekkimi chmurami. Chorwatka siedzi na plaży i powtarza zachwycona:

– Patrz! Jaki kolor.

Wychodzę znad oceanu. W uliczkach Corralejo można się zagubić, zaplątać. Czerwiec jest przepiękny. Trzeba go smakować długo, z uwagą, rozgrzewać nim zmysły jak dobrym, aromatycznym, mocno czerwonym winem.