Archiwa kategorii: kanaryjska mentalność

Hiszpańska rozmowa

Sytuacja ma miejsce w Las Palmas, stolicy Gran Canarii, na przejściu dla pieszych usytuowanym przy jednej z przecznic przecinających główną ulicę handlową zwaną Mesa y López. Jest czerwone, stoję sobie i czekam. Wokół, jak to na przejściach dla pieszych w dużych miastach bywa, stoją inni ludzie. A wśród nich dwie kobiety, tak na oko po pięćdziesiątce, a może po sześćdziesiątce, trudno ocenić. Bardzo ładne, eleganckie, zadbane. Stoją tuż obok mnie, więc chcąc, nie chcąc, słyszę ich rozmowę. A ta przebiega mniej więcej tak:

– Cześć!

– Cześć! Co słychać?

Dwa obowiązkowe, spektakularne i entuzjastyczne buziaki w policzek. Cmok! Cmok!

– Dooobrze. Bardzo dobrze. A u Ciebie?

– Bardzo dobrze. Wszystko dobrze.

– To dobrze.

– No i rodzina?

– Dobrze. Bardzo dobrze. Wszyscy dobrze.

– I syn? Jak on sobie tam radzi?

– Dobrze, wszystko dobrze. Teraz był tutaj u nas przez dłuższy czas. Moja mama miała urodziny, przyjechał specjalnie na to święto.

W tym momencie następuje nasilenie i eskalacja emocji.

– Och, jakie piękne wydarzenie. Piękne uczucia.

Nagle światło zmienia się na zielone. Muszę ruszyć przez przejście, no i śledzenie kobiet, by zobaczyć jak się rozwinie konwersacja nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Marny ze mnie Rutkowski, nie ta postura, nie ta uroda, nie ten przeszywający wzrok. Kobiety zostawiają mnie więc z moimi refleksjami filologicznymi.

Ile razy można użyć słowa bien, czyli dobrze, w jednej krótkiej konwersacji? Tyle się nagadały, ale nic sobie nie opowiedziały, poza tym, że wszystko dobrze. Jak kto możliwie, że wszystko jest dobrze? Przecież ta matka musi być już starszą osobą, na pewno na coś choruje, na pewno coś ją boli. Dlaczego ta córka nie opowiedziała tej drugiej kobiecie, jak bardzo cierpi jej matka? Nawet u syna, który mieszka daleko, może za granicą, wszystko dobrze? No jak to możliwe? Przecież on pewnie tęskni, zarabia za mało albo ma problemy z dziećmi, albo cierpi, bo nie ma dzieci? A to, co to za horror, wszystko dobrze.

I tak, idąc dalej wzdłuż ulicy Mesa y López i przystając na przejściach dla pieszych przy kolejnych przecznicach, tłumaczę sobie tę rozmowę na polski. W Krakowie, Warszawie albo Trójmieście brzmiałaby tak.

– Cześć.

– Cześć. Co słychać?

Lekko zauważalny, drobny grymas, mający przypominać pół uśmiech.

– Aaaaaa, stara bida. Wiesz, jak jest. A u Ciebie?

– No kiepsko. Kiepsko.

– Co zrobisz. Życie.

– A rodzina?

– No wiesz, różowo nie ma. Ale jakoś leci.

– I syn? Jak on sobie tam radzi?

– Jakoś ciągnie. Ale kiepsko. Tęskni za krajem, a tam też kokosów nie ma. Teraz był dłużej w domu, bo moja mama miała urodziny. Ciężko, ciężko. Trudno mu się z tym pogodzić, że babcia już nie taka młoda, niedosłyszy.

– Ech, no smutne, to wszystko. Smutne.

I to jest proszę państwa, rozmowa jak się patrzy!

Bardzo zimna Polka

– Na początku to Cię nie lubiłem – krzywi się mocno. – Ale teraz już jest dobrze – wyznaje mi ni stąd ni zowąd Ekswłaściciel Knajpy w Las Palmas, a obecnie mój kolega z pracy.

No tak – myślę sobie – bo ja jestem chłodna, zdystansowana Polka z zimnego kraju, a tutaj każdy się uśmiecha częściej niż oddycha, wszyscy są sympatyczni i wszyscy do wszystkich zwracają się per kochanie.

Zatem pewnego dnia, nie tak dawno, gdy dotoczyłam się do pracy w dosyć kiepskim, a może po prostu nieentuzjastycznym humorze, Ekswłaściciel Knajpy podszedł do mnie z szerokim uśmiechem i zapytał, a co ja jestem taka dzisiaj smutna. Zmierzyłam go swoim polskim wzrokiem i odparłam:

– No a jaka mam być? – i okazało się, że tym można Kanaryjczyka mocno przestraszyć.

Gdyż, otóż, ponieważ powinnam być uśmiechnięta, sympatyczna i odpowiedzieć mu coś w stylu – no co Ty skarbie, jest super, a jeszcze teraz, gdy Cię zobaczyłam, to już w ogóle mam świetny humor.

Kanaryjczyk nie ma bowiem w zwyczaju za dużo narzekać, a już na pewno nie komuś kogo zna mało lub nie zna wcale. Dla pani w banku, pana na poczcie, kierowcy w autobusie, sprzedawcy w spożywczaku, dla ludzi napotkanych na ulicy, mijanych po drodze do pracy, dla nieznajomych, którzy pytają o drogę, dla – naprawdę, nie żartuję – osoby opalającej się tuż obok na plaży (tu nie ma plażowych parawanów!) Kanaryjczyk będzie przeważnie szalenie miły. Zatrzyma się, pomoże, podpowie, zagada, uśmiechnie się i życzy miłego dnia. Zatem, jeśli stoicie w kolejce w supermarkecie i pani się coś w kasie zablokuje albo nie będzie mogła sczytać kodu, i będziecie tak stali, i stali a kolejka będzie rosła, należy się do pani kasjerki uśmiechnąć i powiedzieć jej, żeby się nie denerwowała, bo przecież nic się nie dzieje, po czym dalej radośnie i swobodnie sobie w tej kolejce czekać. Taksówkarzowi, który wiezie was na lotnisko, należy opowiedzieć połowę swojego życia, a i on odwdzięczy się, informując was, gdzie studiują jego dzieci, ile ma wnuków i że córka wyszła za mąż za Niemca, ale mieszkają w Las Palmas, bo wiadomo. Gdy ktoś na ulicy niechcący na was wlezie, to absolutnie nie można się na niego skrzywić, tylko serdecznie uśmiechnąć i go pozdrowić. A jak ktoś się ryje przed was w kolejce, to go przepuścić i – wiadomo – uśmiechnąć się.

– Widać było, że pani za bardzo się nie zna i raczej Ci nie pomoże, ale była tak szalenie sympatyczna i urocza, że trudno się zezłościć – oceniła polska Profesorka Bellydancerka, przyglądając się moim zmaganiom w banku. – Tak, są często niekompetentni, nie da się, nie potrafią, nie mogą, odmawiają pomocy, ale z takim wdziękiem.

Wokół jest zatem sypmatycznie, miło i przyjaźnie. A do tego jeszcze wszyscy mówią do siebie czule. Cielo, cariño, mi niña, amor (dosł. niebo, kochanie, moje dziecko, kochanie).

Jaka mi niña, kiedy jestem od Ciebie starsza. I nie jestem żadne Twoje kochanie – mam czasem ochotę wypalić, ale gryzę się w język.

Bo jak ma biedny Polak – przyzwyczajony do krzywienia się, marudzenia i narzekania – to wszystko znieść? Tę niezliczoną ilość słoneczek, buziaków i kochania?

I taka sytuacja na Lanzarote. Po dziewięciu miesiącach pracy w hotelu, gdy już tę pracę zdążyłam zmienić, pewnego dnia idę sobie spokojnie przez Costa Teguise, a tu nagle spotykam znajomą z tamtego hotelu. Jak Boga kocham, przysięgam wam, ja nigdy z nią w ciągu tych dziewięciu miesięcy nawet nie porozmawiałam dłużej. Przychodziła odebrać klucze albo zostawić klucze, ja te klucze wręczałam, uśmiechałyśmy się, co tam, jak tam, co słychać, dziękuję dobrze, a to fantastycznie. A tu nagle ją spotykam i ona wpada w euforię, jakby zobaczyła księcia ze złotym trzewiczkiem wprost z bajki o Kopciuszku. I zaczyna:

– O jej, ale się cieszę, że Cię widzę! Jak tam? Co u Ciebie? I praca? I rodzina? – pyta rozentuzjazmowana, a ja nic z tego nie rozumiem. Bo przecież wiem, że wcale się nie cieszy, bo jest jej wszystko jedno i mnie jest wszystko jedno. No dobrze, fajnie, nawet miło, ale żeby aż tak?

– No powiedz, czemu ona mi tak nagadała? – opowiadam tę całą historię teraz Ekswłaścicielowi Knajpy. – Przecież to fałszywe, przecież to nieprawda, przecież jej to nie obchodzi – upieram się w mojej polskiej mentalności.

– To nie o to chodzi – tłumaczy. – Kanaryjczycy po prostu chcą, żeby była miła atmosfera, żeby było fajnie. Starają się tę miłą atmosferę wprowadzić.

I tak, dla tej atmosfery, staram się dzielnie przyjmować na klatę te wszystkie skarbeczki, buziaczki i słoneczka, które płyną w moją stronę. A jak już mi jest tak bardzo ciężko, za dużo, zbyt pięknie, to idę sobie od czasu do czasu pogadać z Niemcami. Od razu robi mi się lepiej. Ostro, szorstko, swojsko. Prawie jak w domu.

Keep calm

Ogromne emocje związane z brytyjskim referendum w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej na Wyspach Kanaryjskich nieco osłabły i wyblakły, przyćmione tak ważkimi zjawiskami jak na przykład ogniska i sztuczne ognie odpalane w noc świętojańską. Nie żeby nikt nie słyszał o Brexicie, no ale gdy Brytyjczycy zajęci byli głosowaniem, Kanaryjczycy byli akurat zajęci zabawą. Nawet dzisiejsze wybory do hiszpańskiego rządu mijają bez większych emocji. Owszem ktoś tam wspomni, ktoś się wypowie, ale tubylcy zupełnie nie potrafią się tak politycznie rozgorączkować jak Polacy. Nie wiem, czy to ta noc świętojańska, czy nieustający upał, czy docierająca z Afryki kalima oprócz saharyjskiego piasku niesie ze sobą taki stan wyluzowania. Jest jak jest – ludzie wzruszają ramionami i wracają do swoich zajęć.

– Koniecznie trzeba się na nich zdenerwować. Jak się nie zdenerwujesz, to nic nie zrobią, czy to mechanik samochodowy, czy robotnik – tak wyjaśnia tajniki kanaryjskich pracowników wychowany tutaj Niemiec. No bo jak wytłumaczyć to, że czterech mężczyzn przyszło wczoraj wymieniać mi małe okienko w kuchni i choć przez czterdzieści minut odmierzali, wymierzali i stukali młotkami, udało im się jedynie zdjąć zewnętrzną część ościeżnicy i rzucić ją na podłogę? Czterech robotników, przy czym jeden w kąpielówkach, widać dopiero co wyszedł z basenu, napracowawszy się tak solidnie, oświadczyło – to my skończyliśmy, w przyszłym miesiącu będziemy wymieniać okno. I zostawili je takie smutne, bez drewnianej obudowy, pewnie na basen im było spieszno.

– Tutaj się pracuje tak spokojnie, bez stresu. I bez podgryzania – zauważa jedna z Polek.

I tak właśnie jest na tym małym archipelagu u wybrzeży Afryki i to jedna z pierwszych rzeczy, których musi się nauczyć obcokrajowiec: czy to Brexit, czy wymiana okna nie ma się co gorączkować ani nadmiernie emocjonować. Ani jedno, ani drugie nie jest powodem by nie spać po nocach, wydzierać się na rozmówców albo przebierać z kąpielówek. Życie jest wystarczająco proste i nieskomplikowane, słońce świeci, ocean jest za darmo i po co się denerwować. Nie dziś, to jutro albo pojutrze. I człowiekowi wiele nie potrzeba do szczęścia. Wszystko może być takie proste i spokojne. Takie jest.

Nie umiem parkować i nikogo to nie obchodzi

Rozmawiałam dzisiaj przez telefon ze znajomym Polakiem, który mieszka na południu wyspy. Tak się lubimy, więc mówił do mnie takim ciepłym i serdecznym tonem głosu. Coś tam sobie opowiadamy, a tu nagle on w ryk:

– Ty ch……(hultaju)! Co mi tu zajeżdżasz!!!!! X#@*&^%***%!!!!!!!!!!

I znowu do mnie, na powrót tym miłym tonem:

– Wiesz co, nie mogę teraz rozmawiać, bo prowadzę.

Pomyślałam sobie wtedy – oj, gdybyś Ty wiedział…, bo ja właśnie wysiadłam z samochodu, którego nie umiałam zaparkować. Właśnie dopiero co parkowałam przez minutę albo dwie, albo może i dłużej, i ci, co za mną jechali, musieli się zatrzymać i poczekać. A potem przeciskali się z lewej strony, a ja parkowałam dalej. Ktoś spacerował z psem, ludzie w knajpie obok pili sobie spokojnie kawę, a ja w przód i w tył, jakby się tu pomiędzy te dwa auta wcisnąć. Siódme poty wystąpiły mi na czoło, silnik wyrczał jak szalony, bo z wrażenia za mocno gazowałam na wciśniętym sprzęgle.

I co? I nic. Nikt na mnie nie nakrzyczał, że jestem głupia baba, blondynka, że wjeżdżam, zajeżdżam, podjeżdżam. Nikt na mnie nie zatrąbił, nie pukał się w czoło, ani jednej obelgi, przysięgam, ani pół. Ja tu parkuję jak głupia, myślę sobie – ale dałam przedstawienie. I nikogo to nie obeszło.

To jedna z najpiękniejszych cech mieszkańców tego archipelagu – nieważne, jakiej są narodowości, bo wszystkim się z czasem udziela – ich po prostu nie obchodzi. Nie obchodzi, że beznadziejnie parkujesz, że jesteś starą panną z kotem, gejem, hipisem z brudnymi włosami, że nie masz żelazka, ani nowego iPhone’a. Na wieczorną kolację możesz włożyć smoking albo przyleźć w szarawarach i klapkach, i też będzie dobrze. Na jednej plaży obok siebie siedzą naturyści i rodzina muzułmanów, kobiety okutane od stóp do głów. Możesz być mężczyzną w spodniach rurkach, a będąc matką, możesz karmić publicznie piersią. I nikt się na nikogo nie oburza, i wszyscy są w dobrych humorach. I nikt się na nikogo nie gapi, bo wszyscy są zajęci byciem w dobrym humorze. I to jest cudowne.

PS. To wcale nie jest fajne, jak człowiek nie umie parkować! Gdy wam zatarasuję drogę, to nie robię tego z premedytacją. Jeśli będziecie tu akurat na wakacjach, proszę na mnie nie trąbić. A jeśli umiecie udzielić lekcji parkowania, dajcie znać.

Tylko się nie denerwuj

Kanaryjczycy się nie spieszą. I nie stresują. Jest tutaj takie powiedzenie: nie biegaj za szybko, bo wpadniesz do oceanu. I to powiedzenie świetnie oddaje mentalność kanaryjską, dla której stres i pośpiech to dwaj najwięksi wrogowie. Najgorsi.
Kanaryjczycy cenią sobie swój czas. Nie próbuj do nich dzwonić w niedzielę lub święto, jeśli chcesz coś załatwić. Nie próbuj narzucić pracownikowi wykonania jakiejś czynności, która do niego nie należy. Obrazi się śmiertelnie i zapamięta to sobie na całe życie. Na przykład, moja pierwsza praca tutaj, w hotelu na Lanzarote. O 23:00 docierają do hotelu turyści z Anglii z maleńkim dzieckiem. Trzeba im wstawić do pokoju łóżeczko dla niemowlęcia. To zawsze zadanie dla dziewczyn sprzątających. Ale jest już późno, jest więc tylko jedna na zmianie, do tego jeszcze zawalona robotą, musi wysprzątać pokoje, bo ktoś akurat o tej porze postanowił zmienić apartament na inny, musi jeszcze biegać po całym hotelu ze spray’em na karaluchy, bo Anglicy dostają palpitacji serca, jak jakiś wejdzie przez otwarte okno. Świeżo przybyli turyści będą więc musieli z godzinę poczekać na łóżeczko dla dziecka.

Wpadłam jednak na pomysł, skoro pan z obsługi technicznej nudzi się od dwóch godzin i nie ma nic do zrobienia, to on może podskoczyć i zanieść to łóżeczko. Tak mu więc zleciłam. I to był mój grzech największy. Pokłóciliśmy się o to, ale ostatecznie zaniósł to łóżeczko. Poszedł jednak na skargę do mojego szefa. Zaś szef odbył ze mną pouczającą rozmowę. Stwierdził, że mnie rozumie, jest Anglikiem, więc mieliśmy wspólne północnoeuropejskie spojrzenie na kwestie pracy.

– Ale nie rób tego więcej – pouczył mnie. – Tutaj tak jest i nie wnikaj w to, ani nie próbuj zmienić. A poza tym sprzątaczki i techniczni się nie lubią.

Kanaryjczycy się cenią. Swój czas, swój spokój, poczucie komfortu. Jasne, trzeba się czasem zmęczyć, ale przecież można ograniczyć do minimum wysiłek tak, aby nie męczyć się nadmiernie. Kolejny przykład z mojej pracy z tego samego hotelu. Rozmawiałam kiedyś z jednym z technicznych, bardzo sympatycznym José Domingo. Nie pamiętam już czego dokładnie dotyczył temat rozmowy, w każdym bądź razie opowiadałam mu, że miałam tego dnia bardzo dużo rzeczy do zrobienia, więc przejęłam się i zestresowałam, żeby wszystko ogarnąć, ze wszystkim zdążyć. Że pracowałam bardzo szybko i jeszcze w stresie. On spojrzał na mnie zdziwiony, ale tak bardzo mocno zdziwiony i stwierdził:

– No ale po co się tak stresujesz? Przecież jak się nie da, to się nie da.

– No wiesz, ale można jakoś poszukać rozwiązania, coś wymyślić. Zawsze się znajdzie sposób – zaoponowałam.

– Jak się nie da, to się nie da. I już – spojrzał na mnie i już oboje wiedzieliśmy, że kompletnie się nie rozumiemy. Ja jego, ani on mnie.

Osoby, które tu najwięcej pracują i którym najtrudniej wyjść z pracy o czasie, i nie wyrabiać nadgodzin, to Polacy. Niemcom, przyzwyczajonym do porządku i organizacji, ciężko się tu też w pracy odnaleźć, w kanaryjskim braku organizacji. Często się więc denerwują, unoszą gniewem, pracują po swojemu, ale Kanaryjczykom dają spokój, nie narzucają swojej wizji dobrze funkcjonującego przedsiębiorstwa, hotelu czy sklepu. Jest tu nawet specjalne określenie: aplatanado. Oznacza wykonywać jakąś czynność z „kanaryjską prędkością”, czyt. powoli.

Mieszkający tu cudzoziemcy też w jakimś stopniu przyzwyczajają się do tego wolniejszego tempa i do nieprzejmowania się. I to jest generalnie fantastyczne. Nigdzie nie spędziłam dwóch tak beztroskich i wyluzowanych lat jak na Wyspach Kanaryjskich. Nie chodzi o to, że w ogóle nie ma problemów, ale że ludzie nie przejmują się tu rzeczami, którymi zamartwiają się w Europie. Kariera, super ciuchy, nowy model komórki, nie mają znaczenia. Najważniejsze jest iść na plażę, zrelaksować się i cieszyć życiem. A plaża jest za darmo. Po co się więc przepracowywać?

To jest generalnie fantastyczne. Ale czasem jest się klientem tych wyluzowanych ludzi. I oni nie będą się wysilać, by załatwić twoją sprawę. Wtedy jest ci nieco mniej fantastycznie, jeszcze mniej fantastycznie, szlag cię trafia. Jak na przykład Krakowiankę, moją przyjaciółkę z Polski, która mieszka na Lanzarote. Otóż Krakowianka musiała ostatnio zapłacić 200 euro rachunku za prąd, przy czym normalne opłaty za prąd i wodę wynoszą tu na miesiąc gdzieś plus minus 50 euro. Problem w tym, że elektrownia coś tam źle naliczyła, a nikt na osiedlu nie może sprawdzić stanu liczników. Bo liczniki znajdują się na posesji, na której nikt nie mieszka, zaś właściciel tej posesji jest gdzieś w Ameryce, o ile dobrze pamiętam, no i tylko on ma klucze. Właściciel mieszkania Krakowianki rozkłada ręce, elektrownia rozkłada ręce, sąsiedzi się poddali i też tyle płacą. A właściciel posesji z licznikami rzadko odbiera telefon, przecież ta różnica czasowa robi swoje, mówi, że na Lanzarote wpadnie, ale w sumie nie wiadomo kiedy.

– Chodźże przeskoczymy przez płot i sprawdzimy stan tych liczników – mówię do Krakowianki.

– Miałam taki pomysł – odpowiada. – Ale trzeba by przejść przez podwórko sąsiadki, bo moje nie przylega do posesji z licznikami. A sąsiadka się nie zgodziła by z jej podwórka skakać.

Klasyczne kanaryjskie „nie da się” dotyka mnie bezpośrednio, gdy piszę te słowa. Od tygodnia mieszkam w nowym miejscu w Corralejo na Fuerteventurze. Fantastyczne osiedle z ogrodem i basenami. Jak tu weszłam, zobaczyłam te baseny, pomyślałam, że co jak co, ale ja tu muszę mieszkać. Udało się. Gdy się wprowadziłam i rozkładałam rzeczy, rozpakowywałam wszystko, przez moment coś zapachniało brzydko z zewnątrz. Zapachniało i przeszło, ok. Poszłam do sąsiadów na górze się przedstawić, nade mną mieszka cudowna para Urugwajczyków. I oni wytłumaczyli mi, że tu jest smród. Że jak się wyjdzie z osiedla, w rogu jest jakaś taka skrzynka, nie skrzynka, coś od kanalizacji chyba i to stamtąd czasem tak potwornie śmierdzi. Byli w recepcji się dowiadywać i pytać, i że się nie da, ale to absolutnie się nie da tego naprawić, bo naprawienie jest niemożliwe, absolutnie niemożliwe. No nie do wykonania wprost. I czasem śmierdzi, zależy, z której strony wiatr wieje. Wszyscy, którzy mieszkają w tej części osiedla, czują smród. Naliczyłam, że musi to być minimum z dziesięć mieszkań.

– Jak się mieszka? – spytał mnie ostatnio Polak z Nowego Sącza, sąsiad z tego samego osiedla.

– Dobrze – mówię. – Ale czasem śmierdzi.

– A tam to zawsze tak jest. Nazywamy to trójkątem bermudzkim. Już trzy lata tu mieszkam i zawsze tak wali, w tamtej części osiedla.

– Nie mogą tego naprawić? – spytałam naiwnie.

– Zapomnij – usłyszałam.

Dzisiaj miałam wolne. Wstałam, wyszłam na taras, słoneczko świeci, palmy szumią, ciepło zielono, pięknie. Usiadłam z książką, przy kawie, bosko, czegóż można chcieć więcej od życia – pomyślałam. I w tym momencie nadeszła odpowiedź. Otóż od życia można chcieć jeszcze, żeby nie śmierdziało. Bo nagle zwalił się ten straszliwy smród. Żeby chociaż wiatr wiał z drugiej strony – pomyślałam. Ale wiatr ma to do siebie, że wieje, jak chce. To może drzwi zamknę i okno otworzę z drugiej strony. Z drugiej strony wali jeszcze gorzej, smród atakuje, gdzie chce. Schowam się do mieszkania, żeby nie było czuć, ale w międzyczasie nawiało i do środka. Dobrze, że istnieją świece zapachowe, może kadzidełka kupię, żeby je zawsze na tarasie palić. Wiatr dzisiaj niełaskawy. Piszę te słowa, piszę i co chwila zajeżdża takim smrodem. Nie wytrzymam, muszę stąd iść, idę na basen. Jeśli to będzie tak często śmierdziało, szybko zostanę drugą Otylią Jędrzejczak.

Don’t worry. Be happy.

Zaplątałam się ostatnio na wąskich uliczkach w jednej z wiosek na Fuerteventurze. Stromo pod górę tak, że na dwójce trzeba wyjeżdżać, pełno zakrętów, wąsko, ciasno, wzdłuż drogi domy, a przed nimi zaparkowane samochody. Prawo jazdy mam od niedawna, jeżdżę krótko, więc kolejny stromy zakręt, za którym nie wiadomo co się czai, wzbudził we mnie uzasadniony niepokój. Zatrzymałam się, myśląc co tu zrobić, czy zjechać w lewo i tam się może da zaparkować, czy jechać w prawo pod tę górę. Byle by tylko nie zrobiło się jeszcze ciaśniej, bo już sobie nie poradzę.

Patrzę, idzie sobie jakiś koleś. Cudownie, jest kogo zapytać. Okazało się, że pod górę w prawo nie warto jechać, bo wyląduję na czyimś podwórku, a w lewo też nie, bo tak zaparkowali, że szpilki nie wciśniesz. Postanowiłam więc wycofywać, bo zawrócić nie było jak. Koleżanka, z którą jechałam, wystawiła głowę za okno, a z drugiej strony szedł ten koleś i oboje instruowali mnie: dobra, ok, teraz trochę w prawo, no powoli, wykręcaj. Gdy wykonywałam te wszystkie manewry, z góry nadjechał samochód. Kierowca musiał się zatrzymać, bo zatarasowałam drogę. O ho! – pomyślałam – teraz to się zacznie. Będzie trąbił, pukał się w czoło, krzyczał, kto mi dał prawo jazdy i zwyzywa mnie od blondynek, kretynek oraz bab za kierownicą.

Tymczasem ten kierowca zatrzymał się i najzwyczajniej w świecie czekał. I wcale nie trąbił, nie darł się wniebogłosy, nawet brwi nie zmarszczył. Co więcej, skinął mi przyjaźnie ręką. A napotkany koleś zaangażował się by mi pomóc i nie odszedł dopóki nie zjechałam w dół, i nie zawróciłam bezpiecznie. Zapytał tylko czemu ja tak niepewnie kręcę, powiedziałam mu, że dopiero się uczę jeździć. I nic. Żadnego ironicznego komentarza, żadnej złośliwości. Ludzie na Wyspach Kanaryjskich, nieważne jakiej narodowości, są wobec siebie tak uprzejmi, że Polakowi trudno się w tym połapać. I zadaje sobie pytanie: no jak tu żyć?

A przecież można się było przyzwyczaić już od pierwszych dni pobytu. Kiedy na Lanzarote wsiadłam do autobusu by dojechać do stolicy wyspy, nie miałam zielonego pojęcia, gdzie wysiąść. Zapytałam jedną kobietę, a ta nie tylko mi wytłumaczyła, ale jeszcze zawołała do kierowcy, żeby mnie tam i tam wysadził. Razem mi objaśniali, później ktoś tam się jeszcze dołączył. Pół autobusu pilnowało, żebym wysiadła w odpowiednim miejscu. Przejęli się tak mocno, żebym się nie pogubiła. Piorunujące.

Ludzie nie tylko są uprzejmi, ale do tego jeszcze pogodni. Uśmiechają się na co dzień i zupełnie nie wiadomo dlaczego, są w dobrych humorach. Choć kryzys skopał ich mocno po tyłkach, mają swoje codzienne sprawy i problemy, to generalnie mają dobry humor. I kiedy wstaniesz rano lewą nogą i cztery osoby pod rząd powiedzą ci, że wszystko fajnie, to w końcu im uwierzysz. Życie wśród uśmiechniętych, pogodnych ludzi zmienia się niesamowicie, nawet jeśli nie wygrywasz w totka, a modelka z twoich snów ma cię gdzieś. A kiedy wpadniesz na chwilę do Polski, wydaje ci się, że popełniłeś jakieś straszliwe grzechy i wysłali cię za karę do krainy smutasów.

 

Początek roku będzie później

Podczas ostatniego spotkania Polaków na Lanzarote Żona Lekarza opowiedziała nam historię:

Kilka lat temu, nie pamiętam dokładnie ile, rok szkolny zaczynał się w czwartek dziewiątego września. Mój Syn poszedł na inaugurację, jednak bardzo szybko wrócił do domu i mówi:
- Mamuś, szkoła jest zamknięta.
- Jak to zamknięta? – zdziwiłam się.
- No zamknięta. Tylko kartka wisi, że rozpoczęcie roku w poniedziałek. Bo nie opłaca się zaczynać roku w czwartek, skoro zaraz weekend, więc przełożyli na poniedziałek.
W poniedziałek mój Syn poszedł więc na inaugurację, ale znów wrócił bardzo szybko.
- Mamuś, szkoła jest zamknięta. Wisi tylko kartka, że w środę jest Matki Boskiej Wulkanicznej, dzień wolny, więc nie opłaca się zaczynać lekcji. Przenieśli początek roku na czwartek.
Ale w czwartek mój Syn stwierdził, że nie jest już taki głupi, żeby w ciemno do szkoły chodzić i sprawdził w internecie. Okazało się, że w czwartek nie opłaca się inaugurować nowego roku szkolnego, bo potem tylko piątek i zaraz weekend. Rozpoczęcie roku przeniesiono więc na poniedziałek.
Podczas pierwszej wywiadówki, ja jako rodzic bardzo zaangażowany w wychowanie mojego dziecka chciałam wypytać nauczycielkę, co w związku z tym opóźnieniem inauguracji roku szkolnego. Wcześniej oczywiście sobie przygotowałam jak to trzeba po hiszpańsku powiedzieć, sprawdziłam w słowniku, żeby słówka były odpowiednie, wszystko poprawne gramatycznie. Pytam więc nauczycielkę:
- Przez te zmiany rok szkolny zaczął się prawie dwa tygodnie później. Czy oni to będą jakoś odrabiać?
A ona mi na to, że nie rozumie. Myślę sobie, cholera coś pokręciłam z tym hiszpańskim, pewnie ten czasownik „odrabiać” źle powiedziałam, namieszałam z gramatyką. Pytam ją więc jeszcze raz, a ona odpowiada:
- Ja rozumiem dokładnie każde słowo, które pani mówi i sens zdania, ale nie wiem, o co chodzi – stwierdza.
- Wie pani – tłumaczę – bo jak w Polsce na przykład w piątek w szkole jest wolne, to się ten dzień w sobotę odrabia.
- No ale ta sobota jest później do odebrania w poniedziałek?