Archiwa kategorii: klimatycznie

Pada deszcz

No i wreszcie nadeszły te dni. Deszczowe. Na Wyspach Kanaryjskich pada niezwykle rzadko, ale jednak i tu czasem się zdarza. Jak to ma miejsce obecnie, gdzieś nad oceanem toczy się prawdziwa nawałnica, a my tu na wyspach dostajemy rykoszetem.

Zazwyczaj deszcz to okazja, by wprowadzić stan wyjątkowy. Lokalne władze informują o zagrożeniach. Gdy silne opady trwają ponad pół godziny, to już zazwyczaj początek klęski żywiołowej. Tu trzeba jednak przypomnieć, że Kanaryjczycy są na deszcz wyjątkowo nieprzygotowani, więc nie potrzeba wiele by pozalewało wioski i miasteczka. Jak będziecie na Lanzarote, poszukajcie kiedyś chociaż jednej rynny. Może gdzieś jest. Mnie do tej pory nie udało się znaleźć.

Lokalna administracja przypomina dzisiaj na łamach prasy by m. in. zamykać okna i drzwi, aby woda nie przedostała się do wnętrz. Należy także zrezygnować z wybierania się na wycieczki oraz kemping. Szczególnie ostrożni muszą być kierowcy. Powinni zredukować prędkość i jeśli deszcz zastanie ich, gdy akurat będą w trasie, nie mogą zapomnieć o tym, by pozamykać w samochodzie okna i drzwi. To o zamykaniu okien wydaje mi się szczególnie ważne. Na Kanarach pada tak rzadko, że przeciętny kierowca mógłby przecież nie zauważyć, że właśnie leje mu się woda do środka i już zdążył zmoknąć.

Choć deszcze zapowiadane były od niedzieli, w Las Palmas na Gran Canarii jeszcze się nie pokazały. Wczoraj wieczorem padał taki drobny kapuśniaczek, a nawet jeszcze mniej niż kapuśniaczek. Wiecie taki deszcz, kiedy to nie wiadomo, czy rozkładać parasolkę czy nie i samych siebie pytacie: ale pada, czy nie pada? Jednak dziewczyny w szkole tańca doniosły, że w innych rejonach wyspy deszcz był. Polacy na Lanzarote widzieli nawet tęczę. Póki co największe opady spodziewane są na Teneryfie, według prognoz dziś nawet w ciągu godziny w Santa Cruz może spaść nawet 30 litrów na kilometr kwadratowy. Ponoć popada też w centrum i na południu Gran Canarii.

Tak więc siedziałyśmy wczoraj w Las Palmas w szkole tańca, już po lekcji i po tym niby deszczu. Godzina dziewiąta wieczorem, dwadzieścia dwa stopnie, ciepło, nic nie zapowiada żywiołowych klęsk. My w Polsce nazywamy to ładną pogodą, na Kanarach zaś mamy sytuację wyjątkową. Jedna z tancerek obuła się w sięgające do kostek gumiaki, czym wzbudziła niemałą sensację.

– Ale masz fajne buty – zachwycały się dziewczyny, a mnie przez głowę przeszła myśl, po co komuś gumiaki na Wyspach Kanaryjskich. Chyba przydają się równie często jak japonki Eskimosom.

Znowu jest pięknie

Znowu jest pięknie. Na całej Gran Canarii, od wydm na południu, poprzez górzyste centrum aż po skaliste północne wybrzeże fantastyczna pogoda. Świeci słońce, jest około trzydziestu stopni i nie wiadomo, czy bardziej błękitne jest niebo czy ocean.

– Jaki cudowny dzień – zachwyca się Kanaroniemiec, który właśnie wrócił z Niemiec, gdzie marzł przez tydzień. (No, no, nie chodzi o to, że aż tak bardzo tam cierpiał. Przez cały tydzień zajadał się pysznymi frankfurterkami, więc w skali szczęśliwości wyszedł na swoje). Idziemy deptakiem wzdłuż słynnej plaży Las Canteras w stolicy wyspy.

– Niesamowity – przytakuję i myślę sobie, że to faktycznie jeden z najpiękniejszych dni, jakie widziałam w Las Palmas. Takie nasilenie błękitów, nasycenie barw, że nie można się nadziwić, wydaje się, że nawet powietrze jest kolorowe. Gorąco, ale lekki wiatr, który wieje od oceanu, przyjemnie chłodzi. Ludzie wylegują się na plaży, przesiadują w knajpach.

Od kilku dni na całym archipelagu jest podobnie. Po trzydzieści, czterdzieści stopni, pogoda by plażować i cieszyć się życiem. I generalnie tak nam życie upływa: w tak pięknych okolicznościach przyrody. Nie będę się rozpisywać o tym, że gdy wokół jest ładnie, człowiek czuje się szczęśliwszy, ani o wpływie witaminy D na nastrój i że potrzeba słońca, by organizm mógł tę witaminę zsyntetyzować. To są rzeczy oczywiste. I jedną z myśli, która przebiega człowiekowi przez głowę, gdy codziennie rano zmierza do pracy, jest: jaki piękny dziś dzień. Znowu piękny dzień.

Ale… Nie bylibyśmy Polakami, gdybyśmy nie dopatrzyli się jakiegoś ale. Wszystko cudnie, ładnie, jednak czasem w ciągu roku, niezwykle rzadko, zdarzają się gorsze dni. Bywa, że nie ma słońca i przez cały dzień jest zachmurzone, bywa, że tak ze trzy razy do roku spadnie deszcz. Że w ciągu całego słonecznego roku, akurat jeden tydzień jest deszczowy. A tu pech, że akurat w takim tygodniu przylatuje rodzina. Człowiek musi potem za cały archipelag oczami świecić i tłumaczyć się rodzinie po co kazał tych kremów przeciwsłonecznych nazwozić, kiedy słońca akurat nie widać.

No i co ja mam tym znajomym powiedzieć, którzy byli tu tydzień temu? Spędzili jeden dzień w Las Palmas, akurat było trochę zachmurzone a na słynnej plaży Las Canteras był odpływ. Ocean pachniał oceanem intensywniej, jak to ma w zwyczaju podczas odpływu (chyba chodzi o to, że śmierdziało rybami), no i rzeczywiście nie zachęcał do kąpieli. Zimno było jak na październik, tylko dwadzieścia stopni. Ci znajomi spędzili w Las Palmas jeden dzień i już, olaboga, na zawsze będą myśleć, że na plaży okrzykniętej jedną z najpiękniejszych miejskich plaż na całym globie, jest kiepsko.

A ci znajomi, którzy jesienią 2014 roku trafili na najbardziej deszczowy tydzień najbardziej deszczowego listopada. Którzy, przypływając promem z Lanzarote na Fuerteventurę, porządnie zmokli. I swój pierwszy wieczór na Fuercie spędzili, no na tarasie wprawdzie, ale pod dachem, bo akurat był rzęsisty, porządny deszcz, lało jak w Polsce, nie przymierzając.

I jeszcze turyści, którym podczas zameldowania w hotelu, powtarzałam w kółko, że tutaj nie pada. A tu nagle, następnego dnia rano, bach, deszcz!

Ale teraz wszystko znów w normie, cudnie jest na plaży w Las Palmas. Jest pięknie, żyć się chce.

Jednak, żeby nie było, że tak idealnie. W tak pięknych okolicznościach przyrody muszę zabrać się znów za naukę niemieckiego.

Gorąco!

Termometr w komórce pokazuje, że jest trzydzieści jeden stopni, ale kłamie bydlak, jest o wiele więcej. Ciało się roztapia, mózg się roztapia, wszystko się roztapia. Gdy otworzę drzwi balkonowe, z zewnątrz bucha powietrze jak z piekarnika, zaś wiatr przypomina podmuchy suszarki do włosów, szybko je więc zamykam i zasuwam zasłony. Klasyczna hiszpańska sjesta: leżysz na sofie półnago, starasz się nie ruszać i popijasz wodę. Czas uprzyjemniasz sobie rozmyślaniem o zimowych, mroźnych porankach, listopadowym deszczu, smaku lodów truskawkowych i o tym, jak fajnie byłoby się zapisać do klubu morsa.

Jest za gorąco na plażę, za gorąco na leżenie pod parasolem na basenie, jest po prostu za gorąco. W taki dzień radością napawa zaplanowana na dzisiaj wizyta w banku. W banku jest porządna klimatyzacja. To jedno z najchłodniejszych miejsc na całym archipelagu. – Oby była duża kolejka – przelatuje mi przez głowę, gdy roztapiam się w samochodzie po drodze do tego banku. – Będzie sobie można dłużej pobyć w chłodzie.

Następne na liście rzeczy do zrobienia są zakupy. A supermarket to dzisiaj ziemia obiecana, przechadzam się z rozkoszą między lodówkami z nabiałem, mam ochotę przytulić się do jogurtów i masła. Udaję, że szukam czegoś w głębi lodówki, wsadzam rękę, głowę – za nią idzie tors – do środka i bach, niska temperatura!

Na szczęście idę dziś po południu do pracy. Osiem godzin w klimatyzacji, co za ulga.

Opowieści zimowe

Temperatura wynosi około dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy stopnie. Wieje dosyć mocny wiatr, ale jak się siądzie w słońcu, to i tak w momencie pali skórę. Tłumy turystów chodzą tam i z powrotem po nadmorskim deptaku w Playa del Inglés. Na Gran Canarii zima w pełni.

Bardzo dużo jest Norwegów, Szwedów i Finów. Chyba przyleciało pół Skandynawii. Już na dzień dobry, wręczając w hotelu paszporty podczas zameldowania, pytają, czy dostali nasłoneczniony balkon. I widok na słońce. I odpowiednio dużo słońca. Nieważne, że pokój wychodzi na ulicę, że nie ma widoku na ocean. I gdy wszyscy się skarżą z powodu tej, niewielkiej przecież, ulicy, Niemcy się skarżą, Anglicy się skarżą, Hiszpanie się skarżą, Polacy się skarżą, to tylko Skandynawowie nie mają czasu się skarżyć, bo siedzą na balkonie i wystawiają do słońca swoje blond głowy. A w ostatnim dniu, gdy przychodzą się wymeldować, wzdychają ciężko i mówią – wracamy do zimy, u nas jest teraz minus dwadzieścia stopni. Zwykle wtedy im odpowiadam, że ich rozumiem, bo jestem z Polski i jak pierwszy raz w życiu przyleciałam na Kanary, to był akurat listopad i po dwóch tygodniach upałów, wylądowałam w Katowicach w środku nocy prosto w pierwsze przymrozki i pierwszy szron. Ten szok pamiętam do dziś.

Tak więc rozsiedli się ci Szwedzi tłumnie na południu Gran Canarii i korzystają ze słońca, Anglicy korzystają z all inclusive, a Niemcy denerwują się z powodu spóźniających się Hiszpanów. Wszystko w przyrodzie toczy się swoim naturalnym rytmem.

Na szczęście skończyły się już święta. A święta wprawiają mieszkających tu obcokrajowców w niemałe zakłopotanie, bo jest tu ich niesłychanie dużo i nigdy nie wiadomo, kiedy wyskoczy kolejne. Budzi się człowiek pewnego dnia i myśli sobie – pójdę dzisiaj do urzędu pozałatwiać sprawy. A tu pod drzwiami urzędu, odkrywa, że zamknięte, bo to kolejny dzień świąteczny.

– Co? Znowu? – dziwi się pół Francuza, pół Żydówka.

– Witamy w Hiszpanii – odpowiadają jej tubylcy.

I nic tu dziwnego w tym, że na przykład twój gabinet dentystyczny jest zamknięty od 20 grudnia do 13 stycznia, bo personel musi sobie odpocząć. Boli cię ząb w międzyczasie? No bardzo nam przykro.

W takich to okolicznościach przyrody docierają tu czasem wieści z odległej Polski. Przede wszystkim zdjęcia styczniowych, zimowych krajobrazów z Muszyny i okolic. Jak się je ogląda, siedząc pod palmą, to rzeczywiście wywierają niezwykłe, bajkowe wrażenie. Docierają też wieści polityczne. Wydaje się, że po ostatnich wyborach, kraj pogrążył się w nagłym, a (nie)oczekiwanym wzburzeniu i ludzie – z prawa, z lewa, z centrum i spod spodu – się rozemocjonowali. Na pocieszenie mogę wam powiedzieć kochani, że w Hiszpanii po ostatnich wyborach nastroje też nienajlepsze. Po raz trzeci wygrała partia słynnego Mariano Rajoy. I podobnie, jak w Polsce, tak i tu wszyscy się dziwią, jak to możliwe, że wygrał Rajoy, skoro nikt na niego nie głosował. Teraz Hiszpanie opowiadają sobie taki dowcip:

Jak cię ktoś raz oszuka, to jego wina. Jak cię ktoś drugi raz oszuka, to twoja wina. A jak cię ktoś trzeci raz oszuka, to zagłosuj na niego, niech zostanie szefem rządu albo prezydentem.

Gorąco

Gorąco, upalnie, ukrop, kalima zmieszana z chmurami, a jeszcze zapowiadają deszcze. Na innych wyspach, na przykład na Gran Canarii już popadało. Teraz na Fuerteventurze w powietrzu unosi się dziwna niby-mgła. Suchy pył z Sahary związał się z wilgocią znad oceanu, horyzont się rozmywa, rozmywają się szczyty wulkanów. Przez cały dzień gorąco jak w piekle, wieczorem wreszcie upał lekko zelżał. Tuż przed dziewiętnastą wieczorem jest około trzydziestu stopni. I to już chłodno jest. Mózg się stapia, ciało się stapia, od tego gorąca ogrania jakaś ogromna senność, somnambuliczny stan.

To taki moment jak w Polsce podczas wielkich upałów, które przeradzają się w burzę. Tuż przed, tuż przed burzą zmienia się powietrze, zmienia się zapach powietrza. Ten moment, gdy wszyscy wzdychają, nich wreszcie grzmotnie, niech zacznie, niech ochłodzi. Ale marne szanse, że na Fuerteventurze grzmotnie. Marne szanse na strugi deszczu. A już tym bardziej w sierpniu.

W El Cotillo, na północno-zachodnim krańcu Fuerteventury życie toczy się dziś przy oceanie, zwrócone jest w stronę oceanu. Kto zdrów i przy zdrowych zmysłach, każdy ma ochotę się zamoczyć, popływać. Drugie miejsce, gdzie ściągają ludzie, to knajpy. W całym miasteczku jest ich zaledwie kilka. El Cotillo jest jeszcze niezepsute przez masowy przemysł turystyczny, ciągle jeszcze docierają tu ci, którzy chcą tu przyjechać, a nie ci, których przysłał tutaj rezydent, mówiąc, że to punkt obowiązkowy. Jest sennie, spokojnie. Z położonej tuż przy oceanie restauracji Aguayre dociera niewielki gwar głosów. Sennie.

Władzie kanaryjskie wydały ostrzeżenie przed niesprzyjającymi warunkami pogodowymi. Te niesprzyjające warunki to deszcz. Tu zawsze przed deszczem wydaje się ostrzeżenia, jak w Polsce przed wielką śnieżycą. Władze archipelagu przypominają, żeby w razie czego dzwonić na 112. Na Gran Canarii popadało, na Lanzarote też spadło kilka kropli. Może tutaj, w El Cotillo też wreszcie grzmotnie.

Nie umiem parkować i nikogo to nie obchodzi

Rozmawiałam dzisiaj przez telefon ze znajomym Polakiem, który mieszka na południu wyspy. Tak się lubimy, więc mówił do mnie takim ciepłym i serdecznym tonem głosu. Coś tam sobie opowiadamy, a tu nagle on w ryk:

– Ty ch……(hultaju)! Co mi tu zajeżdżasz!!!!! X#@*&^%***%!!!!!!!!!!

I znowu do mnie, na powrót tym miłym tonem:

– Wiesz co, nie mogę teraz rozmawiać, bo prowadzę.

Pomyślałam sobie wtedy – oj, gdybyś Ty wiedział…, bo ja właśnie wysiadłam z samochodu, którego nie umiałam zaparkować. Właśnie dopiero co parkowałam przez minutę albo dwie, albo może i dłużej, i ci, co za mną jechali, musieli się zatrzymać i poczekać. A potem przeciskali się z lewej strony, a ja parkowałam dalej. Ktoś spacerował z psem, ludzie w knajpie obok pili sobie spokojnie kawę, a ja w przód i w tył, jakby się tu pomiędzy te dwa auta wcisnąć. Siódme poty wystąpiły mi na czoło, silnik wyrczał jak szalony, bo z wrażenia za mocno gazowałam na wciśniętym sprzęgle.

I co? I nic. Nikt na mnie nie nakrzyczał, że jestem głupia baba, blondynka, że wjeżdżam, zajeżdżam, podjeżdżam. Nikt na mnie nie zatrąbił, nie pukał się w czoło, ani jednej obelgi, przysięgam, ani pół. Ja tu parkuję jak głupia, myślę sobie – ale dałam przedstawienie. I nikogo to nie obeszło.

To jedna z najpiękniejszych cech mieszkańców tego archipelagu – nieważne, jakiej są narodowości, bo wszystkim się z czasem udziela – ich po prostu nie obchodzi. Nie obchodzi, że beznadziejnie parkujesz, że jesteś starą panną z kotem, gejem, hipisem z brudnymi włosami, że nie masz żelazka, ani nowego iPhone’a. Na wieczorną kolację możesz włożyć smoking albo przyleźć w szarawarach i klapkach, i też będzie dobrze. Na jednej plaży obok siebie siedzą naturyści i rodzina muzułmanów, kobiety okutane od stóp do głów. Możesz być mężczyzną w spodniach rurkach, a będąc matką, możesz karmić publicznie piersią. I nikt się na nikogo nie oburza, i wszyscy są w dobrych humorach. I nikt się na nikogo nie gapi, bo wszyscy są zajęci byciem w dobrym humorze. I to jest cudowne.

PS. To wcale nie jest fajne, jak człowiek nie umie parkować! Gdy wam zatarasuję drogę, to nie robię tego z premedytacją. Jeśli będziecie tu akurat na wakacjach, proszę na mnie nie trąbić. A jeśli umiecie udzielić lekcji parkowania, dajcie znać.

Czerwiec

Czerwiec jest przepiękny. Jakie ma kolory, ile światła, jak pachnie. Wychodzi się na ulicę i w tym czerwcu, w tym czasie, w tym miejscu można zatonąć. Nad brzegiem zapach oceanu miesza się z ostrą wonią tłuszczu smażonych ryb i mięs z nadmorskich restauracji i knajp. Jest już sporo ludzi, ale jeszcze nie tyle by letni najazd turystów stał się przykry i męczący. Kolorowy tłum płynie ulicami. Zjechało pół Europy, Brytyjczycy, Włosi, Niemcy, Francuzi, Polacy, pełno tu Hiszpanów. I jeszcze przybyszów z Afryki i Ameryki Południowej. Białych, czarnych, żółtych, kobiet, mężczyzn, dzieci, starszych, młodszych, grubych, chudych, wysokich, niskich, rudych, ciemnowłosych, krępych, ze szczupłą sylwetką lub z szerokimi biodrami, z bladą, spaloną na czerwono skórą, z utapirowaną nad głową fryzurą, w sukienkach z cekinami i błyskotkami w stylu, i szyku z sieciówek, w hipisowskich szarawarach, z tatuażami, z dreadami, krótko ogoloną głową. Idą, trzymając się za ręce, zaglądając na stoiska z chińskimi pamiątkami, gapiąc się w ekrany swoich telefonów komórkowych, paląc, mówiąc jeden przez drugiego, oglądając szyldy i wystawy. Siadają w barach, popijają piwo i gapią się na ocean, na ulicę. Afrykańskie kobiety w długich sukienkach, z turbanami na głowie, wszystkie okrągłe, przy kości, posągowo piękne, siedzą na składanych stołeczkach na chodniku i plotą warkoczyki małym brytyjskim dziewczynkom. Wszędzie słychać włoski, pełno tu Włochów, zatrzymują się nagle na ulicy, rozmawiają o czymś z zapałem, gestykulując z przejęciem. Życie tętni, pulsuje, skrzy się, setkami, a może tysiącami spoglądających na siebie oczu, mówiących do siebie ust. Serca pompują hektolitry krwi, napinają się mięśnie, na skórze zbiera się pot i sól morska.

Świeci słońce, jest popołudnie, temperatura dwadzieścia sześć stopni, wieje lekki, chłodny wiatr, nie czuć upału. Światło ma wyjątkową, nasyconą barwę. Liście palmowe szumią na wietrze. Ocean zmienia co chwila zmienia barwę, w zależności od tego, czy mocniej czy słabiej świeci słońce, chwilowo półprzysłonięte lekkimi chmurami. Chorwatka siedzi na plaży i powtarza zachwycona:

– Patrz! Jaki kolor.

Wychodzę znad oceanu. W uliczkach Corralejo można się zagubić, zaplątać. Czerwiec jest przepiękny. Trzeba go smakować długo, z uwagą, rozgrzewać nim zmysły jak dobrym, aromatycznym, mocno czerwonym winem.

Kalima

Kalima przyszła we wtorek rano. Powiało znad Sahary powietrze gorące jak z pieca, wraz z nim popłynęła fala pyłu i kurzu znad pustyni. Kalima na Wyspach Kanaryjskich to zjawisko normalne, nikt się nie dziwi. Aczkolwiek wzbudza wielkie emocje, robi się bowiem gorąco. Potwornie gorąco. Piekielnie gorąco.

Tym razem upał zrobił się wyjątkowy i padł rekord. W środę 13 maja o 15.40 termometry na lotnisku na Lanzarote wskazały 42,4 stopnie Celsjusza. W całej Hiszpanii o 55 lat nie zanotowano tak wysokiej temperatury w maju. Nic więc dziwnego, że wraz z kalimą zaczęły się więc dyskusje – uf, jaki upał. Powietrze suche, bucha jak z otwartego piekarnika, człowiek ledwo się snuje i nic mu się nie chce. Kto żyw, wrzuca na facebooka zdjęcie deski rozdzielczej samochodu z termometrem, który pokazuje 39 a może i 41 stopni.

Też chciałam wrzucić, ale po całym dniu pracy, po 18:00, gdy dotarłam do auta, termometr wskazywał skromne 32 stopnie. No z czym do ludzi?

Swojskie klimaty

Właśnie kończy się zima. I zaczyna lato. Zima jest wtedy, gdy w ciągu dnia jest tak z piętnaście stopni i trzeba założyć sweterek, wychodząc z domu. Czasem – tak jak w tym roku – zdarza się bardzo ciężka zima. Wtedy jest trzynaście stopni, a może i ciut mniej. Trudno powiedzieć czy to dużo, czy mało. Kanaryjczycy trzęsą się z zimna, a turyści z północnej Europy mówią, że upał. Często można zobaczyć taki obrazek – w jednej knajpie, stolik w stolik, siedzą turyści z Wielkiej Brytanii i Kanaryjczycy. Brytyjczycy w krótkich spodenkach, bluzkach i koszulkach na ramiączkach, tubylcy w swetrach albo cienkich puchowych kurtkach, czapkach i kozaczkach.

Trudno jednak zaprzeczać faktom – generalnie, o ile nie traficie na jedyny zimny tydzień albo jedyny zimny miesiąc w całym roku – czeka was tu dobra pogoda. Słońce i gorąco. Ale nawet latem raczej nie będzie aż takich wielkich upałów jak w kontynentalnej Andaluzji czy ukochanym przez turystów Egipcie. Na wyspach klimat jest łagodniejszy, wszystko przez ten wszechobecny wiatr. Wieje niemal zawsze. Latem – najgorętszy jest sierpień – tego wiatru szuka się z utęsknieniem, sprawia, że łatwiej znieść ukrop afrykańskich wysp. Zimą – z najchłodniejszym styczniem i lutym – przynosi on nieprzyjemny, przeszywający chłód. Bezwietrzne i nie za bardzo upalne, ale ciągle jeszcze gorące, najpiękniejsze, z niezwykle pięknym i spokojnym oceanem są wrzesień, październik, pierwsza połowa listopada.

Wszystko jednak zmienić się może, kiedy przychodzi kalima, czyli wiatr ze wschodu, który przynosi ze sobą kurz, pył i piasek z Sahary. Wygląda to jak mgła, tyle że pomarańczowo-brązowa. Linia horyzontu na oceanie rozmywa się i niknie, spada widoczność. Kalima przynosi też zazwyczaj potworny upał. Suche powietrze zastyga w bezruchu albo też powiewa gorący, piekący wiatr. Czasem też kalima miesza się w powietrzu z wilgocią nad oceanem i wtedy już gubię się kompletnie, przyszła ta kalima czy nie, i nawet Kanaryjczycy z dziada pradziada nie są pewni do końca, cóż więc mogą wiedzieć imigranci z Europy Wschodniej.

Może więc traficie na chłodniejsze wietrzne dni, a może będziecie wciągać w płuca zaklejające, duszne powietrze z kalimą i szukać ochłody w oceanie. Mam tylko jedną prośbę. Jeśli niestety okaże się, że traficie na ten jedyny w roku tydzień ze złą pogodą i wiecznie zachmurzonym niebem, nie pytajcie się obsługi hotelowej, gdzie jest słońce. Oni naprawdę nie wiedzą. Albo ktoś odpowie wam, jak pewien kelner w hotelu w Costa Teguise na Lanzarote, który zawsze mówił świeżo przybyłym Anglikom, którzy pytali obrażeni, gdzie to słońce.

– Jak to gdzie? Pojechało na wakacje do Anglii na dwa tygodnie.

Awaria pogody

Szkoda mi. Naprawdę szkoda mi tych Niemców, Anglików, Polaków czy Holendrów, którzy w okresie jesienno-zimowym, cierpiąc srodze z powodu zimna i braku słońca, wybierają się na Wyspy Kanaryjskie na tydzień, szukając tej upragnionej, przyjemnej aury, a na miejscu okazuje się, że trafili na najgorszą pogodę w ciągu całego roku. Ba, może nawet w ciągu kilku lat. I że na takiej Lanzarote i Fuerteventurze, gdzie prawie nigdy nie pada, nagle leje niemal cały tydzień. Na Gran Canarii i Teneryfie też pada. I to jeszcze więcej. Pada na wszystkich siedmiu wyspach, bo nad oceanem na północy zachód od archipelagu są właśnie ogromne burze. I tak rykoszetem dostaje nam się na Kanarach. Taką pogodę mają ci, którzy w kończącym się właśnie tygodniu wpadli na Wyspy Kanaryjskie.

Przyjeżdżają do nas turyści i muszę im wyjaśnić, że Fuerteventura jest sucha niczym pustynia, tymczasem za oknem właśnie leje, a turyści ślizgają się w tych swoich japonkach i sandałkach na zabłoconej podłodze. Może im opowiedzieć, że zeszłego roku, jak ostatni deszcz spadł w marcu, to kolejny lekki deszczyk we wrześniu? Albo, że jak minionej zimy spadło trochę śniegu na Gran Canarii i Teneryfie, to sensacja wielka była. Ludzie wsiedli w samochody i tłumnie pojechali szukać tego śniegu, i główne wydania wiadomości zaczynały się tym sensacyjnym newsem. Reporterzy wypytywali tych ludzi, a oni chętnie do kamery powtarzali, że ach, takie coś to trzeba zobaczyć, skorzystać. Dzieci kilkuletnie, te na tylnym siedzeniu, to przecież nigdy śniegu nie widziały. Ale co to był za śnieg, żaden tam biały puch, raczej przemoczona kupka tu i ówdzie, no ale sensacja i tak była.

W tym tygodniu leje. Ale – umówmy się – w polskiej skali nie jest to żaden imponujący deszcz. To raczej coś, co Jarosław Kret określiłby jako przelotne opady. Plus cholernie zimno, w dzień jakieś czternaście, piętnaście stopni. Nawet grad się zdarzył kilka razy. Tutaj dwa, trzy dni z opadami pod rząd to istna katastrofa. Arrecife, stolica Lanzarote jest pod wodą. Ulice zamieniły się w rzeki. Coś jak w Polsce dobrych parę lat temu podczas słynnej majowej powodzi. Gdy krakusi na jednym z mostów wywiesili dumny transparent „falo wypie….aj”. Podobieństw do Polski jest sporo, tu ludzie też narzekają na władze, że nie przygotują miasta na – było nie było – dosyć przewidywalne zjawiska atmosferyczne. Tak jak co roku w Polsce zima zaskakuje drogowców, tak na Lanzarote silny deszcz raz na rok albo raz na dwa lata.

I cóż ja mam tym turystom powiedzieć? Mówię im, że to naprawdę coś niezwykłego trafić na deszcz na Fuerteventurze. Chyba ich to nie pociesza.