Archiwa kategorii: między narodami

Niech żyje multikulti

Jadę do pracy. Poranne zebranie prowadzi szef, który jest w połowie Duńczykiem, w połowie Hiszpanem, a mówi z akcentem iście kanaryjskim. Na zebraniu oprócz mnie jest jeszcze druga Polka, dwoje Kanaryjczyków, pół Kanaryjczyk, pół Niemiec i do tego jeszcze Argentyńczyk. Taka ekipa zaczyna o ósmej rano, o dwunastej w południe przychodzi jeszcze Kubanka i pół Francuzka, pół Żydówka, wychowana we Francji. O szesnastej, gdy ja wychodzę z pracy, przychodzi druga zmiana – w grupie jest między innymi Francuz, Węgier i Kanaryjka. Tak się składa, że Włoszka oraz pół Niemka, pół Finlandka, która notabene wyszła za mąż za Serba (jakiej narodowości są ich dorosłe już dzieci???), mają dzisiaj wolne. Ale za to w dziale public relations siedzą Hiszpan, Włoch i Czeszka. Kiedy chwilowo nie ma ruchu i nie trzeba się zajmować turystami, przychodzi boy hotelowy z Mauretanii. Uczy mnie trochę arabskiego. Jest czarny, jest muzułmaninem, ja jestem biała i z katolickiego kraju, świetnie się dogadujemy.

Wychodzę z pracy. Wracam do domu taksówką, bo akurat auto mi nie działa. Taksówkarz jest z kraju Basków i nie wiedzieć czemu, z Baskami zawsze znajduję wspólny język. Ucinamy sobie miłą pogawędkę. W mieszkaniu siedzi współlokatorka, pochodzi z Walii. Za chwilę wpada jej chłopak, on akurat jest z Mołdawii. Czasem z nim pogadam moim łamanym rosyjskim, mołdawskiego za nic nie rozumiem. Na piwo umówiłam się dziś z Włoszką.

Tak się na co dzień mieszamy z tymi narodowościami. I nikt nie ma ochoty się z tego powodu wysadzać w powietrze. Niech żyje multikulti! Niech żyją Wyspy Kanaryjskie!

Wyluzowany jak Kanaryjczyk

Siedzę sobie na Gran Canarii, konkretnie na południu wyspy, w turystycznym kurorcie Playa del Inglés. Siedzę sobie na balkonie jednego z budynków, nieopodal plaży. Sytuacja wygląda mniej więcej tak: świeci słońce, od czasu do czasu po niebie przepływają chmurki, jest gorąco, leniwie, spokojnie, turyści idą nad ocean, rozmowy po niemiecku plączą się z rozmowami po włosku. Ktoś chlapie i pluska w basenie obok, ktoś zaparkował na ulicy przy moim balkonie, wysiadł z auta i trzasnął drzwiami. Popijam łyk kawy, wciągam głęboko powietrze do płuc, gapię się przez chwilę na rosnącą naprzeciw wysoką sosnę i włączam internet. A tam…

…wyniki wyborów w Polsce. I zamęt, i emocje, i gniew, i wielkie zdziwienie, i koniec świata, i armagedon wylewają mi się z komputera, aż muszę co chwila przecierać ekran i uchylać głowę, żeby mnie nie rąbnęło. A trzeba przyznać siecze ostro. Niektórzy łapią się za głowę i pytają, kto ich wybrał, inni krzyczą, kto ich nie wybrał? Niektórzy się cieszą, inni chcą się pakować, a jeszcze inni mówią, że teraz będą rządzić złodzieje tyle, że z inną gębą. Niektórzy biegną do apteki wykupić zapas prezerwatyw na cztery lata, bo wierzą, że zostaną zakazane, inni widzą nadlatujące kaczki, inni apelują: „Polacy, obudźcie się!”, reszta sadzi brzozy. Według jednych nastanie teraz pokój, dobrobyt i szczęśliwość wieczna, według innych strach się bać. Dużo pada słów, tych brzydkich i jeszcze brzydszych, jedni o drugich mówią, że naiwniacy, pacholęta i matoły, pociski padają z obu stron, a może stron jest więcej, tego jeszcze nikt nie wie. I dużo tych słów na k… i na ch…, i – jak mawiała moja polonistka z podstawówki – tę męską część ciała, gdy ją chcemy napisać brzydko, to przez „ch”, a nie samo „h”. Dlaczego? Bo przez „ch” dłuższy!

Czytam to, i czytam, i myślę sobie, że się chyba już „kanaryzuję” (polonizować, kanaryzować). Bez względu na to, czy wygrywają ci, których lubię, czy ci, których nie cierpię, nie wzbudza to we mnie już takich emocji. Jeszcze parę lat temu krzyczałabym, coś w stylu: „Polacy, obudźcie się” albo „nareszcie mamy dobry rząd”, a dziś wzruszam sobie tylko ramionami. Jeszcze dwa lata temu, na Fuerteventurze podczas rozmowy z kierowcami autobusów – piliśmy kawę na wydmach, czekając na turystów – przytaczałam tysiąc argumentów na obronę mojej tezy i stawałam na głowie, żeby wyszło na moje. Jeden z tych kierowców spojrzał na mnie ze spokojem i odparł:

– Ty to zawsze tak dyskutujesz, jakbyś miała wojnę wygrać.

– No jasne – odparłam. – Bo ja z Polski jestem. My zawsze musimy wygrać wojnę.

A dzisiaj patrzę na te rozemocjonowane reakcje po wyborach i myślę sobie, czemu oni się tak pienią, o co im chodzi. Wygrali ci, których nie lubię? Dobrze, może ja nie, ale inni mają swoje święte prawo ich lubić, mają swój punkt widzenia i swoje argumenty. Że teraz jakiś polityk powie coś głupiego w telewizji? A ktoś widział kiedyś telewizję bez głupio gadających polityków? Wzruszę sobie ramionami i będę robić swoje.

Życie na emigracji pokazuje też jedną ważną rzecz. Naprawdę nasz polski cyrk, nie jest najbardziej absurdalny, ani cyrkowy. Niedawno odbyło się ostatnie posiedzenie hiszpańskiego parlamentu przed nachodzącą kampanią i wyborami. Szef rządu, Mariano Rajoy, wychodząc po obradach, na korytarzu natknął się na stado dziennikarzy. Ci, jak to dziennikarze, obskoczyli go i biegnąc wokół, rzucali pytania. Rajoy, wyraźnie zirytowany, nic na te pytania nie odpowiedział, tylko palnął sobie pod nosem – a jednocześnie wystarczająco głośno, by złapały to kamery – Joder! Esto es increíble. (Kur…a! To jest niemożliwe). I tak drodzy państwo Hiszpanie uczą Polaków jak się przechodzi do historii.

Kwadratowa mentalność

Stolica wyspy, Arrecife, lato 2012, na samym początku mojego pobytu na Kanarach. Idziemy z Hiszpanem przez ulice miasta i gdzieś między kawiarnią a bankiem – Hiszpan zawsze wybierał się do Arrecife na kawę i do banku – jest księgarnia. Przechodzimy koło tej księgarni – o! – myślę – może tu mogłabym pracować. Super, zawsze to jakaś praca z książkami, plus minus odpowiednia dla humanistycznego mózgu.
- Ej, patrz, tu zostawię CV – mówię do Hiszpana. – Fajnie byłoby pracować w księgarni.
- Co Ty nie, nie ma sensu – odpowiada. – Tutaj na pewno nie dostaniesz pracy. Ta księgarnia od lat należy do jednej kanaryjskiej rodziny. Prowadzi ją ojciec z dwoma synami – peroruje.
Latem 2012 roku wysłuchałam wiele podobnych porad i historii od różnych osób.
- Zapomnij. Nie da się. Jesteś na wyspie, tu wszystko działa inaczej. Ten biznes należy do kanaryjskiej rodziny, oni nie przyjmują ludzi z zewnątrz. Nie jesteś stąd. Zapomnij. Tam chcesz pracować??? Pfff! Nie da się!!!!!!!! – powtarzali wszyscy wokół.
- Ale przecież mogę spróbować – dyskutowałam z Hiszpanem, nie dając za wygraną. – Co mi szkodzi spróbować, ileż to kosztuje wejść tam i zostawić CV.
- Nie ma sensu – powtarzał. – To rodzinna księgarnia już od kilkudziesięciu lat. Tu nie przyjmują osób z zewnątrz.
- Ale dlaczego nie mogę nawet spróbować??? – już podnosiło mi się ciśnienie od słuchania, że się nie da.
- Jesteśmy na małej wyspie – tłumaczył coraz bardziej wkurzony. I że rodziny stąd trzymają się razem. I że trzeba znać tego i owego, żeby dostać się tu i tam. I że to, siamto i owamto działa tutaj nieco bardziej elastycznie, według innych reguł. I że owszem, może w prawie, może w ustawach lokalnego parlamentu powinno być tak i tak, ale w życiu to różnie bywa i nieważne, że taki na przykład urząd, niby powinien rozpisać przetarg na – dajmy na to – zakup nowych ławeczek na deptak, ale burmistrz może zna kogoś innego i bardziej go lubi itd. itp. – Tu jest bardziej elastycznie – mówił i mówił.
- No to trzeba to zmienić! – szczerze wystąpiłam w obronie demokracji, przejrzystości finansów publicznych i zasad zdrowej konkurencji. – I czemu nie mogę zostawić CV w księgarni??? Może tym razem akurat zatrudnią kogoś obcego?
Bardzo trudno było się znaleźć w środowisku, które nie powtarzało ciągle – spróbuj, najwyżej się nie uda, ale warto. Po 1989 roku w Polsce, czyli od kiedy zaczynałam podstawówkę, nie słyszałam nic innego, jak tylko – spróbuj!, a co się mówiło wcześniej, to nie pamiętam. Chcesz wygrać szkolną olimpiadę? Ucz się. Chcesz zobaczyć wschód słońca z Kasprowego? Zapieprzaj pod górę. Chcesz opublikować swój pierwszy artykuł w lokalnej gazecie? Biegaj przez trzy miesiące za redaktorem naczelnym, nalegając, żeby przeczytał i oglądaj jego plecy, gdy zwiewa przed tobą i jego prawą dłoń, którą macha nad ramieniem, rzucając – jutro, dzisiaj nie mam dziś czasu. I do tego jeszcze ta Polska Szefowa, dla której nieważne było, że akurat jest północ i radny X spełnia właśnie marzenie swojego życia i wspina się na piąty szczyt w Himalajach i że nie ma sensu do niego dzwonić, bo i tak nie odbierze, by opowiedzieć, czy wiedział, czy nie wiedział o przekrętach radnego Y, wiatr w Himalajach silny wieje, a on na kolegę nie będzie przecież donosił. Polskiej Szefowej to nie interesuje, bo jak nie spróbujesz, to się przecież nie dowiesz.
- No tak, typowo polskie podejście: sprawy niemożliwe załatwiamy od ręki, na cuda trzeba chwilę poczekać – kwituje zawsze Moja Rodzicielka.
I wzrasta sobie człowiek i dojrzewa w tym „American dream”, a tu jakiś Hiszpan, na jakiejś wyspie, pod jakąś palmą, mówi ci, że się nie da.
- Gdzie ja mam w końcu szukać tej pracy, skoro nigdzie nie ma sensu? – wybuchnęłam.
- Kwadratowa mentalność! – wyparował, a ja odwróciłam się obrażona i biegnąc na oślep przez Arrecife, zastanawiałam się: czy on mnie obraża? I co to do cholery jest ta kwadratowa mentalność?
- Ja to zawsze traktuję jak komplement, gdy ktoś się do mnie tak zwraca – powtarza zawsze Niemiecki Blondyn, przewodnik, z którym pracowałam latem 2013 roku. A on, jako Niemiec, musiał się tego nasłuchać, bo to właśnie na Niemców wymyślili Hiszpanie to określenie. Mentalność, tudzież głowa kwadratowa, to synonim tego niemieckiego poukładania, żelaznego „ordung”, jak tak ma być, to ma tak być i koniec. To coś zupełnie przeciwnego tej słynnej hiszpańskiej pasji i emocjonalności, zaś w sprawach administracji państwowej burdelu lub elastyczności, każdy sobie to określa jak tam chce. Mnie jako Polce, dostało się trochę rykoszetem, bo na Polaków tak się tu nie mówi. A o Polsce, co tu się mówi o Polsce?
- Daleko i zimno!