Archiwa kategorii: okiem Polaka

Hiszpańska rozmowa

Sytuacja ma miejsce w Las Palmas, stolicy Gran Canarii, na przejściu dla pieszych usytuowanym przy jednej z przecznic przecinających główną ulicę handlową zwaną Mesa y López. Jest czerwone, stoję sobie i czekam. Wokół, jak to na przejściach dla pieszych w dużych miastach bywa, stoją inni ludzie. A wśród nich dwie kobiety, tak na oko po pięćdziesiątce, a może po sześćdziesiątce, trudno ocenić. Bardzo ładne, eleganckie, zadbane. Stoją tuż obok mnie, więc chcąc, nie chcąc, słyszę ich rozmowę. A ta przebiega mniej więcej tak:

– Cześć!

– Cześć! Co słychać?

Dwa obowiązkowe, spektakularne i entuzjastyczne buziaki w policzek. Cmok! Cmok!

– Dooobrze. Bardzo dobrze. A u Ciebie?

– Bardzo dobrze. Wszystko dobrze.

– To dobrze.

– No i rodzina?

– Dobrze. Bardzo dobrze. Wszyscy dobrze.

– I syn? Jak on sobie tam radzi?

– Dobrze, wszystko dobrze. Teraz był tutaj u nas przez dłuższy czas. Moja mama miała urodziny, przyjechał specjalnie na to święto.

W tym momencie następuje nasilenie i eskalacja emocji.

– Och, jakie piękne wydarzenie. Piękne uczucia.

Nagle światło zmienia się na zielone. Muszę ruszyć przez przejście, no i śledzenie kobiet, by zobaczyć jak się rozwinie konwersacja nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Marny ze mnie Rutkowski, nie ta postura, nie ta uroda, nie ten przeszywający wzrok. Kobiety zostawiają mnie więc z moimi refleksjami filologicznymi.

Ile razy można użyć słowa bien, czyli dobrze, w jednej krótkiej konwersacji? Tyle się nagadały, ale nic sobie nie opowiedziały, poza tym, że wszystko dobrze. Jak kto możliwie, że wszystko jest dobrze? Przecież ta matka musi być już starszą osobą, na pewno na coś choruje, na pewno coś ją boli. Dlaczego ta córka nie opowiedziała tej drugiej kobiecie, jak bardzo cierpi jej matka? Nawet u syna, który mieszka daleko, może za granicą, wszystko dobrze? No jak to możliwe? Przecież on pewnie tęskni, zarabia za mało albo ma problemy z dziećmi, albo cierpi, bo nie ma dzieci? A to, co to za horror, wszystko dobrze.

I tak, idąc dalej wzdłuż ulicy Mesa y López i przystając na przejściach dla pieszych przy kolejnych przecznicach, tłumaczę sobie tę rozmowę na polski. W Krakowie, Warszawie albo Trójmieście brzmiałaby tak.

– Cześć.

– Cześć. Co słychać?

Lekko zauważalny, drobny grymas, mający przypominać pół uśmiech.

– Aaaaaa, stara bida. Wiesz, jak jest. A u Ciebie?

– No kiepsko. Kiepsko.

– Co zrobisz. Życie.

– A rodzina?

– No wiesz, różowo nie ma. Ale jakoś leci.

– I syn? Jak on sobie tam radzi?

– Jakoś ciągnie. Ale kiepsko. Tęskni za krajem, a tam też kokosów nie ma. Teraz był dłużej w domu, bo moja mama miała urodziny. Ciężko, ciężko. Trudno mu się z tym pogodzić, że babcia już nie taka młoda, niedosłyszy.

– Ech, no smutne, to wszystko. Smutne.

I to jest proszę państwa, rozmowa jak się patrzy!

Lekcja polskiego

Tendencja zdaje się wyraźna – coraz więcej Hiszpanów potrafi co nieco powiedzieć po polsku. Owszem, dla wielu Polska to wciąż taki kraj, o którym nie wiadomo, gdzie dokładnie leży. A co wiadomo?

– Uuuuu, a to daleko. I zimno – słyszałam wiele razy, gdy odpowiadałam na pytanie, skąd jestem.

Ci nieco bardziej obyci w świecie i znający historię, jak im powiesz, żeś Polak, odpowiedzą: Walesa. Chwilę ci zajmie, aż zrozumiesz, że chodzi im o Wałęsę. Swoją drogą trochę to ze strony Polaków przewrotne, że jedna z najbardziej znanych postaci ma nazwisko tak piekielnie trudne do wymówienia. Kilka osób, które znam, Kanaryjczyków i Hiszpanów z półwyspu, już w Polsce było albo się wybierze. Ci powiedzą: pierogi, Cracovia i Varsovia.

Kanaryjczycy chęci do nauki naszego języka też mają szczere. Jeden z kierowców, z którym jeździliśmy na wycieczki na Fuerteventurze, gdy Polacy wracali z plaży, stawał uśmiechnięty przed autobusem i pozdrawiał wsiadających, powtarzając w kółko: cińdobri, cińdobri.

– Czemu mi nie odpowiadają? – pytał mnie rozczarowany. A rzeczywiście, ludzie przyglądali mu się cokolwiek dziwnie, nic nie mówiąc.

– Hm, chyba nie rozumieją Twojej wymowy – odpowiadałam. – Musisz jeszcze poćwiczyć.

– Cińdobri, cińdobri, cinkuje barso – powtarzał niestrudzenie.

Do historii odeszły już czasy, gdy mieszkańcy Europy Zachodniej nie wiedzieli, co to ta Polska i nie rozpoznawali naszego języka. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy byłam na szkolnej wycieczce w Anglii, tubylcy dziwili się, słysząc polski. Co to za język, co to za język – powtarzali na okrągło i pytali nas, czy Polska to miasto w Rosji. Teraz każdy szanujący się Europejczyk, choćby i nie za wiele wiedział, to wie chociaż, że zimno i daleko.

– Czemu on nam powiedział „dziękuję”? – pytali znajomi, którzy wpadli w odwiedziny na Gran Canarię i do których jakiś mężczyzna tak zagadał na ulicy.

– Pewnie skumał, skąd jesteście, więc chciał wam coś po polsku powiedzieć, a jedyne, co miał w zanadrzu, to „dziękuję” – wyjaśniłam.

Szczególną chęć do nauki polskiego wykazał Młody Romantyk, z którym pracowałam w hotelowej recepcji.

– Naucz mnie, jakiegoś brzydkiego słowa – poprosił pewnego dnia. Znał już nasze określenie na panią lekkich obyczajów, notabene, Hiszpanie bardzo to słowo lubią, bo w ich języku brzmi tak samo, jest zupełnie niewinne i oznacza po prostu zakręt. W tej sytuacji nie zostało mi nic innego, jak nauczyć go pewnego słowa na s…., wiecie, chodzi o tę prośbę by ktoś się natychmiast oddalił. Od tamtego dnia Młody Romantyk witał mnie codziennie z szerokim uśmiechem i mówiąc do mnie niezwykle czułym tonem: spie….aj.

– O nie, to ja Cię uczę i mój wysiłek obraca się przeciwko mnie – zaprotestowałam. I zaraz przystąpiliśmy do nauki praktycznego zwrotu: masz rację, Edyto. I wersji rozbudowanej: tak, masz rację, Edyto. A później kolejne przydatne zdania: jesteś piękna, tęsknię za tobą kochanie, nie mówię po polsku, jestem głodny.

Jednak prawdziwym znawcą polszczyzny okazał się jeden z kelnerów w hotelu. Ten dwudziestoczterolatek, Kanaryjczyk jak się patrzy, mówił dosyć płynnie po polsku. Gdy wpadał na recepcję, ucinaliśmy sobie prawdziwe pogawędki.

– Gdzie się tak nauczyłeś mówić? – spytałam kiedyś.

– W Warszawie – odparł.

– Oooo, a co robiłeś w Warszawie?

– Kochałem – odparł po chwili namysłu, obrócił się na pięcie i ruszył z kieliszkami do baru.

Pewnego dnia w jadalni dla personelu opowiedział mi nieco szczegółów tej historii.

– Ja miałem osiemnaście lat. Byłem w Polsce na wakacjach. Zakochałem się. Zadzwoniłem do mamy i powiedziałem – mama, ja nie wracam. Co? Jak to nie wracasz? – snuł swoją historię.

I tak, w tej jadalni, opowiadał mi od czasu do czasu o swoim zafascynowaniu Polską.

– Kocham Polskę. Jeszcze tam wrócę. Kocham polską muzykę. Disco polo. Kocham disco polo. Moja mała blondyneczko, jesteś szalona, ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie – recytował teksty piosenek, aż mi z wrażenia widelec wyleciał z rąk.

I to jest, proszę państwa, prawdziwy miłośnik naszego kraju.

Jak przeżyć latynoską miłość

Si te vas, yo también me voy, si me das, yo también te doy (Jeśli sobie pójdziesz, ja też pójdę, jeśli mi dasz, ja też Ci dam) – Kanaroniemiec podśpiewywał sobie te słowa przez całe lato, stojąc w hotelowej recepcji, między jednym klientem a drugim albo licząc kasę. Niezły z niego poeta, śmiałam się w duchu. Ale do czasu. Do czasu, aż przechodząc gdzieś, nie pamiętam, gdzie to było, usłyszałam tę już znajomą nutę. Tym razem w radiu, w wykonaniu Enrique Iglesiasa (Henryk Kościelniak). Aaaaaaa, przyszło olśnienie, czyli to nie żadne pół rymu wymyślone przez Kanaroniemca, tylko prawdziwa, regularna piosenka. I jak na szanującą się hiszpańskojęzyczną piosenkę przystało, musi być o miłości. Niezwykłe rymy, śmiałe porównania, głęboki tekst i niebanalna historia miłosna. Ta piosenka wzrusza na tyle, że musimy się nad nią pochylić.

Historia jest następująca. Ich jest dwóch, ona jedna. Ona jest z jednym z nich, ale naturalnie nie z tym, z którym bym chciała. Będąc z jednym, myśli o drugim. Ten drugi wyśpiewuje piosenkę, prowadzi w ten sposób swoistą autoreklamę. Już wiemy, co jej obiecał, że sobie pójdzie, jeśli ona pójdzie i że jej da, jeśli ona mu da, że jej da tę miłość. Poza tym: Bailamos hasta las diez, hasta que duelan los pies (Tańczymy do dziesiątej, aż zabolą stopy). I prawdziwy hit: Con él te duele el corazón y conmigo te duelen los pies (Z nim Cię boli serce i ze mną Cię bolą stopy). I to dziewczęta jest mocne przesłanie. Żebyście wiedziały, jak wybierać.



Różne zresztą bywają dole i niedole hiszpańskojęzycznej miłości. Taka na przykład Shakira to potrafi wyznać uczucie w piosence Suerte (Szczęście): Sabes que estoy a tus pies (Wiesz że, jestem u twych stóp). Różne rzeczy dla tego ukochanego zrobi: Puedo escalar los Andes solo, por ir a contar tus lunares (Mogę się sama wspinać na Andy, żeby policzyć twoje pieprzyki). I w ogóle im się w tej miłości układa: Suerte que mis pechos sean pequeños y no los confundas con montañas (Szczęście, że moje piersi są małe i nie mylisz ich z górami). W innej znowu piosence, Ojos así (Takie oczy) ta Shakira to jest bystrym obserwatorem: Ayer vi pasar una mujer debajo de su camello (Wczoraj widziałam kobietę przechodzącą pod swym wielbłądem). Ile ja się wypytywałam różnych Hiszpanów, co to zdanie o kobiecie może znaczyć, czy to jakaś metafora może jest albo rytuał z Afryki. Nikt nie wie, po co ta kobieta tak przechodzi.

Czasem jednak, a może przeważnie, z tymi Hiszpanami i Latynosami nie jest łatwo. I tak Alejandro Sanz w piosence La Tortura wyznaje bez bicia: Yo sé que no he sido santo, es que no estoy hecho de cartón (Wiem, że nie byłem święty, chodzi o to, że nie jestem z kartonu). W całym tym zmieszaniu z pomocą przychodzi Marc Anthony, były mąż Jennifer Lopez, który śpiewa: Voy a reír, voy a bailar, vivir mi vida la la la la (Będę się śmiać, będę tańczyć, żyć moim życiem la la la la).



Dziewczęta, a jeśli już naprawdę nawet Marc Anthony nie pomaga i nie wiecie co zrobić, zostaje już tylko strażak. Llegó el bombero con la manguera, llegó el bombero con la manguera a mojarte entera (Przyjechał strażak z sikawką, przyjechał strażak z sikawką zmoczyć Cię całą).



Smutki emigranta

Nieważne, gdzie się mieszka, powrót z wakacji jest zawsze ciężki. Jakkolwiek człowiek nie kochałby swojej pracy, przecież i tak docenia uroki odpoczynku. Jeszcze jak się mieszka na emigracji, sprawa się co nieco komplikuje. A jeśli jeszcze mieszka na emigracji tuż przy plaży, no to już w ogóle pomieszanie z poplątaniem. Z wakacjami kojarzą się chłodne mgliste poranki, chrzęst opadłych jesiennych liści pod butem, listopadowy deszcz, bo plażę i słońce podziwia się zazwyczaj w drodze do roboty.

Taka, dajmy na to Polska, jak się do niej przyjedzie na wakacje, jawi się człowiekowi jako fantastyczny kraj (do życia też była niczego sobie, nie narzekam, a przynajmniej nie za wiele). Pięknie, zielono, jedzenie pyszne, oscypki, fale Bałtyku i hejnał mariacki. Później zaś po powrocie – w moim przypadku na Wyspy Kanaryjskie – człowiek emigrant rozpakuje walizkę, powiesi na lodówce pamiątkowy magnes i ogarnia go ogromna nostalgia za ojczyzną. Ból, smutek i żal. Niczym nieutulone. Jak nie przymierzając u Słowackiego, Mickiewicza i Norwida. A może jeszcze silniejsze, bo przecież wiadomo, że kreacja literacka robi swoje.

Mieszkając za granicą człowiek emigrant z Polski uświadamia sobie bowiem, że kilka rzeczy, miejsc i zjawisk przyrodniczych jest niezbędnych do życia. I że, o dziwo te rzeczy, miejsca i zjawiska przyrodnicze nie występują na całym świecie. Długo by tu wyliczać, byle by wspomnieć o zieleni, o zielonej trawie, drzewach, lasach, bujnych liściach i – to już prawdziwy hit – szumiących na wietrze liściach. Tego szumu szuka później człowiek emigrant jak obłąkany po całym archipelagu. Do niezbędnych do życia zjawisk przyrodniczych (i miejsc) można by jeszcze zaliczyć Tatry, Beskidy, całą Małopolskę i jeszcze Bieszczady, i jeszcze Podkarpacie, nie będę się rozpisywać, macie mapę.

Za czym jeszcze tęskni człowiek emigrant? Wymienić trzeba zmiany pór roku, półmroki listopada, zapach świeżo skoszonej trawy, pierożki, herbatkę malinową, gazety po polsku w kioskach, książki po polsku, ludzie na ulicach mówią po polski, cytrynówkę lubelską i cydr, weekendowe wyprawy w góry, śpiewy z gitarą przy ognisku, tramwaj numer 22 do Nowej Huty, niemiecki sklep kosmetyczny zwany rossman. I najważniejsze, śniące się noc w noc: kiszone ogórki!
Różne tu mamy atrakcje na Wyspach Kanaryjskich, słońce, plaże każda inna, z kilkadziesiąt rodzajów piasku, owoce morza, ocean. Klimat rozpieszcza, a ostatnio nawet doszło do trzęsienia ziemi między dwiema wyspami. W ciągu ostatnich siedemdziesięciu dwóch godzin trzęsień było pięć. No nie nudzi nam się tu. Ja wiem, dodacie: co ona wygaduje, przecież w Polsce protesty, politycy mieszają i leje deszcz. Ale tych ogórków kiszonych. Tych ogórków mi żal.

Jestem kobieta pracująca. Żadnej pracy się nie boję

– Wiele rzeczy w tym kraju jest nie tak – Młody Romantyk ocenia sytuację hiszpańskiego zatrudnienia. Siedzimy sobie w jadalni dla personelu w jednym z hoteli na południu Gran Canarii. Jest przedostatni dzień mojej pracy. Po roku kończy mi się umowa i gdyby firma miała ją przedłużyć, musiałaby mi wręczyć umowę na czas nieokreślony. A tego oczywiście nie zrobi.

– Wiesz akurat w tym kraju to mimo wszystko jest całkiem dobrze. W innych jest o wiele gorzej – odpowiadam Młodemu Romantykowi. – I przypominają mi się moje podróże na Ukrainę, na Litwę, Łotwę, Estonię i do jeszcze kilku innych krajów. I jeszcze ta historia opowiedziana przez przypadkowo napotkaną kobietę na Łotwie. Pracowała w wytwórni konserw rybnych. Mówiła, że gdy przyszedł kryzys, firma przestała wypłacać wynagrodzenie, a jej miesięczną pensję stanowiły konserwy rybne.

– W innych miejscach jest gorzej, co oczywiście nie przeczy temu, że w Hiszpanii trylion rzeczy urządzonych jest nie tak – potwierdzam.

Akurat Młody Romantyk i ja jesteśmy w całkiem nie najgorszej sytuacji. Ja po przepracowanych dwu i pół roku mam prawo do bezrobocia przez minimum cztery miesiące. Kalkuluję, że będzie to około tysiąca euro na miesiąc. To wystarczająca kwota, żeby tu przeżyć, bez rewelacji, ale i bez głodowania. Zamiast więc na gwałt szukać nowej pracy mogę sobie urządzić małe wakacje. Młody, dopiero co po studiach i pierwszych praktykach, jest właśnie po raz pierwszy zatrudniony. Ale gdy miną mu cztery miesiące umowy, nie chce jej przedłużać do roku. Jego plan na najbliższe lata to bowiem jakaś fantastyczna podróż a nie obsługiwanie turystów. I tak nad ryżem i sałatką rozmawiamy sobie o sytuacji w Hiszpanii, o tym, że kryzys się skończył i o planach na przyszłość.

Raczej nie martwię się za dużo o znalezienie nowej pracy. Na południu wyspy jest dużo hoteli, które pracują w podobny sposób, umowa na rok, a później zatrudnia się kolejną osobę. Wszystko po to, by nie zatrudniać na stałe. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, jakiś procent pracowników musi mieć umowy na czas nieokreślony.

Gdy dana osoba przepracuje rok, później ta sama firma nie może jej zatrudnić przez cztery miesiące, jeśli nie chce jej dać umowy na stałe. Niektóre hotele w tym czasie oferują kontrakty na zastępstwo, a później znów na rok, na to prawo pozwala. W hotelu na Lanzarote, w którym pracowałam, sporo pracowników ze stałymi umowami firma wysyłała co roku na dwa miesiące bezrobocia. Świadczenia były mniej więcej tak wysokie jak pensja. Do tych dwóch miesięcy dodawano wakacje i robiły się trzy miesiące wolnego.

W tym systemie zawsze jest więc jakiś hotel czy firma, które szukają pracowników. Niektórzy narzekają, bo chcieliby stałą umowę i kredyt w banku. Inni się cieszą, biorą to bezrobocie i jadą sobie do Tajlandii. Choć akurat w tym przypadku muszą liczyć na łut szczęścia, żeby się nie wydało, bo jak się dostaje pieniądze od państwa, to państwo zabrania wyjeżdżania w długie podróże.

Ta nieustanna rotacja pracowników sprzyja obcokrajowcom, tym, którzy dopiero co przyjechali, łatwiej im jest gdzieś się załapać na początku. Choć oczywiście te początki nie są łatwe. W tym systemie pracowałam już dwa razy na recepcji w hotelu, jako przewodnik wycieczek i sprzedawca w centrum aloesowym.

Kryzys w Hiszpanii się skończył, na Wyspach Kanaryjskich pełno turystów a hotele pękają w szwach, Młody Romantyk jeszcze nie wie, gdzie pojedzie w podróż, ale wie, że pojedzie. Zjadłam mój ryż, a Młody swoją sałatkę. Skończył się mój przedostatni dzień w pracy.

Niech żyją paszporty i samoloty

Kliknę parę razy, trwa to kilka minut i już. Bilety na samolot kupione. Mogę podróżować, gdzie chcę, kiedy chcę. Wy też możecie. Owszem, westchnie tu wielu z was, że szef, że dzieci, że rata za dom, że silnik w aucie do wymiany, że to skomplikowane, że to nie takie proste. Racja, pewnie, że nie takie proste. Ale jeśli chcecie, możecie z tymi przeszkodami się uporać.

To niesamowite. W ciągu pięciu minut kupuję bilety na samolot, a urodziłam się w kraju, w którym trwał akurat stan wojenny i o podróżach za granicę myślało się w kategoriach ucieczki a nie relaksujących wakacji. Jeszcze trzydzieści lat temu podróż na Wyspy Kanaryjskie wydawała się przeciętnemu Polakowi abstrakcyjna niczym wyprawa na Księżyc, a teraz polskie zastępy opalają się na plażach Fuerteventury i spacerują po deptakach Gran Canarii. Moi rodzice głowili się, jakby tu przeżyć z tymi porcjami żywności na kartki, a ja głowię się, jakby tu polecieć nie tylko do Polski i Gruzji, ale jeszcze wyskoczyć na Kubę, i w weekend na Teneryfę, i do Barcelony, i jeszcze… Moja babcia pierwszy raz zobaczyła morze, gdy była po pięćdziesiątce, moi rodzice po trzydziestce, ja, gdy miałam siedem lat. Moja babcia marzyła o nowych butach, ja o nowych kontynentach.

Ściskam w ręku paszport, wsiadam do samolotu i kolekcjonuję. Kolekcjonuję zachody słońca nad oceanem, rzymski upał przy Fontana di Trevi, widoki z szosy transfogaraskiej w Rumunii, smak piwa Baltas na promie z Tallina do Helsinek, zimno z beskidzkich styczniowych wiosek i wyciągów narciarskich, marokańskie gwiaździste niebo, berlińskie ulice.

Jeżdżę, patrzę, oglądam, poznaję i wiem, że to ciągle jeszcze przywilej nielicznych. Że jestem w mniejszości. Że to luksus, niczym z mojej strony niezasłużony, iż mój kraj w ciągu tych trzydziestu lat zmienił zdanie i zamiast wysyłać mnie na wojnę, wręczył mi paszport. I tę wolność, z którą mogę zrobić, co chcę. I ciągle jeszcze nie mogę się temu nadziwić, nie umiem nad tym przejść do porządku dziennego.

Jadę więc w kolejną podróż. We wrześniu opuszczam kanaryjską bazę, będę pisać do was z Polski i Gruzji.

Bardzo zimna Polka

– Na początku to Cię nie lubiłem – krzywi się mocno. – Ale teraz już jest dobrze – wyznaje mi ni stąd ni zowąd Ekswłaściciel Knajpy w Las Palmas, a obecnie mój kolega z pracy.

No tak – myślę sobie – bo ja jestem chłodna, zdystansowana Polka z zimnego kraju, a tutaj każdy się uśmiecha częściej niż oddycha, wszyscy są sympatyczni i wszyscy do wszystkich zwracają się per kochanie.

Zatem pewnego dnia, nie tak dawno, gdy dotoczyłam się do pracy w dosyć kiepskim, a może po prostu nieentuzjastycznym humorze, Ekswłaściciel Knajpy podszedł do mnie z szerokim uśmiechem i zapytał, a co ja jestem taka dzisiaj smutna. Zmierzyłam go swoim polskim wzrokiem i odparłam:

– No a jaka mam być? – i okazało się, że tym można Kanaryjczyka mocno przestraszyć.

Gdyż, otóż, ponieważ powinnam być uśmiechnięta, sympatyczna i odpowiedzieć mu coś w stylu – no co Ty skarbie, jest super, a jeszcze teraz, gdy Cię zobaczyłam, to już w ogóle mam świetny humor.

Kanaryjczyk nie ma bowiem w zwyczaju za dużo narzekać, a już na pewno nie komuś kogo zna mało lub nie zna wcale. Dla pani w banku, pana na poczcie, kierowcy w autobusie, sprzedawcy w spożywczaku, dla ludzi napotkanych na ulicy, mijanych po drodze do pracy, dla nieznajomych, którzy pytają o drogę, dla – naprawdę, nie żartuję – osoby opalającej się tuż obok na plaży (tu nie ma plażowych parawanów!) Kanaryjczyk będzie przeważnie szalenie miły. Zatrzyma się, pomoże, podpowie, zagada, uśmiechnie się i życzy miłego dnia. Zatem, jeśli stoicie w kolejce w supermarkecie i pani się coś w kasie zablokuje albo nie będzie mogła sczytać kodu, i będziecie tak stali, i stali a kolejka będzie rosła, należy się do pani kasjerki uśmiechnąć i powiedzieć jej, żeby się nie denerwowała, bo przecież nic się nie dzieje, po czym dalej radośnie i swobodnie sobie w tej kolejce czekać. Taksówkarzowi, który wiezie was na lotnisko, należy opowiedzieć połowę swojego życia, a i on odwdzięczy się, informując was, gdzie studiują jego dzieci, ile ma wnuków i że córka wyszła za mąż za Niemca, ale mieszkają w Las Palmas, bo wiadomo. Gdy ktoś na ulicy niechcący na was wlezie, to absolutnie nie można się na niego skrzywić, tylko serdecznie uśmiechnąć i go pozdrowić. A jak ktoś się ryje przed was w kolejce, to go przepuścić i – wiadomo – uśmiechnąć się.

– Widać było, że pani za bardzo się nie zna i raczej Ci nie pomoże, ale była tak szalenie sympatyczna i urocza, że trudno się zezłościć – oceniła polska Profesorka Bellydancerka, przyglądając się moim zmaganiom w banku. – Tak, są często niekompetentni, nie da się, nie potrafią, nie mogą, odmawiają pomocy, ale z takim wdziękiem.

Wokół jest zatem sypmatycznie, miło i przyjaźnie. A do tego jeszcze wszyscy mówią do siebie czule. Cielo, cariño, mi niña, amor (dosł. niebo, kochanie, moje dziecko, kochanie).

Jaka mi niña, kiedy jestem od Ciebie starsza. I nie jestem żadne Twoje kochanie – mam czasem ochotę wypalić, ale gryzę się w język.

Bo jak ma biedny Polak – przyzwyczajony do krzywienia się, marudzenia i narzekania – to wszystko znieść? Tę niezliczoną ilość słoneczek, buziaków i kochania?

I taka sytuacja na Lanzarote. Po dziewięciu miesiącach pracy w hotelu, gdy już tę pracę zdążyłam zmienić, pewnego dnia idę sobie spokojnie przez Costa Teguise, a tu nagle spotykam znajomą z tamtego hotelu. Jak Boga kocham, przysięgam wam, ja nigdy z nią w ciągu tych dziewięciu miesięcy nawet nie porozmawiałam dłużej. Przychodziła odebrać klucze albo zostawić klucze, ja te klucze wręczałam, uśmiechałyśmy się, co tam, jak tam, co słychać, dziękuję dobrze, a to fantastycznie. A tu nagle ją spotykam i ona wpada w euforię, jakby zobaczyła księcia ze złotym trzewiczkiem wprost z bajki o Kopciuszku. I zaczyna:

– O jej, ale się cieszę, że Cię widzę! Jak tam? Co u Ciebie? I praca? I rodzina? – pyta rozentuzjazmowana, a ja nic z tego nie rozumiem. Bo przecież wiem, że wcale się nie cieszy, bo jest jej wszystko jedno i mnie jest wszystko jedno. No dobrze, fajnie, nawet miło, ale żeby aż tak?

– No powiedz, czemu ona mi tak nagadała? – opowiadam tę całą historię teraz Ekswłaścicielowi Knajpy. – Przecież to fałszywe, przecież to nieprawda, przecież jej to nie obchodzi – upieram się w mojej polskiej mentalności.

– To nie o to chodzi – tłumaczy. – Kanaryjczycy po prostu chcą, żeby była miła atmosfera, żeby było fajnie. Starają się tę miłą atmosferę wprowadzić.

I tak, dla tej atmosfery, staram się dzielnie przyjmować na klatę te wszystkie skarbeczki, buziaczki i słoneczka, które płyną w moją stronę. A jak już mi jest tak bardzo ciężko, za dużo, zbyt pięknie, to idę sobie od czasu do czasu pogadać z Niemcami. Od razu robi mi się lepiej. Ostro, szorstko, swojsko. Prawie jak w domu.

Gorąco!

Termometr w komórce pokazuje, że jest trzydzieści jeden stopni, ale kłamie bydlak, jest o wiele więcej. Ciało się roztapia, mózg się roztapia, wszystko się roztapia. Gdy otworzę drzwi balkonowe, z zewnątrz bucha powietrze jak z piekarnika, zaś wiatr przypomina podmuchy suszarki do włosów, szybko je więc zamykam i zasuwam zasłony. Klasyczna hiszpańska sjesta: leżysz na sofie półnago, starasz się nie ruszać i popijasz wodę. Czas uprzyjemniasz sobie rozmyślaniem o zimowych, mroźnych porankach, listopadowym deszczu, smaku lodów truskawkowych i o tym, jak fajnie byłoby się zapisać do klubu morsa.

Jest za gorąco na plażę, za gorąco na leżenie pod parasolem na basenie, jest po prostu za gorąco. W taki dzień radością napawa zaplanowana na dzisiaj wizyta w banku. W banku jest porządna klimatyzacja. To jedno z najchłodniejszych miejsc na całym archipelagu. – Oby była duża kolejka – przelatuje mi przez głowę, gdy roztapiam się w samochodzie po drodze do tego banku. – Będzie sobie można dłużej pobyć w chłodzie.

Następne na liście rzeczy do zrobienia są zakupy. A supermarket to dzisiaj ziemia obiecana, przechadzam się z rozkoszą między lodówkami z nabiałem, mam ochotę przytulić się do jogurtów i masła. Udaję, że szukam czegoś w głębi lodówki, wsadzam rękę, głowę – za nią idzie tors – do środka i bach, niska temperatura!

Na szczęście idę dziś po południu do pracy. Osiem godzin w klimatyzacji, co za ulga.

A może by tak na Teneryfę?

Podróż z Gran Canarii na Teneryfę mija jak z bicza strzelił. Ledwo zdążymy wypić kawę, rozsiąść się wygodnie w fotelach, a tu już zawijamy do portu w Santa Cruz. No dobrze, mija szybko, ale nie tym, którzy cierpią na chorobę morską, oni przykładają do ust papierowe torebki i snują się po pokładzie wyjątkowo bladzi. Ocean buja, przeciągam się sennie i wzdycham z ulgą – dobrze, że do nich nie należę.

Teneryfa przy pierwszym spotkaniu jest górzysta, zalesiona i miejska, port bowiem znajduje się w stolicy, która – z ładną starówką, zielona – sprawia sympatyczne wrażenie. Gdy przyjrzeć się mapie wyspy, od razu nasuwa się skojarzenie, że kształtem przypomina ona… kaczkę. W stolicy zwanej Santa Cruz jesteśmy dokładnie na wysokości głowy tej kaczki, czyli w północno-wschodniej części Teneryfy.

Te dwie główne kanaryjskie wyspy – Teneryfa i Gran Canaria – od lat toczą ze sobą bój, która jest ważniejsza. I która piękniejsza. Coś jak rywalizacja między Krakowem a Warszawą o to, które z miast powinno być stolicą albo między Wrocławiem a Krakowem o to, które jest ładniejsze.

Cały archipelag podzielony jest na dwie prowincje, przewodzą im właśnie te dwie wyspy. Jak to zazwyczaj w takich konfliktowych sprawach bywa, obie są też do siebie dosyć podobne. Zalesione, zielone i chłodniejsze na północy, gorące, skaliste i suche na południu. Na północy obsadzone małymi wioskami i miasteczkami o typowej zabudowie, zaś na południowym wybrzeżu rozsiadły się szeroko hotele i życie turystyczne kwitnie w pełni. O obu mówi się, że są małymi kontynentami albo kontynentami w miniaturze, bo wszystko można na nich znaleźć: i góry, i wybrzeże, i płaskie tereny, i piętra roślinności, i różnice klimatyczne, i nawet od czasu do czasu nieco śniegu w wyższych partiach gór. Tak właściwie można by porównywać bez końca.

Jedno jest pewne, Teneryfa ma swój niepowtarzalny urok, taki by się w niej z miejsca na zabój zakochać. Na zawsze. Co tu można zobaczyć? Oczywiście największy hit tej wyspy, znany w całej Europie wulkan El Teide, a jednocześnie najwyższy szczyt Hiszpanii liczący sobie 3 tys. 718 m n. p. m. Wspinając się wzwyż tej góry, mija się poszczególne piętra roślinności, by wyjść (wyjechać) wreszcie ponad granicę lasu i trafić do przedziwnej krainy pól lawy i skał. Kto był na Lanzarote i widział Góry Ognia, może sobie wyobrazić górne partie El Teide właśnie jako większe i bardziej rozległe przestrzenie z parku Timanfaya. Sam szczyt wygląda natomiast jak stożek wulkanu i tym przecież w gruncie rzeczy jest. Oprócz samego El Teide w bonusie są jeszcze widoki z góry na pozostałe Wyspy Kanaryjskie, z pobliskimi Gran Canarią i La Gomerą.

Będąc na wyspie nie sposób ominąć stolicy Santa Cruz i położonego nieopodal przepięknego miasteczka uniwersyteckiego La Laguna. Koniecznie trzeba przejechać wzdłuż północnego wybrzeża, odwiedzić miasteczka La Laguna, Puerto Cruz, Icod de Vinos. Pochodzić po górach, wykąpać się w oceanie, usiąść na kanaryjską kawę, zobaczyć tysiącletnie drzewo smocze oraz ogromne plantacje bananów. Warto zjechać na południowe wybrzeże, między innymi by zobaczyć imponujący klif Los Gigantes. A wracając do Santa Cruz autostradą biegnącą wzdłuż południowego wybrzeża można zjechać do małego miasteczka Candelaria by tam spróbować przysmaku typowego dla Wenezueli i Kolumbii.

Las arepas, bo o nich tu mowa przybyły na Teneryfę wraz z licznymi migrantami, którzy opuszczali rodzinne kanaryjskie strony i ruszali do Wenezueli. Później przywozili stamtąd nie tylko zarobione pieniądze, nowo poślubione żony, ale też i przysmaki. A wśród nich niewielkie okrągłe chlebki ze zmielonej kukurydzy. Serwuje się je niczym hamburgery, przecięte na pół a w środku, czego dusza zapragnie: awokado z kurczakiem, mięso niczym z węgierskiego gulaszu, paluszki krabowe i tysiąc innych rodzajów nadzienia.

Z Teneryfy człowiek wraca najedzony, opalony, zrelaksowany. A później te obrazy – bananowe pola, skaliste połacie El Teide, lasy pełne sosen, rozbijający się o brzeg ocean – na długo tkwią w głowie i nie chcą z niej wyjść.

Tysiąc wrażeń z Gran Canarii

Na południu jest gorąco i sucho. Piaszczyste wydmy, skaliste wzgórza. Wystarczy ruszyć się już trochę na północ, kilkanaście kilometrów, w rosnące coraz wyżej góry, żeby upał co nieco zelżał, na zboczach pojawiło się trochę zieleni, a w dolinie po drodze do Tejedy więcej plam.

– Tu już tak jak w innym kraju – przelatuje przez głowę myśl, gdy pełne turystów i zabudowane hotelami południowe wybrzeże znika za plecami, a przed oczami rysuje się kręta, ostra górska droga z przycupniętymi przy niej małymi kanaryjskimi wioskami. Zupełnie tu inaczej, nawet powietrze inne. Kwitnące drzewa pomarańczowe i migdałowe rozsiewają zapach po okolicy.

Im wyżej, a góry w sercu wyspy sięgają niemal dwóch tysięcy metrów, tym bardziej zielono, znikają palmy, pojawiają się sosny. Zaczyna tu pachnieć igliwiem. Gdy tylko przekroczy się najwyższy grzbiet gór, na północnych stokach krajobraz zmienia się kompletnie. Zielone łąki sprawiają wrażenie, jakby człowiek znalazł się gdzieś w Alpach, a nieco poniżej to może i nawet w Beskidach. Kręte drogi obsadzone są ogromnymi eukaliptusami. To znów zupełnie inne miejsce.

Na odległości czterdziestu, pięćdziesięciu, sześćdziesięciu kilometrów pejzaż zmienia się nie do poznania, zmienia się klimat. Gdy na dole, na wybrzeżu praży słońce, przez góry przewalają się gęste mgły. Z suchego południa, przez szczyty trasa wiedzie do miasteczka Firgas, które słynie z wód mineralnych.
Można stąd odbić na południowo-wschodni kraniec wyspy i dotrzeć do stolicy – Las Palmas de Gran Canaria. Miasto łączy w sobie dzielnice o kompletnie różnym charakterze. Starówka pamięta jeszcze czasy średniowiecza, boczne dzielnice zabudowane wielkimi blokowiskami turystom przypominają o dziwo architekturę socjalistyczną, te same ogromne brzydkie bryły, w których w małych klitkach upycha się mieszkańców.

Spacerując po obrzeżach starówki, wychodzi się na zabudowane niewielkimi domami wzgórza. I tak przechodząc ulicę, można się przenieść nagle niczym z dużego europejskiego miasta wprost do marokańskiej wioski. Tak Europa miesza się tu z Afryką bez wyraźnie zaznaczonej granicy.

W ciągu jednego dnia, przemierzając niewielką wyspę o powierzchni niewiele ponad tysiąc pięćset kilometrów kwadratowych, można zobaczyć nieprzebraną mnogość krajobrazów, poczuć się niczym w kilku zupełnie innych krajach. To coś w Europie niespotykane, gdzie trzeba przejechać setki kilometrów by zobaczyć taką zmianę.

A można tu przecież jeszcze z Las Palmas pojechać na przeciwległy północno-zachodni skrawek wyspy do zabudowanego białymi domami – niczym na Lanzarote – Agaete, skąd odpływają promy na Teneryfę. I jeszcze pozostają nieodkryte te wszystkie piaszczyste, z czarnym, szarym, białym piaskiem oraz kamieniste plaże. I górskie wąwozy, i ukryte w sercu wyspy zapory wodne, i sosnowe gęste lasy, i ogromny wulkaniczny krater, i jeszcze, i jeszcze, i jeszcze. Od kolorów, wrażeń, zapachów i barw kręci się w głowie.