Jestem kobieta pracująca. Żadnej pracy się nie boję

– Wiele rzeczy w tym kraju jest nie tak – Młody Romantyk ocenia sytuację hiszpańskiego zatrudnienia. Siedzimy sobie w jadalni dla personelu w jednym z hoteli na południu Gran Canarii. Jest przedostatni dzień mojej pracy. Po roku kończy mi się umowa i gdyby firma miała ją przedłużyć, musiałaby mi wręczyć umowę na czas nieokreślony. A tego oczywiście nie zrobi.

– Wiesz akurat w tym kraju to mimo wszystko jest całkiem dobrze. W innych jest o wiele gorzej – odpowiadam Młodemu Romantykowi. – I przypominają mi się moje podróże na Ukrainę, na Litwę, Łotwę, Estonię i do jeszcze kilku innych krajów. I jeszcze ta historia opowiedziana przez przypadkowo napotkaną kobietę na Łotwie. Pracowała w wytwórni konserw rybnych. Mówiła, że gdy przyszedł kryzys, firma przestała wypłacać wynagrodzenie, a jej miesięczną pensję stanowiły konserwy rybne.

– W innych miejscach jest gorzej, co oczywiście nie przeczy temu, że w Hiszpanii trylion rzeczy urządzonych jest nie tak – potwierdzam.

Akurat Młody Romantyk i ja jesteśmy w całkiem nie najgorszej sytuacji. Ja po przepracowanych dwu i pół roku mam prawo do bezrobocia przez minimum cztery miesiące. Kalkuluję, że będzie to około tysiąca euro na miesiąc. To wystarczająca kwota, żeby tu przeżyć, bez rewelacji, ale i bez głodowania. Zamiast więc na gwałt szukać nowej pracy mogę sobie urządzić małe wakacje. Młody, dopiero co po studiach i pierwszych praktykach, jest właśnie po raz pierwszy zatrudniony. Ale gdy miną mu cztery miesiące umowy, nie chce jej przedłużać do roku. Jego plan na najbliższe lata to bowiem jakaś fantastyczna podróż a nie obsługiwanie turystów. I tak nad ryżem i sałatką rozmawiamy sobie o sytuacji w Hiszpanii, o tym, że kryzys się skończył i o planach na przyszłość.

Raczej nie martwię się za dużo o znalezienie nowej pracy. Na południu wyspy jest dużo hoteli, które pracują w podobny sposób, umowa na rok, a później zatrudnia się kolejną osobę. Wszystko po to, by nie zatrudniać na stałe. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, jakiś procent pracowników musi mieć umowy na czas nieokreślony.

Gdy dana osoba przepracuje rok, później ta sama firma nie może jej zatrudnić przez cztery miesiące, jeśli nie chce jej dać umowy na stałe. Niektóre hotele w tym czasie oferują kontrakty na zastępstwo, a później znów na rok, na to prawo pozwala. W hotelu na Lanzarote, w którym pracowałam, sporo pracowników ze stałymi umowami firma wysyłała co roku na dwa miesiące bezrobocia. Świadczenia były mniej więcej tak wysokie jak pensja. Do tych dwóch miesięcy dodawano wakacje i robiły się trzy miesiące wolnego.

W tym systemie zawsze jest więc jakiś hotel czy firma, które szukają pracowników. Niektórzy narzekają, bo chcieliby stałą umowę i kredyt w banku. Inni się cieszą, biorą to bezrobocie i jadą sobie do Tajlandii. Choć akurat w tym przypadku muszą liczyć na łut szczęścia, żeby się nie wydało, bo jak się dostaje pieniądze od państwa, to państwo zabrania wyjeżdżania w długie podróże.

Ta nieustanna rotacja pracowników sprzyja obcokrajowcom, tym, którzy dopiero co przyjechali, łatwiej im jest gdzieś się załapać na początku. Choć oczywiście te początki nie są łatwe. W tym systemie pracowałam już dwa razy na recepcji w hotelu, jako przewodnik wycieczek i sprzedawca w centrum aloesowym.

Kryzys w Hiszpanii się skończył, na Wyspach Kanaryjskich pełno turystów a hotele pękają w szwach, Młody Romantyk jeszcze nie wie, gdzie pojedzie w podróż, ale wie, że pojedzie. Zjadłam mój ryż, a Młody swoją sałatkę. Skończył się mój przedostatni dzień w pracy.

Niech żyją paszporty i samoloty

Kliknę parę razy, trwa to kilka minut i już. Bilety na samolot kupione. Mogę podróżować, gdzie chcę, kiedy chcę. Wy też możecie. Owszem, westchnie tu wielu z was, że szef, że dzieci, że rata za dom, że silnik w aucie do wymiany, że to skomplikowane, że to nie takie proste. Racja, pewnie, że nie takie proste. Ale jeśli chcecie, możecie z tymi przeszkodami się uporać.

To niesamowite. W ciągu pięciu minut kupuję bilety na samolot, a urodziłam się w kraju, w którym trwał akurat stan wojenny i o podróżach za granicę myślało się w kategoriach ucieczki a nie relaksujących wakacji. Jeszcze trzydzieści lat temu podróż na Wyspy Kanaryjskie wydawała się przeciętnemu Polakowi abstrakcyjna niczym wyprawa na Księżyc, a teraz polskie zastępy opalają się na plażach Fuerteventury i spacerują po deptakach Gran Canarii. Moi rodzice głowili się, jakby tu przeżyć z tymi porcjami żywności na kartki, a ja głowię się, jakby tu polecieć nie tylko do Polski i Gruzji, ale jeszcze wyskoczyć na Kubę, i w weekend na Teneryfę, i do Barcelony, i jeszcze… Moja babcia pierwszy raz zobaczyła morze, gdy była po pięćdziesiątce, moi rodzice po trzydziestce, ja, gdy miałam siedem lat. Moja babcia marzyła o nowych butach, ja o nowych kontynentach.

Ściskam w ręku paszport, wsiadam do samolotu i kolekcjonuję. Kolekcjonuję zachody słońca nad oceanem, rzymski upał przy Fontana di Trevi, widoki z szosy transfogaraskiej w Rumunii, smak piwa Baltas na promie z Tallina do Helsinek, zimno z beskidzkich styczniowych wiosek i wyciągów narciarskich, marokańskie gwiaździste niebo, berlińskie ulice.

Jeżdżę, patrzę, oglądam, poznaję i wiem, że to ciągle jeszcze przywilej nielicznych. Że jestem w mniejszości. Że to luksus, niczym z mojej strony niezasłużony, iż mój kraj w ciągu tych trzydziestu lat zmienił zdanie i zamiast wysyłać mnie na wojnę, wręczył mi paszport. I tę wolność, z którą mogę zrobić, co chcę. I ciągle jeszcze nie mogę się temu nadziwić, nie umiem nad tym przejść do porządku dziennego.

Jadę więc w kolejną podróż. We wrześniu opuszczam kanaryjską bazę, będę pisać do was z Polski i Gruzji.

Bardzo zimna Polka

– Na początku to Cię nie lubiłem – krzywi się mocno. – Ale teraz już jest dobrze – wyznaje mi ni stąd ni zowąd Ekswłaściciel Knajpy w Las Palmas, a obecnie mój kolega z pracy.

No tak – myślę sobie – bo ja jestem chłodna, zdystansowana Polka z zimnego kraju, a tutaj każdy się uśmiecha częściej niż oddycha, wszyscy są sympatyczni i wszyscy do wszystkich zwracają się per kochanie.

Zatem pewnego dnia, nie tak dawno, gdy dotoczyłam się do pracy w dosyć kiepskim, a może po prostu nieentuzjastycznym humorze, Ekswłaściciel Knajpy podszedł do mnie z szerokim uśmiechem i zapytał, a co ja jestem taka dzisiaj smutna. Zmierzyłam go swoim polskim wzrokiem i odparłam:

– No a jaka mam być? – i okazało się, że tym można Kanaryjczyka mocno przestraszyć.

Gdyż, otóż, ponieważ powinnam być uśmiechnięta, sympatyczna i odpowiedzieć mu coś w stylu – no co Ty skarbie, jest super, a jeszcze teraz, gdy Cię zobaczyłam, to już w ogóle mam świetny humor.

Kanaryjczyk nie ma bowiem w zwyczaju za dużo narzekać, a już na pewno nie komuś kogo zna mało lub nie zna wcale. Dla pani w banku, pana na poczcie, kierowcy w autobusie, sprzedawcy w spożywczaku, dla ludzi napotkanych na ulicy, mijanych po drodze do pracy, dla nieznajomych, którzy pytają o drogę, dla – naprawdę, nie żartuję – osoby opalającej się tuż obok na plaży (tu nie ma plażowych parawanów!) Kanaryjczyk będzie przeważnie szalenie miły. Zatrzyma się, pomoże, podpowie, zagada, uśmiechnie się i życzy miłego dnia. Zatem, jeśli stoicie w kolejce w supermarkecie i pani się coś w kasie zablokuje albo nie będzie mogła sczytać kodu, i będziecie tak stali, i stali a kolejka będzie rosła, należy się do pani kasjerki uśmiechnąć i powiedzieć jej, żeby się nie denerwowała, bo przecież nic się nie dzieje, po czym dalej radośnie i swobodnie sobie w tej kolejce czekać. Taksówkarzowi, który wiezie was na lotnisko, należy opowiedzieć połowę swojego życia, a i on odwdzięczy się, informując was, gdzie studiują jego dzieci, ile ma wnuków i że córka wyszła za mąż za Niemca, ale mieszkają w Las Palmas, bo wiadomo. Gdy ktoś na ulicy niechcący na was wlezie, to absolutnie nie można się na niego skrzywić, tylko serdecznie uśmiechnąć i go pozdrowić. A jak ktoś się ryje przed was w kolejce, to go przepuścić i – wiadomo – uśmiechnąć się.

– Widać było, że pani za bardzo się nie zna i raczej Ci nie pomoże, ale była tak szalenie sympatyczna i urocza, że trudno się zezłościć – oceniła polska Profesorka Bellydancerka, przyglądając się moim zmaganiom w banku. – Tak, są często niekompetentni, nie da się, nie potrafią, nie mogą, odmawiają pomocy, ale z takim wdziękiem.

Wokół jest zatem sypmatycznie, miło i przyjaźnie. A do tego jeszcze wszyscy mówią do siebie czule. Cielo, cariño, mi niña, amor (dosł. niebo, kochanie, moje dziecko, kochanie).

Jaka mi niña, kiedy jestem od Ciebie starsza. I nie jestem żadne Twoje kochanie – mam czasem ochotę wypalić, ale gryzę się w język.

Bo jak ma biedny Polak – przyzwyczajony do krzywienia się, marudzenia i narzekania – to wszystko znieść? Tę niezliczoną ilość słoneczek, buziaków i kochania?

I taka sytuacja na Lanzarote. Po dziewięciu miesiącach pracy w hotelu, gdy już tę pracę zdążyłam zmienić, pewnego dnia idę sobie spokojnie przez Costa Teguise, a tu nagle spotykam znajomą z tamtego hotelu. Jak Boga kocham, przysięgam wam, ja nigdy z nią w ciągu tych dziewięciu miesięcy nawet nie porozmawiałam dłużej. Przychodziła odebrać klucze albo zostawić klucze, ja te klucze wręczałam, uśmiechałyśmy się, co tam, jak tam, co słychać, dziękuję dobrze, a to fantastycznie. A tu nagle ją spotykam i ona wpada w euforię, jakby zobaczyła księcia ze złotym trzewiczkiem wprost z bajki o Kopciuszku. I zaczyna:

– O jej, ale się cieszę, że Cię widzę! Jak tam? Co u Ciebie? I praca? I rodzina? – pyta rozentuzjazmowana, a ja nic z tego nie rozumiem. Bo przecież wiem, że wcale się nie cieszy, bo jest jej wszystko jedno i mnie jest wszystko jedno. No dobrze, fajnie, nawet miło, ale żeby aż tak?

– No powiedz, czemu ona mi tak nagadała? – opowiadam tę całą historię teraz Ekswłaścicielowi Knajpy. – Przecież to fałszywe, przecież to nieprawda, przecież jej to nie obchodzi – upieram się w mojej polskiej mentalności.

– To nie o to chodzi – tłumaczy. – Kanaryjczycy po prostu chcą, żeby była miła atmosfera, żeby było fajnie. Starają się tę miłą atmosferę wprowadzić.

I tak, dla tej atmosfery, staram się dzielnie przyjmować na klatę te wszystkie skarbeczki, buziaczki i słoneczka, które płyną w moją stronę. A jak już mi jest tak bardzo ciężko, za dużo, zbyt pięknie, to idę sobie od czasu do czasu pogadać z Niemcami. Od razu robi mi się lepiej. Ostro, szorstko, swojsko. Prawie jak w domu.

Z cyklu: cierpienia turysty

Lato w pełni, sezon w pełni, wakacje w pełni. Gorąco, słońce świeci, ocean szumi, piwo leje się do kufli, pełen relaks. Idealnie. A oni cierpią. Cierpią srodze, solidarnie europejsko, bez względu na narodowość, szybko, bo urlop krótki, trwa tydzień, maks dwa tygodnie. Cierpią, bo:

– Na plaży jest strasznie dużo piasku. Ten piasek wdziera się wszędzie, a jak się człowiek kremem z filtrem posmaruje, a smaruje się, to jeszcze ten piasek się klei.

– Wieje wiatr, a biuro podróży nie uprzedziło, że wiatr tu istnieje.

– Pieprzniczki w restauracji z lewej strony mają za małe dziurki i pierz się nie sypie. W restauracji z prawej strony są ok. Ale za to z prawej strony nie ma młynka do pieprzu.

– Obok w restauracji siedzi obleśny Niemiec z wielkim brzuchem i w klapkach. Nie po to tyle się płaci za wakacje, żeby człowiek musiał jeść z brzuchatymi Niemcami.

– Nikt tu nie mówi po francusku. Pfff, ludzie w Hiszpanii nie mówią po francusku!

– Nie wiadomo, gdzie jest włącznik światła w toalecie.

– Zapłaciłam cztery tysiące funtów za te wakacje. Ale teraz z dzieckiem to już nie to samo. Wcześniej jeździłam z moich chłopakiem sama, to impreza była co noc. Ale imprezowaliśmy. Z dzieckiem to co innego.

– Czy ktoś tu mówi po holendersku?

– Lekarz miał przyjść o dziesiątej, jest za dwie dziesiąta i lekarza jeszcze nie ma. A my tu czekamy. Gdzie on jest?!

Gorąco!

Termometr w komórce pokazuje, że jest trzydzieści jeden stopni, ale kłamie bydlak, jest o wiele więcej. Ciało się roztapia, mózg się roztapia, wszystko się roztapia. Gdy otworzę drzwi balkonowe, z zewnątrz bucha powietrze jak z piekarnika, zaś wiatr przypomina podmuchy suszarki do włosów, szybko je więc zamykam i zasuwam zasłony. Klasyczna hiszpańska sjesta: leżysz na sofie półnago, starasz się nie ruszać i popijasz wodę. Czas uprzyjemniasz sobie rozmyślaniem o zimowych, mroźnych porankach, listopadowym deszczu, smaku lodów truskawkowych i o tym, jak fajnie byłoby się zapisać do klubu morsa.

Jest za gorąco na plażę, za gorąco na leżenie pod parasolem na basenie, jest po prostu za gorąco. W taki dzień radością napawa zaplanowana na dzisiaj wizyta w banku. W banku jest porządna klimatyzacja. To jedno z najchłodniejszych miejsc na całym archipelagu. – Oby była duża kolejka – przelatuje mi przez głowę, gdy roztapiam się w samochodzie po drodze do tego banku. – Będzie sobie można dłużej pobyć w chłodzie.

Następne na liście rzeczy do zrobienia są zakupy. A supermarket to dzisiaj ziemia obiecana, przechadzam się z rozkoszą między lodówkami z nabiałem, mam ochotę przytulić się do jogurtów i masła. Udaję, że szukam czegoś w głębi lodówki, wsadzam rękę, głowę – za nią idzie tors – do środka i bach, niska temperatura!

Na szczęście idę dziś po południu do pracy. Osiem godzin w klimatyzacji, co za ulga.

A może by tak na Teneryfę?

Podróż z Gran Canarii na Teneryfę mija jak z bicza strzelił. Ledwo zdążymy wypić kawę, rozsiąść się wygodnie w fotelach, a tu już zawijamy do portu w Santa Cruz. No dobrze, mija szybko, ale nie tym, którzy cierpią na chorobę morską, oni przykładają do ust papierowe torebki i snują się po pokładzie wyjątkowo bladzi. Ocean buja, przeciągam się sennie i wzdycham z ulgą – dobrze, że do nich nie należę.

Teneryfa przy pierwszym spotkaniu jest górzysta, zalesiona i miejska, port bowiem znajduje się w stolicy, która – z ładną starówką, zielona – sprawia sympatyczne wrażenie. Gdy przyjrzeć się mapie wyspy, od razu nasuwa się skojarzenie, że kształtem przypomina ona… kaczkę. W stolicy zwanej Santa Cruz jesteśmy dokładnie na wysokości głowy tej kaczki, czyli w północno-wschodniej części Teneryfy.

Te dwie główne kanaryjskie wyspy – Teneryfa i Gran Canaria – od lat toczą ze sobą bój, która jest ważniejsza. I która piękniejsza. Coś jak rywalizacja między Krakowem a Warszawą o to, które z miast powinno być stolicą albo między Wrocławiem a Krakowem o to, które jest ładniejsze.

Cały archipelag podzielony jest na dwie prowincje, przewodzą im właśnie te dwie wyspy. Jak to zazwyczaj w takich konfliktowych sprawach bywa, obie są też do siebie dosyć podobne. Zalesione, zielone i chłodniejsze na północy, gorące, skaliste i suche na południu. Na północy obsadzone małymi wioskami i miasteczkami o typowej zabudowie, zaś na południowym wybrzeżu rozsiadły się szeroko hotele i życie turystyczne kwitnie w pełni. O obu mówi się, że są małymi kontynentami albo kontynentami w miniaturze, bo wszystko można na nich znaleźć: i góry, i wybrzeże, i płaskie tereny, i piętra roślinności, i różnice klimatyczne, i nawet od czasu do czasu nieco śniegu w wyższych partiach gór. Tak właściwie można by porównywać bez końca.

Jedno jest pewne, Teneryfa ma swój niepowtarzalny urok, taki by się w niej z miejsca na zabój zakochać. Na zawsze. Co tu można zobaczyć? Oczywiście największy hit tej wyspy, znany w całej Europie wulkan El Teide, a jednocześnie najwyższy szczyt Hiszpanii liczący sobie 3 tys. 718 m n. p. m. Wspinając się wzwyż tej góry, mija się poszczególne piętra roślinności, by wyjść (wyjechać) wreszcie ponad granicę lasu i trafić do przedziwnej krainy pól lawy i skał. Kto był na Lanzarote i widział Góry Ognia, może sobie wyobrazić górne partie El Teide właśnie jako większe i bardziej rozległe przestrzenie z parku Timanfaya. Sam szczyt wygląda natomiast jak stożek wulkanu i tym przecież w gruncie rzeczy jest. Oprócz samego El Teide w bonusie są jeszcze widoki z góry na pozostałe Wyspy Kanaryjskie, z pobliskimi Gran Canarią i La Gomerą.

Będąc na wyspie nie sposób ominąć stolicy Santa Cruz i położonego nieopodal przepięknego miasteczka uniwersyteckiego La Laguna. Koniecznie trzeba przejechać wzdłuż północnego wybrzeża, odwiedzić miasteczka La Laguna, Puerto Cruz, Icod de Vinos. Pochodzić po górach, wykąpać się w oceanie, usiąść na kanaryjską kawę, zobaczyć tysiącletnie drzewo smocze oraz ogromne plantacje bananów. Warto zjechać na południowe wybrzeże, między innymi by zobaczyć imponujący klif Los Gigantes. A wracając do Santa Cruz autostradą biegnącą wzdłuż południowego wybrzeża można zjechać do małego miasteczka Candelaria by tam spróbować przysmaku typowego dla Wenezueli i Kolumbii.

Las arepas, bo o nich tu mowa przybyły na Teneryfę wraz z licznymi migrantami, którzy opuszczali rodzinne kanaryjskie strony i ruszali do Wenezueli. Później przywozili stamtąd nie tylko zarobione pieniądze, nowo poślubione żony, ale też i przysmaki. A wśród nich niewielkie okrągłe chlebki ze zmielonej kukurydzy. Serwuje się je niczym hamburgery, przecięte na pół a w środku, czego dusza zapragnie: awokado z kurczakiem, mięso niczym z węgierskiego gulaszu, paluszki krabowe i tysiąc innych rodzajów nadzienia.

Z Teneryfy człowiek wraca najedzony, opalony, zrelaksowany. A później te obrazy – bananowe pola, skaliste połacie El Teide, lasy pełne sosen, rozbijający się o brzeg ocean – na długo tkwią w głowie i nie chcą z niej wyjść.

Tysiąc wrażeń z Gran Canarii

Na południu jest gorąco i sucho. Piaszczyste wydmy, skaliste wzgórza. Wystarczy ruszyć się już trochę na północ, kilkanaście kilometrów, w rosnące coraz wyżej góry, żeby upał co nieco zelżał, na zboczach pojawiło się trochę zieleni, a w dolinie po drodze do Tejedy więcej plam.

– Tu już tak jak w innym kraju – przelatuje przez głowę myśl, gdy pełne turystów i zabudowane hotelami południowe wybrzeże znika za plecami, a przed oczami rysuje się kręta, ostra górska droga z przycupniętymi przy niej małymi kanaryjskimi wioskami. Zupełnie tu inaczej, nawet powietrze inne. Kwitnące drzewa pomarańczowe i migdałowe rozsiewają zapach po okolicy.

Im wyżej, a góry w sercu wyspy sięgają niemal dwóch tysięcy metrów, tym bardziej zielono, znikają palmy, pojawiają się sosny. Zaczyna tu pachnieć igliwiem. Gdy tylko przekroczy się najwyższy grzbiet gór, na północnych stokach krajobraz zmienia się kompletnie. Zielone łąki sprawiają wrażenie, jakby człowiek znalazł się gdzieś w Alpach, a nieco poniżej to może i nawet w Beskidach. Kręte drogi obsadzone są ogromnymi eukaliptusami. To znów zupełnie inne miejsce.

Na odległości czterdziestu, pięćdziesięciu, sześćdziesięciu kilometrów pejzaż zmienia się nie do poznania, zmienia się klimat. Gdy na dole, na wybrzeżu praży słońce, przez góry przewalają się gęste mgły. Z suchego południa, przez szczyty trasa wiedzie do miasteczka Firgas, które słynie z wód mineralnych.
Można stąd odbić na południowo-wschodni kraniec wyspy i dotrzeć do stolicy – Las Palmas de Gran Canaria. Miasto łączy w sobie dzielnice o kompletnie różnym charakterze. Starówka pamięta jeszcze czasy średniowiecza, boczne dzielnice zabudowane wielkimi blokowiskami turystom przypominają o dziwo architekturę socjalistyczną, te same ogromne brzydkie bryły, w których w małych klitkach upycha się mieszkańców.

Spacerując po obrzeżach starówki, wychodzi się na zabudowane niewielkimi domami wzgórza. I tak przechodząc ulicę, można się przenieść nagle niczym z dużego europejskiego miasta wprost do marokańskiej wioski. Tak Europa miesza się tu z Afryką bez wyraźnie zaznaczonej granicy.

W ciągu jednego dnia, przemierzając niewielką wyspę o powierzchni niewiele ponad tysiąc pięćset kilometrów kwadratowych, można zobaczyć nieprzebraną mnogość krajobrazów, poczuć się niczym w kilku zupełnie innych krajach. To coś w Europie niespotykane, gdzie trzeba przejechać setki kilometrów by zobaczyć taką zmianę.

A można tu przecież jeszcze z Las Palmas pojechać na przeciwległy północno-zachodni skrawek wyspy do zabudowanego białymi domami – niczym na Lanzarote – Agaete, skąd odpływają promy na Teneryfę. I jeszcze pozostają nieodkryte te wszystkie piaszczyste, z czarnym, szarym, białym piaskiem oraz kamieniste plaże. I górskie wąwozy, i ukryte w sercu wyspy zapory wodne, i sosnowe gęste lasy, i ogromny wulkaniczny krater, i jeszcze, i jeszcze, i jeszcze. Od kolorów, wrażeń, zapachów i barw kręci się w głowie.

Keep calm

Ogromne emocje związane z brytyjskim referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej na Wyspach Kanaryjskich nieco osłabły i wyblakły, przyćmione tak ważkimi zjawiskami jak na przykład ogniska i sztuczne ognie odpalane w noc świętojańską. Nie żeby nikt nie słyszał o Brexicie, no ale gdy Brytyjczycy zajęci byli głosowaniem, Kanaryjczycy byli akurat zajęci zabawą. Nawet dzisiejsze wybory do hiszpańskiego rządu mijają bez większych emocji. Owszem ktoś tam wspomni, ktoś się wypowie, ale tubylcy zupełnie nie potrafią się tak politycznie rozgorączkować jak Polacy. Nie wiem, czy to ta noc świętojańska, czy nieustający upał, czy docierająca z Afryki kalima oprócz saharyjskiego piasku niesie ze sobą taki stan wyluzowania. Jest jak jest – ludzie wzruszają ramionami i wracają do swoich zajęć.

– Koniecznie trzeba się na nich zdenerwować. Jak się nie zdenerwujesz, to nic nie zrobią, czy to mechanik samochodowy, czy robotnik – tak wyjaśnia tajniki kanaryjskich pracowników wychowany tutaj Niemiec. No bo jak wytłumaczyć to, że czterech mężczyzn przyszło wczoraj wymieniać mi małe okienko w kuchni i choć przez czterdzieści minut odmierzali, wymierzali i stukali młotkami, udało im się jedynie zdjąć zewnętrzną część ościeżnicy i rzucić ją na podłogę? Czterech robotników, przy czym jeden w kąpielówkach, widać dopiero co wyszedł z basenu, napracowawszy się tak solidnie, oświadczyło – to my skończyliśmy, w przyszłym miesiącu będziemy wymieniać okno. I zostawili je takie smutne, bez drewnianej obudowy, pewnie na basen im było spieszno.

– Tutaj się pracuje tak spokojnie, bez stresu. I bez podgryzania – zauważa jedna z Polek.

I tak właśnie jest na tym małym archipelagu u wybrzeży Afryki i to jedna z pierwszych rzeczy, których musi się nauczyć obcokrajowiec: czy to Brexit, czy wymiana okna nie ma się co gorączkować ani nadmiernie emocjonować. Ani jedno, ani drugie nie jest powodem by nie spać po nocach, wydzierać się na rozmówców albo przebierać z kąpielówek. Życie jest wystarczająco proste i nieskomplikowane, słońce świeci, ocean jest za darmo i po co się denerwować. Nie dziś, to jutro albo pojutrze. I człowiekowi wiele nie potrzeba do szczęścia. Wszystko może być takie proste i spokojne. Takie jest.

Powrót do rzeczywistości

Po dłuższym pobycie w Polsce trzeba na nowo przystosować się do życia na wyspach, mentalnie nastawić i skanaryzować. To kompletnie inny świat, w którym brakuje bujnej zieleni, dobrej kawy i przymrozków. I tak naprawdę zdajesz sobie sprawę, że wróciłeś, kiedy:

– Twój mechanik oświadcza, że tej super ważnej części do samochodu, którą zamówił z daleka, i która miała tu dotrzeć dwa miesiące temu, nie ma. Nie ma, bo jednak nie zamówił, a właściwie to nie on, tylko chłopakom się zapomniało zamówić. I bez tej ważnej części, nie przejdziesz przeglądu, a termin zeszłorocznego przeglądu mija jutro, więc nie będziesz mógł jeździć. No ale tę część to oni teraz zamówią, już on tego przypilnuje. Przecież nie będziesz się na niego złościć. Pójdziesz sobie na kawę.
– Wszyscy naokoło są uprzejmi i uśmiechnięci. Wszyscy, oprócz kierowców taksówek, ci akurat są międzynarodowo okropni.
– Pani w sklepie, przed którą wciskasz się w kolejkę, nie zdając sobie z tego sprawy, w ogóle się na ciebie nie denerwuje, tylko z uśmiechem na twarzy robi ci miejsce. Co więcej, gdy zdajesz sobie sprawę ze swojego faux pas, zaczynasz przepraszać i chcesz iść na koniec kolejki, pani nalega, żebyś tu przed nią stał. Pomaga ci wybrać warzywa, gdy się gubisz w hiszpańskich nazwach. I naprawdę nic a nic się nie denerwuje.
Nikt się nie zastanawia czy jutro będzie padać. Nie będzie.
– Po kilku godzinach na basenie jesteś spalony na czerwono niczym angielski turysta. Krem z filtrem nie działa na czerwcowe afrykańskie słońce.
– Nie zaśniesz, jeśli przed pójściem spać nie zajrzysz pod łóżko. Trzeba skontrolować, czy nie czai się tam jakiś karaluch. Jeszcze by w nocy przyszedł cię pomiziać.
I tak, krok po kroku, na powrót stajesz się Kanaryjczykiem.

Przylot

Chmury nad Małopolską, tuż po tym jak samolot wystartuje z lotniska w Balicach, są tym razem wyjątkowe. Gęste, puchate, białe jak wata cukrowa, cały wszechświat złożony jest z tych chmur i zapewne można by się przekonać, że są miękkie, gdyby tylko można było ich dotknąć. Wyglądają zupełnie jak obłoki, przez które leciał Atreyu na – równie białym i kudłatym jak te obłoki – smoku Falkor w Niekończącej się opowieści.

Dobrze, że lot jest tym razem o ludzkiej porze, w środku dnia, ani wcześnie rano, ani późno w nocy, dobrze, że jest miejsce od okna i nie przy skrzydle. Reszta jest mniej więcej jak zawsze: miła obsługa, podła kawa, Polacy lecą na wakacje, Hiszpanie wracają z wakacji, nie wiadomo, po co lecą Włosi, tyłek boli od siedzenia ponad pięć godzin.

Polska z widziana z góry jest zielona, nieskończenie zielona, pocięta w szachownicę prostokątnych pól. Gubię się, jaką trasą dokładnie lecimy, bo dwa razy opuszczamy ląd i trafiamy nad wodę. Już powiedziałam sobie w myślach: no to pa Europo, teraz ocean; a tu nagle znowu lecimy nad lądem stałym. Może ten samolot z Krakowa na inną trajektorię niż ten z Warszawy i kieruje się od razu bardziej na południe, trafiając tym samym po drodze nad Morze Śródziemne? A może po prostu trasa na Gran Canarię jest wytyczona inaczej niż na Fuerteventurę? Na przykład, lecąc z Berlina na Fuerteventurę przecina się Francję, Hiszpanię, Portugalię i hop nad ocean wzdłuż marokańskiego wybrzeża. O żadnym Morzu Śródziemnym nie ma mowy.

Jak człowiek jest wciśnięty na siedzeniu pod oknem, a Hiszpanie obok śpią i nie za bardzo można łazić wte i wewte, jedną z rozrywek pozostaje czytanie. I kawa. I gapienie się na chmury. I na współpasażerów. I nie wiadomo co jeszcze.
Przy lądowaniu, gdy samolot zniża się blisko oceanu, zawsze jest ten lekki dreszczyk, że pilot się pomyli i trafi w taflę wody. Szczególnie gdy się leci na Lanzarote, gdzie pas do lądowania jest przy samej plaży. Teraz z góry pięknie widać maleńką La Graciosę, czarną, wulkaniczną Lanzarote, suchą, pustynną Fuerteventurę. Za Gran Canarią wyłania się Teneryfa ze swoim najwyższym szczytem El Teide.

Pilot trafił. Samolot osiada gładko na pasie, publiczność, pardon, raczej pasażerowie biją brawo. Bienveniods a Gran Canaria.