Archiwa kategorii: między wyspami

A może by tak na Teneryfę?

Podróż z Gran Canarii na Teneryfę mija jak z bicza strzelił. Ledwo zdążymy wypić kawę, rozsiąść się wygodnie w fotelach, a tu już zawijamy do portu w Santa Cruz. No dobrze, mija szybko, ale nie tym, którzy cierpią na chorobę morską, oni przykładają do ust papierowe torebki i snują się po pokładzie wyjątkowo bladzi. Ocean buja, przeciągam się sennie i wzdycham z ulgą – dobrze, że do nich nie należę.

Teneryfa przy pierwszym spotkaniu jest górzysta, zalesiona i miejska, port bowiem znajduje się w stolicy, która – z ładną starówką, zielona – sprawia sympatyczne wrażenie. Gdy przyjrzeć się mapie wyspy, od razu nasuwa się skojarzenie, że kształtem przypomina ona… kaczkę. W stolicy zwanej Santa Cruz jesteśmy dokładnie na wysokości głowy tej kaczki, czyli w północno-wschodniej części Teneryfy.

Te dwie główne kanaryjskie wyspy – Teneryfa i Gran Canaria – od lat toczą ze sobą bój, która jest ważniejsza. I która piękniejsza. Coś jak rywalizacja między Krakowem a Warszawą o to, które z miast powinno być stolicą albo między Wrocławiem a Krakowem o to, które jest ładniejsze.

Cały archipelag podzielony jest na dwie prowincje, przewodzą im właśnie te dwie wyspy. Jak to zazwyczaj w takich konfliktowych sprawach bywa, obie są też do siebie dosyć podobne. Zalesione, zielone i chłodniejsze na północy, gorące, skaliste i suche na południu. Na północy obsadzone małymi wioskami i miasteczkami o typowej zabudowie, zaś na południowym wybrzeżu rozsiadły się szeroko hotele i życie turystyczne kwitnie w pełni. O obu mówi się, że są małymi kontynentami albo kontynentami w miniaturze, bo wszystko można na nich znaleźć: i góry, i wybrzeże, i płaskie tereny, i piętra roślinności, i różnice klimatyczne, i nawet od czasu do czasu nieco śniegu w wyższych partiach gór. Tak właściwie można by porównywać bez końca.

Jedno jest pewne, Teneryfa ma swój niepowtarzalny urok, taki by się w niej z miejsca na zabój zakochać. Na zawsze. Co tu można zobaczyć? Oczywiście największy hit tej wyspy, znany w całej Europie wulkan El Teide, a jednocześnie najwyższy szczyt Hiszpanii liczący sobie 3 tys. 718 m n. p. m. Wspinając się wzwyż tej góry, mija się poszczególne piętra roślinności, by wyjść (wyjechać) wreszcie ponad granicę lasu i trafić do przedziwnej krainy pól lawy i skał. Kto był na Lanzarote i widział Góry Ognia, może sobie wyobrazić górne partie El Teide właśnie jako większe i bardziej rozległe przestrzenie z parku Timanfaya. Sam szczyt wygląda natomiast jak stożek wulkanu i tym przecież w gruncie rzeczy jest. Oprócz samego El Teide w bonusie są jeszcze widoki z góry na pozostałe Wyspy Kanaryjskie, z pobliskimi Gran Canarią i La Gomerą.

Będąc na wyspie nie sposób ominąć stolicy Santa Cruz i położonego nieopodal przepięknego miasteczka uniwersyteckiego La Laguna. Koniecznie trzeba przejechać wzdłuż północnego wybrzeża, odwiedzić miasteczka La Laguna, Puerto Cruz, Icod de Vinos. Pochodzić po górach, wykąpać się w oceanie, usiąść na kanaryjską kawę, zobaczyć tysiącletnie drzewo smocze oraz ogromne plantacje bananów. Warto zjechać na południowe wybrzeże, między innymi by zobaczyć imponujący klif Los Gigantes. A wracając do Santa Cruz autostradą biegnącą wzdłuż południowego wybrzeża można zjechać do małego miasteczka Candelaria by tam spróbować przysmaku typowego dla Wenezueli i Kolumbii.

Las arepas, bo o nich tu mowa przybyły na Teneryfę wraz z licznymi migrantami, którzy opuszczali rodzinne kanaryjskie strony i ruszali do Wenezueli. Później przywozili stamtąd nie tylko zarobione pieniądze, nowo poślubione żony, ale też i przysmaki. A wśród nich niewielkie okrągłe chlebki ze zmielonej kukurydzy. Serwuje się je niczym hamburgery, przecięte na pół a w środku, czego dusza zapragnie: awokado z kurczakiem, mięso niczym z węgierskiego gulaszu, paluszki krabowe i tysiąc innych rodzajów nadzienia.

Z Teneryfy człowiek wraca najedzony, opalony, zrelaksowany. A później te obrazy – bananowe pola, skaliste połacie El Teide, lasy pełne sosen, rozbijający się o brzeg ocean – na długo tkwią w głowie i nie chcą z niej wyjść.

Koniecznie pojedźcie na Lanzarote

Kręcąc się po różnych miejscach, tu i tam, zwiedzając Gran Canarię, plątając się po Fuerteventurze i mając w pamięci obrazki z Europy, dochodzę do wniosku – w życiu przynajmniej raz trzeba się wybrać na Lanzarote. Nie chodzi już o same wulkaniczne pejzaże, ani o park narodowy Timanfaya, gdzie ziemia jest ciągle gorąca i można sobie zjeść kurczaka upieczonego na żarze buchającym z jej wnętrza. Nie chodzi nawet o same plaże – białe, czarne, z kilkudziesięcioma rodzajami piasku, do wyboru, do koloru. Ani też o rozpieszczający przez cały rok klimat. Na Lanzarote udało się coś, o co trudno na całym świecie – została uratowana od brzydoty.

Gdziekolwiek by się nie zjawił na świecie tzw. cywilizowany człowiek, tam zawsze wybuduje coś brzydkiego. W najpiękniejszych miejscach, jakie stworzyła przyroda, znajdzie się jakiś paskudny hotel, szkaradny budynek-pudełko, coś dziwnie niepasującego do reszty, w dziwnych kolorach, kiczowate, postawione nie tak. Wie o tym każdy, kto spacerował po centrum Warszawy, wybrał się na wakacje do Zakopanego albo wyściubił nos poza krakowskie Stare Miasto. Nie jest to zresztą tylko polska przypadłość, na tzw. Zachodzie, czyli mitycznej krainie, w której – jak wierzymy nad Wisłą – wszyscy żyją dostatnio, bogato, radośnie, mają wysokie emerytury w euro i mądre rządy, otóż i tam pełno jest brzydoty. Brzydoty architektury, brzydoty powołanej do życia ludzką ręką, brzydoty bezkształtnych budynków, pstrokatych reklam, fikuśnych krasnali przy drodze, pseudopałacyków, chaosu, bałaganu i braku dobrych pomysłów.

Na tym tle Lanzarote wydaje się miejscem niezwykłym, ziemią obiecaną. Oczywiście nie w stu procentach, ale jeśli wpadliście tu z Radomia albo Wałbrzycha, to tych lanzarockich niedociągnięć nie uda się wam dostrzec. Niemal cała wyspa zabudowana jest na biało, architektura jest idealnie wkomponowana w krajobraz, jasne domy na czarnych wulkanicznych skałach malują niezapomniany pejzaż. To zasługa pracującego w lokalnej administracji Jesusa Soto oraz architekta i artysty Cesara Manrique.
Jesus Soto od 1965 roku pełnił funkcję maestro artístico w urzędzie zawiadującym wyspą. Po polsku powiedzielibyśmy, że był plastykiem miejskim, z tym, że zajmował się nie tylko stolicą, ale całą Lanzarote. Miał głowę pełną odważnych pomysłów, przeprowadzał szereg projektów, odpowiadał m.in. za przygotowanie jaskini Cueva de los Verdes dla zwiedzających. To właśnie Soto zaproponował by ściągnąć na Lanzarote mieszkającego wówczas w Nowym Jorku i słynnego w świecie sztuki Cesara Manrique. Sława Manrique miała działać jak magnes przyciągający gości na debiutującą w przemyśle turystycznym wyspę. Jesus Soto miał w tej kwestii absolutną rację, do dziś nazwisko Manrique jest jednym z symboli i znaków rozpoznawczych promujących wyspę, marka „made by Manrique” to idealny chwyt marketingowy.

Z jednej strony pracujący dla urzędu plastyk, z drugiej strony znany artysta, do tego jeszcze skupiona wokół nich grupa ludzi zadbała nie tylko o rozwój turystyczny wyspy, ale także o estetykę. Wprowadzono regulacje dotyczące architektury – by budować białe, niewysokie domy, zgodnie z duchem tradycyjnej architektury i dopasowując budynki do czarnego, wulkanicznego krajobrazu. Zabroniono stawiania wieżowców, jedyny na całej wyspie wysoki hotel znajduje się w stolicy wyspy. Efekty tych działań każdy może zobaczyć na własne oczy.

Zawsze gdy plączę się po zakamarkach Lanzarote, gdy trafiam do wiosek wyglądających jak z architektonicznych żurnali, zastanawiam się, jak by to było u nas. Wyobraźcie sobie, że taki polski Soto z polskim Manrique powiedzieliby gdzieś w Zakopanem albo Poroninie: „słuchajcie chłopaki, od dziś budujemy tylko z drewna, nie wyżej niż dwa piętra, nikt się nie wyróżnia i nie wolno na różowo.” Ciekawe, czy by to przeszło.

Inny świat

W jaki sposób można się w ciągu dwóch godzin przenieść z pustyni do gęstego lasu? Trzeba wsiąść na prom z Fuerteventury na Gran Canarię. Fuerteventura: sucha, kamienista, z wydmami w północnej i południowej części. Gran Canaria: także z wydmami na południu, ale z górami i zalesiona w centralnej części.

Wprawa wygląda tak. Wsiadam rano w samochód w Corralejo, na północnym krańcu Fuerteventury i zjeżdżam ponad sto kilometrów na południe wyspy, do portu w miasteczku Morro Jable. Po drodze mijam Parque Natural de las Dunas, szeroki pasm wydm ciągnący się wśród oceanu oraz malpaís, czyli praktycznie pozbawione roślinności pola lawy. I tylko kurorty turystyczne obsadzone są palmami, w nich można szukać trochę zieleni.

Pierwszą różnicę między obiema wyspami można dostrzec już, gdy prom zbliża się do portu na Gran Canarii. Widać to sporą metropolię, to stolica wyspy Las Palmas de Gran Canaria, dziewiąte w Hiszpanii miasto pod względem liczby ludności. Dla oczu przyzwyczajonych do pustki i przestrzeni Fuerteventury to niesamowity widok. Z Las Palmas można szybko dojechać w góry, najwyższy szczyt Pico del las Nieves ma 1949 m n. p. m. Po drodze, przy krętych serpentynach rosną kasztany. Do Tejedy, miejscowości, w której mamy nocować, zajeżdżamy w letnich ciuchach, na Fuerteventurze był przecież upał. Tymczasem na miejscu wita nas zimne, górskie powietrze, na straganach w Tejedzie niczym w Zakopanem turyści kupują wełniane swetry. Przydałaby się czapka i rękawiczki – myślę.

Trudno jest nie porównywać. Pusta Fuerteventura i tętniąca życiem Gran Canaria. Z jednej strony wyspa, gdzie czasem łatwiej spotkać kozę niż człowieka, z drugiej kulturalne centrum. Krajobraz niczym z Sahary czy południowego Maroka i górskie wioski jak w Karpatach.

Ale Gran Canaria to nie tylko te góry w centralnej części wyspy, ale także południe o zupełnie innym obliczu, z nadmorskimi kurortami, plażami, wydmami – Dunas de Maspalomas, miejsce o suchym, gorącym klimacie w przeciwieństwie do wilgotnej, żyznej północny. Mówi się o Gran Canarii, że to kontynent w miniaturze i nie ma w tym stwierdzeniu żadnej przesady. W tym samym czasie, gdy turyści opalają się na plażach południa, na Pico de las Nieves może spaść śnieg.

I na wyspie, na której jest wszystko, jednego tylko brakuje. Wyrwani z pustyni Fuerteventury, przyzwyczajeni do upału, po całym dniu w górach na Gran Canarii, wymarzliśmy potwornie. Po takim dniu, niczym na stokach w Austrii, człowiekowi marzy się ciepłe, wspaniałe, aromatyczne, korzenne grzane wino. Żebyście widzieli minę kelnerki w Tejedzie, gdy usłyszała pytanie o to grzane wino. Zdawało się, że jesteśmy barbarzyńcami, którzy proszą o najbardziej obrzydliwą rzecz pod słońcem. Jak to? Podgrzewać wino???