Archiwa tagu: costa teguise

Filozofom dziękujemy

Jak się gdzieś chce mieszkać, dobrze jest znaleźć pracę. Generalnie praca jest potrzebna, na przykład po to, żeby płacić rachunki, kupować coś do jedzenia, w coś się ubrać itp. Te same zasady panują też niestety na Wyspach Kanaryjskich, choćby i się chciało żyć samym słońcem, plażą i faktem, że się jest w raju, a wulkany są piękne. Ja wylądowałam na wyspie pod koniec czerwca 2012 roku, no i musiałam znaleźć pracę. Lanzarote ma około 800 kilometrów kwadratowych, 114 tys. mieszkańców, trzy ośrodki turystyczne i oczywiście wszystko się kręci wokół turystyki. Przemysł? Biznes? No, proszę państwa, gdzieżby!
Przyleciałam, nie znając hiszpańskiego, już widzę, jak czytając to uśmiechacie się pod nosem, z odpowiednim komentarzem – „dosyć głupio” albo „odważnie”. Przyleciałam nie znając hiszpańskiego, za to z doświadczeniem – w Polsce pracowałam w regionalnej gazecie. Umiem świetnie redagować i pisać, tyle że, upsss, po polsku, a jesteśmy w Hiszpanii. Ale, ale jestem też wykształcona, po studiach – polonistyce. Przeczytałam całego Gombrowicza i znam Trylogię! Tak już teraz możecie śmiać się w głos, polonistyka, nie jest najgorzej mogłaby to przecież być socjologia. Albo filozofia. Albo, nie daj Boże, etnologia! Wyobraźcie sobie minę właściciela knajpy położonej przy plaży, do której przychodzi brytyjska niższa klasa średnia, żeby napić się piwa i obejrzeć mecz, gdy takiemu właścicielowi wręcza swoje CV filozof z Polski. Ja filozofem nie jestem za to mam po tej polonistyce fest specjalizację – komparatystykę. Prawda że przydatne? Otwiera każde drzwi, wszyscy właściciele sklepików z chińskimi pamiątkami od razu chcą mnie zatrudnić.
Tak więc zaczęłam szukać pracy, bo przecież młody, energiczny wszędzie sobie poradzi. Ogłoszenia w Internecie, CV, listy motywacyjne po hiszpańsku. Owszem nawet przychodziły odpowiedzi od pracodawców. Na przykład z centrum aloesowego, tylko że trzeba było mieć swoje auto. Albo z jakiejś firmy, która organizuje imprezy dla turystów. Te imprezy połączone są z prezentacją ubrań, taki mini pokaz mody, tyle że później na miejscu te ubrania się sprzedaje. Szukają zatem takiej modelko-sprzedawczyni. Świetnie, to mogłabym robić, byłam żywo zainteresowana tą firmą, a firma mną. Wymieniłam sporo maili z pewną panią z firmy, do czasu aż napisała, że prezentowana odzież to bikini, tylko dolna część, bez stanika, a prezentacje odbywają się w basenie.
Wtedy zainterweniowali Hiszpanie.
– Źle szukasz – mówią. – Tutaj przez Internet nie działa, bo nie zamieszcza się ogłoszeń w sieci. Musisz zacząć roznosić CV.
Tak też zrobiłam. Ruszyłam w peregrynację po Costa Teguise. Tu hotel, tam wypożyczalnia samochodów, obok biuro sprzedaży wycieczek, a przy nim sklep z pamiątkami – kubki z wielbłądem made in China. Latem 2012 roku wszyscy Hiszpanie i nie-Hiszpanie przekonani byli, że żyjemy w kryzysie najgorszym z najgorszych.
- Oj, ciężko. Tracimy pieniądze – wzdychała właścicielka małej rodzinnej wypożyczalni samochodów. Poopowiadała jeszcze, że ona tu na wyspie urodzona, tylko w głębi, nie ma wybrzeżu, dwójkę dzieci ma i całe życie tutaj, z tym, że w różnych miejscach, długo na przykład w Arrecife mieszkała.
- Coraz gorzej. Klientów nie ma. Pieniędzy nie ma. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli zamknąć – żaliła się właścicielka sklepiku z biżuterią.
- Po co ty tu przyjechałaś? Wyjedź z tej wyspy. Pracy ci tu nie damy, widzisz, że tu ruchu nie ma – mówiła Ukrainka, pokazując zza biurka na wypożyczalnię rowerów, w której właśnie byłyśmy, głęboko nieszczęśliwa, że musiała tu być. A musiała, bo jej mężczyzna, Brytyjczyk, postanowił porzucić swoją brytyjską ojczyznę i prowadzić interesy na Lanzarote. Tak więc ona, w Wielkiej Brytanii pracująca w firmie, która handlowała materiałami medycznymi, tutaj wypożyczała rowery nieprzychodzącym klientom.
- A tam dobrze zarabiałam, bo wiesz, ja po rosyjsku mówię, przyjaciele tam są, ech. Wyjedź stąd, ja ci mówię, sama też najchętniej bym wyjechała – żaliła się.
Po kilku dniach roznoszenia CV pracy nie dostałam, ale wiedziałam już, że Lanzarote to najbiedniejsza i najbardziej nieszczęśliwa wyspa pod słońcem, kryzys pożarł wszystko, gdzieś na świecie jest lepiej, dobrze, ale cała Hiszpania jest biedna jak mysz kościelna. Po tym wszystkim można już było tylko usiąść i płakać. I tak też robiłam, w Arrecife, nad brzegiem oceanu.

Najpierw na kawę

Zaraz po moim przyjeździe tutaj, w pierwszych dniach Hiszpan mówi do mnie – jedziemy do banku. Dobrze, no to jedziemy, pakujemy się do dużej czerwonej furgonety i zmierzamy do stolicy wyspy, Arrecife. Letni dzień, koniec czerwca, gorąco i dopiero co przeszła kalima, czyli afrykański wiatr znad Sahary, a wraz z nim pustynny pył i piasek. W samochodzie wszystko klei się od kurzu, zresztą samochód na zewnątrz też potwornie brudny, na drzwiach i oknach mijanych domów pełno czerwonego kurzu, zakurzone są palmy, cały świat dookoła utytłany w tej kalimie. Docieramy do miasta, parkujemy auto i idziemy. Ale Hiszpan zamiast do banku, tnie prosto do najbliższego baru.
- Jak to – dziwię się. – A bank?
- No zaraz. Najpierw trzeba się kawy napić – odpowiada i udziela mi tym samym jednej z najważniejszych lekcji życiowych: kawa dla mieszkańców wysp i dla Hiszpanów w ogóle, jest ogromnie ważna. Wszelkie decyzje życiowe, biznesowe, plany na przyszłość, narzekania na rząd, plotki, kto z kim, jak i gdzie, czy jakiekolwiek ważne lub nieważne sprawy omawia się przy kawie. W Polsce można sobie w pracy zrobić przerwę na kawę, na Kanarach robi się przerwy od kawy, żeby chwilkę popracować. Gdy około dziewiątej, a może jedenastej, a może trzynastej idzie się przez urocze Costa Teguise, siedzą i piją kawę.
- To dyrektor parku narodowego, tam jest właściciel tych kilku hoteli, a ten tutaj to dyrektor hotelu obok – wyjaśnia Czeszka, która w Costa Teguise prowadzi sklep z pamiątkami i zna tu już chyba wszystkich.
Zresztą kawę piją nie tylko dyrektorzy. W hotelu, w którym zdarzyło mi się pracować, ramię w ramię do baru wychodzili zastępczyni szefa na recepcji, szef obsługi technicznej wraz ze swoim zastępcą, księgowa oraz specjalistka od Public Relations. Z hotelu w momencie wymiotło wszystkich, pracował tylko recepcjonista oraz panie sprzątające z Ameryki Południowej. A, pracował też szef recepcji, ale się nie liczy, bo jest Anglikiem i ma swoje brytyjskie przyzwyczajenia zawodowe. Zresztą nie można narzekać, o dostęp do kawy troszczą się tu dla wszystkich, nawet dla świeżo przybyłych i nowo zatrudnionych Polek na recepcji.
- Przynieść ci kawę? – pytał zawsze mój szef Anglik i ruszał w stronę hotelowego baru.