Archiwa kategorii: praca

Jestem kobieta pracująca. Żadnej pracy się nie boję

– Wiele rzeczy w tym kraju jest nie tak – Młody Romantyk ocenia sytuację hiszpańskiego zatrudnienia. Siedzimy sobie w jadalni dla personelu w jednym z hoteli na południu Gran Canarii. Jest przedostatni dzień mojej pracy. Po roku kończy mi się umowa i gdyby firma miała ją przedłużyć, musiałaby mi wręczyć umowę na czas nieokreślony. A tego oczywiście nie zrobi.

– Wiesz akurat w tym kraju to mimo wszystko jest całkiem dobrze. W innych jest o wiele gorzej – odpowiadam Młodemu Romantykowi. – I przypominają mi się moje podróże na Ukrainę, na Litwę, Łotwę, Estonię i do jeszcze kilku innych krajów. I jeszcze ta historia opowiedziana przez przypadkowo napotkaną kobietę na Łotwie. Pracowała w wytwórni konserw rybnych. Mówiła, że gdy przyszedł kryzys, firma przestała wypłacać wynagrodzenie, a jej miesięczną pensję stanowiły konserwy rybne.

– W innych miejscach jest gorzej, co oczywiście nie przeczy temu, że w Hiszpanii trylion rzeczy urządzonych jest nie tak – potwierdzam.

Akurat Młody Romantyk i ja jesteśmy w całkiem nie najgorszej sytuacji. Ja po przepracowanych dwu i pół roku mam prawo do bezrobocia przez minimum cztery miesiące. Kalkuluję, że będzie to około tysiąca euro na miesiąc. To wystarczająca kwota, żeby tu przeżyć, bez rewelacji, ale i bez głodowania. Zamiast więc na gwałt szukać nowej pracy mogę sobie urządzić małe wakacje. Młody, dopiero co po studiach i pierwszych praktykach, jest właśnie po raz pierwszy zatrudniony. Ale gdy miną mu cztery miesiące umowy, nie chce jej przedłużać do roku. Jego plan na najbliższe lata to bowiem jakaś fantastyczna podróż a nie obsługiwanie turystów. I tak nad ryżem i sałatką rozmawiamy sobie o sytuacji w Hiszpanii, o tym, że kryzys się skończył i o planach na przyszłość.

Raczej nie martwię się za dużo o znalezienie nowej pracy. Na południu wyspy jest dużo hoteli, które pracują w podobny sposób, umowa na rok, a później zatrudnia się kolejną osobę. Wszystko po to, by nie zatrudniać na stałe. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, jakiś procent pracowników musi mieć umowy na czas nieokreślony.

Gdy dana osoba przepracuje rok, później ta sama firma nie może jej zatrudnić przez cztery miesiące, jeśli nie chce jej dać umowy na stałe. Niektóre hotele w tym czasie oferują kontrakty na zastępstwo, a później znów na rok, na to prawo pozwala. W hotelu na Lanzarote, w którym pracowałam, sporo pracowników ze stałymi umowami firma wysyłała co roku na dwa miesiące bezrobocia. Świadczenia były mniej więcej tak wysokie jak pensja. Do tych dwóch miesięcy dodawano wakacje i robiły się trzy miesiące wolnego.

W tym systemie zawsze jest więc jakiś hotel czy firma, które szukają pracowników. Niektórzy narzekają, bo chcieliby stałą umowę i kredyt w banku. Inni się cieszą, biorą to bezrobocie i jadą sobie do Tajlandii. Choć akurat w tym przypadku muszą liczyć na łut szczęścia, żeby się nie wydało, bo jak się dostaje pieniądze od państwa, to państwo zabrania wyjeżdżania w długie podróże.

Ta nieustanna rotacja pracowników sprzyja obcokrajowcom, tym, którzy dopiero co przyjechali, łatwiej im jest gdzieś się załapać na początku. Choć oczywiście te początki nie są łatwe. W tym systemie pracowałam już dwa razy na recepcji w hotelu, jako przewodnik wycieczek i sprzedawca w centrum aloesowym.

Kryzys w Hiszpanii się skończył, na Wyspach Kanaryjskich pełno turystów a hotele pękają w szwach, Młody Romantyk jeszcze nie wie, gdzie pojedzie w podróż, ale wie, że pojedzie. Zjadłam mój ryż, a Młody swoją sałatkę. Skończył się mój przedostatni dzień w pracy.

Pascal – wydawnictwo, które nie płaci

Dzisiaj nie będzie o wydmach, kanaryjskim charakterze, ani zachodach słońca nad oceanem. Dzisiaj będzie o znanym w Polsce i ponoć renomowanym wydawnictwie Pascal, które autorom przewodników nie płaci za wykonaną pracę. Jednym z tych autorów jestem ja.

Na przełomie marca i kwietnia tego roku odezwała się do mnie przedstawicielka wydawnictwa, proponując mi napisanie dwóch przewodników: po Fuerteventurze i Gran Canarii. Nie szukałam takiej pracy, nie kontaktowałam się z Pascalem, znaleźli mnie sami przez internet. Ustalenia trwały mniej więcej miesiąc, stanęło na tym, że zajmę się tylko Fuerteventurą, bo było mało czasu, termin oddania – 1 czerwca (później termin przesunięto na 8 czerwca). Wynagrodzenie – 4,5 tys. złotych brutto, płatne przelewem bankowym w terminie 45 dni od daty dostarczenia ostatniej części materiału. Na umowie widnieją podpisy: Andrzej Rosner, prezes zarządu wydawnictwa Pascal Sp. z o. o. i Agnieszka Hetnał, redaktor naczelna, członek zarządu wydawnictwa Pascal Sp. z o. o.

Miałam napisać większą część przewodnika oraz zredagować, uzupełnić i uaktualnić przesłane mi przez wydawnictwo materiały. Z końcem kwietnia zabrałam się do pracy. Niewiele ponad miesiąc na napisanie przewodnika to bardzo mało czasu. Dobrze, że znam wyspę jak własną kieszeń, mieszkałam tam, byłam na miejscu. Pod koniec maja spałam po trzy godziny na dobę, żeby skończyć w terminie. Moją pracę wykonałam bardzo dobrze. Do dziś nie dostałam pieniędzy. I nie wiem, kiedy przewodnik się ukaże.

Na umowie, którą przesłał mi Pascal, oprócz podpisów prezesa i redaktor naczelnej widnieje też nazwisko Agnieszka Marekwica – osoba odpowiedzialna za kontakt między mną a wydawnictwem. Gdy już skończyłam pisanie i przyszedł czas na poprawki, przewodnikiem po Fuerteventurze zajmował się Piotr Pahl. Od końca lipca, kiedy to powinnam dostać wynagrodzenie, zajmuję się wysyłaniem kolejnych maili do obu tych osób z pytaniem – kiedy wreszcie wydawnictwo Pascal wypłaci mi pieniądze. Odpowiedzi czasem przychodzą szybko, czasem po miesiącu i są różne: a to piszą mi, że już się kontaktują z działem rozliczeń, żeby sprawdzić czy wystawiono mi rachunek albo że poinformowali swoich szefów o zaległych płatnościach, albo nagle we wrześniu zdają sobie sprawę, że brakuje im mojego podpisu i muszę po raz kolejny wysyłać pocztą jeden z formularzy. Ostatnie dwa maile z 16 i 23 października, które wysłałam do pani Marekwica, pytając o moje pieniądze, pozostały bez odpowiedzi.

Odpowiedział mi natomiast pan Pahl: Wiem, że jest Pani na liście do pilnych płatności. Jak tylko pojawią się środki na przelewy dla współpracowników to na pewno przelejmy pieniądze.” Zapytałam go, czy to jakiś żart. Przestudiowałam dokładnie umowę podpisaną z wydawnictwem i nie ma tam żadnej klauzuli typu – płacimy, jak akurat mamy kasę, a kiedy nie mamy, to nie płacimy – na umowie widnieją konkretne daty.

Zadzwoniłam do działu księgowości. Pani, która przedstawiła się jako Halina Dudys, potwierdziła, że jestem na liście oczekujących na płatności. Obiecała sprawdzić, kiedy wpłyną pieniądze. Nie oddzwoniła. Jest 2 listopada. Pieniędzy nie ma. Informacji nie ma.

Wpisałam w google hasło „Pascal nie płaci”. Wyskakuje forum z wpisami sięgającymi 2009 roku. Wszystkie o tym samym. O wydawnictwie Pascal, które nie płaci autorom za wykonaną pracę.

Zawodowa epopeja

Potrafią trzymać w napięciu. Najpierw człowiek przez dwa miesiące siedzi przed komputerem i wysyła CV. „Dzień dobry, nazywam się, jestem taka i taka, chciałabym pracować, mam doświadczenie i mówię w suahili”. Wysyła się i wysyła, i nic. Można by jeszcze roznosić, ale trochę to skomplikowane mieszkać na Fuerteventurze i roznosić na Gran Canarii. Zatem czasem się na tę Gran Canarię wpadnie i gdzieś zaniesie, no ale szału nie ma.

Przez niemal dwa miesiące cisza, a na znanym portalu z ofertami pracy co rusz przychodzi wiadomość – Twoja kandydatura została odrzucona. Później nagle przychodzi wiadomość od jednego z hoteli, serce skacze do gardła – będzie robota – otwieramy maila i czytamy: „Droga Polko, bardzo fajne masz doświadczenie i świetnie mówisz w suahili, ale nie szukamy nikogo. Będziemy o Tobie pamiętać”. Sympatycznie – myślę sobie – chociaż się pofatygowali, żeby coś odpisać.

– To automat wysyła – sprowadza mnie na ziemię Włoszka.

Dobrze – myślę sobie – zimę przyjdzie więc pewnie spędzić na Fuerteventurze, nie na Gran Canarii, hm, wydmy, piasek, ocean, nie jest to najgorsze miejsce, w którym można by utknąć. Dobrze, skoro nie da się zaplanować nowej pracy, może zaplanuję wakacje.

Aż tu nagle, pewnego wtorku, gdy miałam właśnie wychodzić na basen, dzwoni telefon. Z hotelu takiego a takiego, na Gran Canarii, na rozmowę bym wpadła. Hm – tłumaczę – ja na Fuerteventurze jeszcze jestem, nie mogę dziś przyjść na rozmowę. Ale okazuje się, że praca pilna, od już, od zaraz, od czwartku dokładnie mówiąc. Nie ma problemu, dziś wtorek, jeśli mnie przyjmą, w środę rzucę pracę na Fuerteventurze i popłynę, ale jak ja mam na tę rozmowę dotrzeć.

– Będzie na skypie – słyszę w słuchawce. – O piętnastej trzydzieści.

Dziś wtorek – myślę sobie – jeśli mnie przyjmą, zacznę w czwartek, na innej wyspie. O której mam prom, co mam zapakować, czy już tam szukać mieszkania, dobrze, że u znajomych można przemieszkać, czy ja mówię wystarczająco dobrze po niemiecku, po cholerę mi to szukanie pracy na Gran Canarii, tylko stres. Żeby nie zwariować od własnych myśli, idę jednak na ten basen, poopalać się i popływać, jak to było w planie. Leżę na hamaku, gapię się w chmury i myślę – w takim hotelu to trzeba będzie wyglądać, czas kupić żelazko i koniec hipisowskich gaci. Czy ja mam jakieś eleganckie buty?

Po godzinie nad basenem wracam, a tu inne połączenie nieodebrane. Z innej firmy! Oddzwaniam, zaraz się odezwą. W międzyczasie przychodzi mail z jeszcze innego hotelu, proszą o więcej informacji. Woda kapie z włosów po tym basenie, a tu cała Gran Canaria dzwoni. Hotel numer jeden stwierdza jednak, że to zbyt wielkie szaleństwo by było tak mnie przyjmować od czwartku, więc rozmowy na skypie nie będzie. Druga firma, która dzwoni, przeprowadza rozmowy kwalifikacyjne tylko w czwartek i tylko rano.

– Mogę dotrzeć w poniedziałek – mówię.

– Nie, to za późno – stwierdza głos w słuchawce.

Kanaryjskie firmy zachowują się jak przypadkowo spotkani na dyskotece mężczyźni – chodź tu kobieto, już teraz, zaraz. Co? Tak szybko nie możesz, zastanowić się musisz? No to do widzenia.

To ja wrócę do wysyłania CV.

Zwolnienie po kanaryjsku

Miesiąc przed końcem umowy o pracę szef mówi ci: tak, tak, jak najbardziej przedłużamy, pracujesz z nami dalej. Planujesz więc wakacje i kupujesz bilety lotnicze (350 euro). Kilka dni później okazuje się, że zmieni się szef. Dwa tygodnie przed końcem umowy o pracę Nowy Szef mówi, że nie wie, czy ci przedłużą umowę. Na wysokim szczeblu najwyższym wszechmogącym trwają właśnie dyskusje. Niewiele ponad tydzień przed końcem umowy, w środę, Ustępujący Szef mówi ci, że nie przedłużą ci umowy. Że on by przedłużył, ale decyduje już Nowy Szef wespół z wysokim szczeblem najwyższym wszechmogącym. Na twoim koncie oszczędnościowym jest sto euro. Urząd informuje cię, że masz prawo do bezrobocia w wysokości jakichś 330 euro na miesiąc, za mieszkanie płacisz 440 euro na miesiąc. W tej sytuacji wydaje ci się, że najlepszym wyjściem będzie usiąść i się rozpłakać. Innego wyjścia chwilowo nie znajdujesz. Pocieszające jest to, że w tym klimacie możesz spokojnie zostać bezdomnym. Jest ciepło i zawsze można spać na plaży. 350 euro wydane dopiero co na bilet lotniczy – nigdzie nie polecisz, ale linie lotnicze nie oddadzą ci pieniędzy – wydaje ci się majątkiem godnym króla hiszpańskiego.

Niecałe dwa tygodnie przed końcem umowy, w czwartek, dokładnie dzień później po tym, jak okazało się, że zostaniesz zwolniony, Nowy Szef oznajmia Ci, że chętnie by cię wysłał do pracy na Gran Canarię. Ale zagwarantować nie może, bo tam decyduje Grankanaryjska Szefowa. Wieczorem pisze do ciebie Grankanaryjska Szefowa. Chce cię przyjąć do pracy. Za jakiś miesiąc. Bardzo chce cię przyjąć do pracy. Przyjmie cię. Tak myśli. Z nadmiaru wrażeń masz ochotę rozpędzić się mocno i huknąć głową w najbliższy wulkan. Udajesz się jednak do najtańszego supermarketu by nabyć prawie najtańsze wino białe za 1,10 euro. Tego najtańszego wina za 0,90 euro, które pijaliście ze szwagrem, niestety nie ma. Patrzysz się na ocean, wzdychasz głęboko i myślisz sobie – teraz poczekamy na kolejną odsłonę tego dramatu. A może cię wyślą na Karaiby?

Nam tu nie wolno wody pić

Teoretycznie, na papierze, w ciągu dnia animatorzy mieli prawo do dwu- czy trzygodzinnej przerwy w ciągu dnia. W praktyce było jednak na odwrót. Pracowało się non stop, bez jakiejkolwiek przerwy. Rano śniadanie, potem zebranie grupy z rozdzieleniem zadań. Z zebrania prosto nad baseny, krążyć wśród leżaków i wypytywać gości hotelowych jak się dzisiaj mają. Później aerobik w basenie, gra o koktajl, obiad, zebranie, popołudniowe bingo, tzw. splash dance, czyli podrygiwanie w basenie, później próby do nocnych przedstawień, sprint do bungalowów, gdzie nocowaliśmy, by w ciągu pół godziny wziąć krótki prysznic i przebrać się w strój wieczorowy, czyli koszulkę polo. Generalnie po całym dniu mało kto miał siłę doczołgać się pod prysznic, a jak ktoś miał siłę to nie zdążył, bo akurat prysznic był zajęty. Mało kto miał też zacięcie by codziennie prać swą koszulkę polo i mieć ją zawsze świeżą i pachnącą, trzeba więc było co najwyżej tak się oporządzić by usunąć największe plamy i jakoś nie wonieć najgorzej. Przebrani ruszali z powrotem do hotelu na tzw. show czyli wieczorne przedstawienie. Czasu na kolację zazwyczaj nie było.

Ja, jako że dopiero co zaczęłam pracę, nie brałam udziału w występach na scenie, moim zadaniem było zaś Public Relations czyli łażenie od jednych gości do drugich i pytanie ich, jak się dziś wieczorem czują. W międzyczasie trzeba było stać i się uśmiechać, i swoją postawą prezentować wszystkim, że życie jest cudowne. I generalnie jest cudowne tylko, że po całym dniu cholernie bolą nogi, więc przysiadałam sobie to tu, to tam. Raz zobaczyła mnie Druga Polka i przybiegła oburzona.

- Co ty robisz! Nie wolno nam siadać! Jak cię Włoski Szef zobaczy! – ostrzegła mnie jak tylko Polka może ostrzec Polkę. Generalnie Druga Polka zawsze znalazła się obok, gdy przekraczałam zasady panujące w teamie, czyli grupie, i potrzebna mi była reprymenda. Gdy podczas wieczornych przedstawień poprosiłam w barze o szklankę wody, zaraz przybiegła.

- Co ty robisz! Nam stąd nie wolno brać wody. Tylko Zastępca Szefa może! – wtajemniczała mnie w reguły animacyjnego życia.

Koniec końców, gdy potrzebowałam chwili samotności, szłam do… toalety. Te czterogwiazdkowe hotelowe są czyste i zadbane, całkiem sympatyczne miejsce. Tam można spokojnie opuścić klapę, rozsiąść się wygodnie i rozkoszować chwilą dla siebie. Tam też dopada człowieka narastające poczucie absurdu, wzrastające tym bardziej jak sobie człowiek policzy, ile zarabia na godzinę.
Wieczorne przedstawienie kończyło się koło północy albo pierwszej, później były jeszcze tańce z turystami, potem klasyczne Public Relations, czyli pytanie gości hotelowych jak się dzisiaj czują. A jak już turyści sobie poszli, było zebranie, tak koło pierwszej, drugiej w nocy. Na zebraniu Włoski Szef podejmował takie ważkie tematy jak, czemu niebieski pisak leży w przegródce na zielone pisaki i kto ustawiał krzesła za sceną. I to była burza mózgów.

Rzut klapkiem do basenu

Kariera w animacji trwała trzy dni. Skończyła się wielką awanturą, a Włoski Szef grupy chciał mnie pobić na oczach tejże grupy. Na szczęście nie był ani wysoki, ani silny, więc spokojnie dałabym mu radę, a przechodzący kelner i tak szykował się, żeby mi przyjść z odsieczą. Postanowiłam jednak, że nie będę więcej podążać tą ścieżką zawodową i raz na zawsze porzucę animację. Co do włoskich szefów, na przekór tamtym wydarzeniom, polecam. Obecnie mam szefa tej narodowości, przeuroczego. Mimo tych paru(dziesięciu) lat na moim karku nazywa mnie „bambina” i przynosi do pracy prawdziwą, włoską, zrobioną przez siebie pizzę.

Latem 2012 roku jeden z hoteli w Playa Blanca poszukiwał animatora-tancerza. Ja poszukiwałam pracy i tak oto razem z hotelem trafiliśmy na siebie. Animatorów zatrudnia znana w tej branży hiszpańska firma XXX i oferuje najgorsze warunki pracy, jakie do tej pory zdarzyło mi się widzieć na oczy (no dobrze, nigdy nie byłam w Chinach, tam zapewne jest gorzej). Z Costa Teguise, gdzie mieszkam, do Playa Blanca, gdzie znajduje się hotel, jest około 50 kilometrów. Bez samochodu dosyć ciężko, tym bardziej, że nie ma żadnego autobusu bezpośrednio łączącego obie miejscowości i przejechanie tych niecałych pięćdziesięciu kilometrów to wyprawa na co najmniej dwie godziny. Ach, no i trudno autobusem się wybrać, gdy pracuje się od dziesiątej przed południem do pierwszej lub drugiej w nocy i już żaden autobus nie jedzie. Ale nic to, bo hotel oferuje zakwaterowanie. Oficjalnie pokoje dwuosobowe, nieoficjalnie cztero-, ale po co tak skrupulatnie liczyć.

Pobudka około ósmej, dziewiątej, nie jest źle. Trzeba szybko wskoczyć w uniform. Szczęście mają ci, którzy na przywitanie dostali firmową koszulkę i gatki czyste, nowe i w odpowiednim rozmiarze. Niektórzy szczęścia nie mieli i przed ich pierwszym dniem pracy szefostwo wręczało im zapocony, poplamiony podkoszulek. Tak więc odziani animatorzy ruszali dziarsko do hotelu, noclegi mieli w bungalowach nieopodal. Po drodze wymieniali uwagi o tym, na ile euro okantował ich Włoski Szef grupy, pozbawiając ich procentów od sprzedaży płyt. Płyty, pirackie oczywiście, sprzedawało się wieczorami gościom hotelowym. A na płytach typowe przeboje animacyjne, kto choć raz był na wakacjach all inclusive, od Turcji, przez Egipt, aż po Hiszpanię, ten doskonale je zna i zaraz może zanucić kilka.

Po przekroczeniu bramy hotelu, animatorzy zaczynali się uśmiechać, wszyscy jak jeden mąż. Animator z zasady jest bowiem młody, energiczny, piękny, pełen życia i uśmiecha się radośnie do wszystkich gości hotelowych. Szybko nabiera się odruchu Pawłowa, na widok człowieka na horyzoncie zaczynasz się uśmiechać automatycznie, nawet jak się okazuje, że to bandzior i czyha na twoje życie. Razem, grupą, machając do wszystkich, animatorzy szli na śniadanie, później zebranie, na którym Włoski Szef i jego Włoski Zastępca przydzielali zadania. Mnie przydzielano do Absolwentki Psychologii z Węgier albo – oprócz mnie – Drugiej Polki. Prowadziłyśmy aerobik na basenie. Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że na pierwszych w życiu zajęciach z wodnego aerobiku na jakie trafię, od razu będę prowadzącą. Były też zajęcia z ciężarkami, wstęp do jogi. Albo zadanie „public relations”, czyli chodzisz między leżakami i pytasz opalających się Anglików, Hiszpanów i Niemców, jak się dzisiaj czują. Ot, takie leżakowe pogawędki. W moim pierwszym dniu pracy Włoski Szef oprowadził mnie oraz Nowego Hiszpana, który też właśnie zaczynał pracę, po hotelu, pokazał wszystkie baseny, dyskotekę, strzelnicę, korty i całą resztę. Dowiedzieliśmy się też, że w jednym z barów można się wody napić, ale tak bez zatrzymywania się. Wiecie, podchodzimy, napijemy się szybciutko i już dalej do roboty.

Około południa następowało clue programu, jedno z najważniejszych wydarzeń w ciągu dnia – gra o koktajl. Trzeba było ściągnąć turystów, wymyślić im jakieś zadanie, kto wygrywał, dostawał darmowego drinka. I wypijał go od razu jednym haustem na oczach gawiedzi, choć może wypijał to złe określenie, żeby być dokładnie wiernym faktom trzeba podkreślić, że Włoski Szef wlewał delikwentowi tego drinka prosto do gardła. Egzotyczne napoje ściekały po policzkach, zwycięzca upijał się w momencie, a widzowie bili brawo. Ja miałam szczęście, trafiłam na dzień, kiedy grę o koktajl prowadził sam maestro Włoski Szef. Ustawiał każdego z ochotników po kolei na jednym krańcu basenu, warunek konieczny – zawodnik musiał być odziany w obuwie typu „japonki”. Stawał taki delikwent zazwyczaj na lewej nodze, prawą robił zamach niczym Maradona przed strzałem do bramki i bach, klapek frunął nad basenem. I to jest właśnie ten moment, gdy stojąc obok i patrząc na latające klapki, przypomina ci się słynny refren: „i co ja robię tu, uuuuu, co ty tutaj robisz?”

Kwadratowa mentalność

Stolica wyspy, Arrecife, lato 2012, na samym początku mojego pobytu na Kanarach. Idziemy z Hiszpanem przez ulice miasta i gdzieś między kawiarnią a bankiem – Hiszpan zawsze wybierał się do Arrecife na kawę i do banku – jest księgarnia. Przechodzimy koło tej księgarni – o! – myślę – może tu mogłabym pracować. Super, zawsze to jakaś praca z książkami, plus minus odpowiednia dla humanistycznego mózgu.
- Ej, patrz, tu zostawię CV – mówię do Hiszpana. – Fajnie byłoby pracować w księgarni.
- Co Ty nie, nie ma sensu – odpowiada. – Tutaj na pewno nie dostaniesz pracy. Ta księgarnia od lat należy do jednej kanaryjskiej rodziny. Prowadzi ją ojciec z dwoma synami – peroruje.
Latem 2012 roku wysłuchałam wiele podobnych porad i historii od różnych osób.
- Zapomnij. Nie da się. Jesteś na wyspie, tu wszystko działa inaczej. Ten biznes należy do kanaryjskiej rodziny, oni nie przyjmują ludzi z zewnątrz. Nie jesteś stąd. Zapomnij. Tam chcesz pracować??? Pfff! Nie da się!!!!!!!! – powtarzali wszyscy wokół.
- Ale przecież mogę spróbować – dyskutowałam z Hiszpanem, nie dając za wygraną. – Co mi szkodzi spróbować, ileż to kosztuje wejść tam i zostawić CV.
- Nie ma sensu – powtarzał. – To rodzinna księgarnia już od kilkudziesięciu lat. Tu nie przyjmują osób z zewnątrz.
- Ale dlaczego nie mogę nawet spróbować??? – już podnosiło mi się ciśnienie od słuchania, że się nie da.
- Jesteśmy na małej wyspie – tłumaczył coraz bardziej wkurzony. I że rodziny stąd trzymają się razem. I że trzeba znać tego i owego, żeby dostać się tu i tam. I że to, siamto i owamto działa tutaj nieco bardziej elastycznie, według innych reguł. I że owszem, może w prawie, może w ustawach lokalnego parlamentu powinno być tak i tak, ale w życiu to różnie bywa i nieważne, że taki na przykład urząd, niby powinien rozpisać przetarg na – dajmy na to – zakup nowych ławeczek na deptak, ale burmistrz może zna kogoś innego i bardziej go lubi itd. itp. – Tu jest bardziej elastycznie – mówił i mówił.
- No to trzeba to zmienić! – szczerze wystąpiłam w obronie demokracji, przejrzystości finansów publicznych i zasad zdrowej konkurencji. – I czemu nie mogę zostawić CV w księgarni??? Może tym razem akurat zatrudnią kogoś obcego?
Bardzo trudno było się znaleźć w środowisku, które nie powtarzało ciągle – spróbuj, najwyżej się nie uda, ale warto. Po 1989 roku w Polsce, czyli od kiedy zaczynałam podstawówkę, nie słyszałam nic innego, jak tylko – spróbuj!, a co się mówiło wcześniej, to nie pamiętam. Chcesz wygrać szkolną olimpiadę? Ucz się. Chcesz zobaczyć wschód słońca z Kasprowego? Zapieprzaj pod górę. Chcesz opublikować swój pierwszy artykuł w lokalnej gazecie? Biegaj przez trzy miesiące za redaktorem naczelnym, nalegając, żeby przeczytał i oglądaj jego plecy, gdy zwiewa przed tobą i jego prawą dłoń, którą macha nad ramieniem, rzucając – jutro, dzisiaj nie mam dziś czasu. I do tego jeszcze ta Polska Szefowa, dla której nieważne było, że akurat jest północ i radny X spełnia właśnie marzenie swojego życia i wspina się na piąty szczyt w Himalajach i że nie ma sensu do niego dzwonić, bo i tak nie odbierze, by opowiedzieć, czy wiedział, czy nie wiedział o przekrętach radnego Y, wiatr w Himalajach silny wieje, a on na kolegę nie będzie przecież donosił. Polskiej Szefowej to nie interesuje, bo jak nie spróbujesz, to się przecież nie dowiesz.
- No tak, typowo polskie podejście: sprawy niemożliwe załatwiamy od ręki, na cuda trzeba chwilę poczekać – kwituje zawsze Moja Rodzicielka.
I wzrasta sobie człowiek i dojrzewa w tym „American dream”, a tu jakiś Hiszpan, na jakiejś wyspie, pod jakąś palmą, mówi ci, że się nie da.
- Gdzie ja mam w końcu szukać tej pracy, skoro nigdzie nie ma sensu? – wybuchnęłam.
- Kwadratowa mentalność! – wyparował, a ja odwróciłam się obrażona i biegnąc na oślep przez Arrecife, zastanawiałam się: czy on mnie obraża? I co to do cholery jest ta kwadratowa mentalność?
- Ja to zawsze traktuję jak komplement, gdy ktoś się do mnie tak zwraca – powtarza zawsze Niemiecki Blondyn, przewodnik, z którym pracowałam latem 2013 roku. A on, jako Niemiec, musiał się tego nasłuchać, bo to właśnie na Niemców wymyślili Hiszpanie to określenie. Mentalność, tudzież głowa kwadratowa, to synonim tego niemieckiego poukładania, żelaznego „ordung”, jak tak ma być, to ma tak być i koniec. To coś zupełnie przeciwnego tej słynnej hiszpańskiej pasji i emocjonalności, zaś w sprawach administracji państwowej burdelu lub elastyczności, każdy sobie to określa jak tam chce. Mnie jako Polce, dostało się trochę rykoszetem, bo na Polaków tak się tu nie mówi. A o Polsce, co tu się mówi o Polsce?
- Daleko i zimno!

Filozofom dziękujemy

Jak się gdzieś chce mieszkać, dobrze jest znaleźć pracę. Generalnie praca jest potrzebna, na przykład po to, żeby płacić rachunki, kupować coś do jedzenia, w coś się ubrać itp. Te same zasady panują też niestety na Wyspach Kanaryjskich, choćby i się chciało żyć samym słońcem, plażą i faktem, że się jest w raju, a wulkany są piękne. Ja wylądowałam na wyspie pod koniec czerwca 2012 roku, no i musiałam znaleźć pracę. Lanzarote ma około 800 kilometrów kwadratowych, 114 tys. mieszkańców, trzy ośrodki turystyczne i oczywiście wszystko się kręci wokół turystyki. Przemysł? Biznes? No, proszę państwa, gdzieżby!
Przyleciałam, nie znając hiszpańskiego, już widzę, jak czytając to uśmiechacie się pod nosem, z odpowiednim komentarzem – „dosyć głupio” albo „odważnie”. Przyleciałam nie znając hiszpańskiego, za to z doświadczeniem – w Polsce pracowałam w regionalnej gazecie. Umiem świetnie redagować i pisać, tyle że, upsss, po polsku, a jesteśmy w Hiszpanii. Ale, ale jestem też wykształcona, po studiach – polonistyce. Przeczytałam całego Gombrowicza i znam Trylogię! Tak już teraz możecie śmiać się w głos, polonistyka, nie jest najgorzej mogłaby to przecież być socjologia. Albo filozofia. Albo, nie daj Boże, etnologia! Wyobraźcie sobie minę właściciela knajpy położonej przy plaży, do której przychodzi brytyjska niższa klasa średnia, żeby napić się piwa i obejrzeć mecz, gdy takiemu właścicielowi wręcza swoje CV filozof z Polski. Ja filozofem nie jestem za to mam po tej polonistyce fest specjalizację – komparatystykę. Prawda że przydatne? Otwiera każde drzwi, wszyscy właściciele sklepików z chińskimi pamiątkami od razu chcą mnie zatrudnić.
Tak więc zaczęłam szukać pracy, bo przecież młody, energiczny wszędzie sobie poradzi. Ogłoszenia w Internecie, CV, listy motywacyjne po hiszpańsku. Owszem nawet przychodziły odpowiedzi od pracodawców. Na przykład z centrum aloesowego, tylko że trzeba było mieć swoje auto. Albo z jakiejś firmy, która organizuje imprezy dla turystów. Te imprezy połączone są z prezentacją ubrań, taki mini pokaz mody, tyle że później na miejscu te ubrania się sprzedaje. Szukają zatem takiej modelko-sprzedawczyni. Świetnie, to mogłabym robić, byłam żywo zainteresowana tą firmą, a firma mną. Wymieniłam sporo maili z pewną panią z firmy, do czasu aż napisała, że prezentowana odzież to bikini, tylko dolna część, bez stanika, a prezentacje odbywają się w basenie.
Wtedy zainterweniowali Hiszpanie.
– Źle szukasz – mówią. – Tutaj przez Internet nie działa, bo nie zamieszcza się ogłoszeń w sieci. Musisz zacząć roznosić CV.
Tak też zrobiłam. Ruszyłam w peregrynację po Costa Teguise. Tu hotel, tam wypożyczalnia samochodów, obok biuro sprzedaży wycieczek, a przy nim sklep z pamiątkami – kubki z wielbłądem made in China. Latem 2012 roku wszyscy Hiszpanie i nie-Hiszpanie przekonani byli, że żyjemy w kryzysie najgorszym z najgorszych.
- Oj, ciężko. Tracimy pieniądze – wzdychała właścicielka małej rodzinnej wypożyczalni samochodów. Poopowiadała jeszcze, że ona tu na wyspie urodzona, tylko w głębi, nie ma wybrzeżu, dwójkę dzieci ma i całe życie tutaj, z tym, że w różnych miejscach, długo na przykład w Arrecife mieszkała.
- Coraz gorzej. Klientów nie ma. Pieniędzy nie ma. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy musieli zamknąć – żaliła się właścicielka sklepiku z biżuterią.
- Po co ty tu przyjechałaś? Wyjedź z tej wyspy. Pracy ci tu nie damy, widzisz, że tu ruchu nie ma – mówiła Ukrainka, pokazując zza biurka na wypożyczalnię rowerów, w której właśnie byłyśmy, głęboko nieszczęśliwa, że musiała tu być. A musiała, bo jej mężczyzna, Brytyjczyk, postanowił porzucić swoją brytyjską ojczyznę i prowadzić interesy na Lanzarote. Tak więc ona, w Wielkiej Brytanii pracująca w firmie, która handlowała materiałami medycznymi, tutaj wypożyczała rowery nieprzychodzącym klientom.
- A tam dobrze zarabiałam, bo wiesz, ja po rosyjsku mówię, przyjaciele tam są, ech. Wyjedź stąd, ja ci mówię, sama też najchętniej bym wyjechała – żaliła się.
Po kilku dniach roznoszenia CV pracy nie dostałam, ale wiedziałam już, że Lanzarote to najbiedniejsza i najbardziej nieszczęśliwa wyspa pod słońcem, kryzys pożarł wszystko, gdzieś na świecie jest lepiej, dobrze, ale cała Hiszpania jest biedna jak mysz kościelna. Po tym wszystkim można już było tylko usiąść i płakać. I tak też robiłam, w Arrecife, nad brzegiem oceanu.

Może będziemy mówić po słowacku?

- Chodzi o to, żeby było dyskretnie. Idziemy tam popatrzeć, jak pracują, jak się obsługuje klientów – opowiada Słowaczka. Stara się właśnie o pracę kelnerki w hotelu X, jest już po rozmowie kwalifikacyjnej, ale za kilka dni będzie miała próbę – wieczorem dyrektor wraz ze swoimi przyjaciółmi zjawi się na kolację, żeby zobaczyć czy Słowaczka jest odpowiednio miła dla klientów i czy stawia szklankę po właściwej stronie talerza. Idziemy więc do hotelowej restauracji podpatrzeć, jak działa. Ale wciąż pracuje tam dziewczyna, która na rzecz Słowaczki może wkrótce stracić pracę, więc ostrożnie.
- Wiesz ludzie są różni. Ona nie wie, kim jestem, ale może różnie zareagować jak się dowie – wyjaśnia.
- To może po słowacku będziemy gadać – rzucam. – Będziemy udawać turystki z Europy Wschodniej.
Wchodzimy do restauracji, pełna konspiracja, zamawiamy kawę. O konspirację jednak trudno, zaraz wpada bowiem znajomy, który tu pracuje, a za nim znajomy kucharz, który – oczywiście też tu pracuje – przynosi menu i głosem nie bardzo cichym, tłumaczy co jest w karcie i przy którym kotlecie trzeba zapytać klienta, czy tenże kotlet ma być dobrze wysmażony. Dziewczyna, która tu jeszcze pracuje, musiałaby mieć chyba wadę wzroku, żeby się nie zorientować, że coś tu się jednak kręci. W bonusie znajomy kucharz przynosi nam deser, zresztą omówił to już z dziewczyną, która tu jeszcze pracuje, że bynajmniej mamy nie płacić. Ale nic to, może się uda wyjść stąd cichaczem, w końcu jesteśmy tu nieco potajemnie. W międzyczasie mija nas jeszcze znajomy kelner, który – jak się okazało – też tu pracuje. A za chwilę wchodzi do restauracji mężczyzna około pięćdziesiątki, odziany w gustowną czarną marynarkę, tuż za nim sunie facet w mniej więcej tym samym wieku, jedynie nieco mniej elegancki, ma na sobie zielony, puchowy bezrękawnik.
- O ho! – myślę sobie. – Właściciel hotelu i właściciel restauracji, tej położonej tuż obok sklepu Czeszki. Chyba wszyscy z ulicy wpadli tu dziś na kawę.
W tym momencie właściciel hotelu X i właściciel restauracji kłaniają nam się w pas i uśmiechają się szeroko, bo właśnie nas dostrzegli. Nie ma co, z pewnością są to mężczyźni z klasą. Hm, może przynajmniej dziewczyna, która tu jeszcze pracuje, pomyśli, że jesteśmy siostrzenicami właściciela, bo dyskretnie to nam ta wizyta nie wyszła.