Archiwa kategorii: jak to jest po hiszpańsku

Przepraszam, nie rozumiem

Płakać mi się chce. Nie mam siły. Mam dość. Nie rozumiem.

Uczę się języków dniami i nocami. Czasowniki, wyrażenia, słówka, z książek, bez książek, z telewizji, w kinie, w barze, gadam do ludzi, słucham. Nieustający zawrót głowy. Ileż to może trwać, rok, dwa, trzy? Trwa już czwarty rok, uczę się tych języków – a szczególnie hiszpańskiego – na okrągło. I nadal kiepsko to widzę. I nienajlepiej słyszę.

Poranne zebranie w nowej pracy, hotel na Gran Canarii. Na tablicy markerem wypisane nowości. Czytam i – z tym moim zaawansowanym poziomem hiszpańskiego – nic nie rozumiem. Szef siedzi za biurkiem i gdy mówi zwrócony do całej grupy, jest dobrze, rejestruję. Ale nagle robi zwrot do komputera i zaczyna coś mówić zza pleców. Wysoki blondyn, zupełnie nie wygląda na Kanaryjczyka, ale akcent ma typowo kanaryjski. Dla przeciętnego Polaka oznacza to – nieważne, jak będziesz się starać, jak ktoś będzie mówił szybko i tak nie zrozumiesz. Wychodzę z tego zebrania kompletna tabula rasa. Hm, dzień jak co dzień, takie życie, przyzwyczaj się i tak zawsze będziesz z tyłu. Nie ma dnia, żeby nie było czegoś nowego do nauki, jakichś nowych słów. I tak przez całą emigrację, na wieki wieków.

Do Hiszpanii przyjechałam, nie znając hiszpańskiego. Pierwsze cierpienie z tego powodu, objawiło się na imprezach. Co za koszmar siedzieć parę godzin z ludźmi, których się kompletnie nie rozumie, w grupie Hiszpanów, w której nikt nie mówi po angielsku. Co za nuda. Oni gadają, śmieją się, bawią się świetnie, a ty siedzisz jak kołek i tylko obczajasz, że ktoś powiedział żart, gdy wszyscy nagle parskają śmiechem. A później ci Hiszpanie pytają, czemu ta Polka taka dziwna jakaś, z nikim nie gada, nic się nie odzywa. Musi być jakiś gbur.

Później cierpi się w pracy.

– Ty mi mów, jak czegoś nie rozumiesz – powtarzał szef z hotelu na Lanzarote.

– Chłopie – myślałam sobie wtedy – jakbym się przyznała za każdym razem, kiedy nie rozumiem, to byś mnie już dawno z roboty wywalił.

Na początku mojego pobytu na Lanzarote, uczyłam się więc nie tylko intensywnie hiszpańskiego, ale także opanowywałam sztukę znaczącego potakiwania głową, uśmiechania się i robienia takiego wyrazu twarzy, jakbym wiedziała o co chodzi. Do tego dodaje się kilka słów typu: zgoda, jasne, oczywiście, dokładnie, absolutnie. Ta technika działa szczególnie w przypadku Niemców, którzy bardzo się denerwują, jeśli czegoś nie rozumiesz. Przechylasz więc lekko głowę, potakujesz i mówisz genau. Od takich konwersacji z Niemcami później człowieka boli kark.

Jednak technika – nie mam pojęcia o czym mówisz, ale i tak będę przytakiwać – nie zawsze się sprawdza. Kiedyś do hotelu na Lanzarote, w którym pracowałam, przyjechali pracownicy firmy zewnętrznej, żeby zainstalować wifi. Musieli zostać na parę dni, więc ich w hotelu zakwaterowano. Pewnego piątku przyszedł jeden z tych panów od wifi i coś do mnie mówił. Potakiwałam, uśmiechałam się i mówiłam: tak, tak. Ze dwa dni później przyszła zdziwiona szefowa sprzątaczek, pytając, czy ci od wifi, to jeszcze są w hotelu, czy nie, bo niby pojechali, ale ich rzeczy zostały. Panowie od wifi wyparowali. Szef wkurzony nieco, no bo co to za firma niepoważna, zaczął więc ich poszukiwania. A potem wrócił wkurzony na mnie. Okazało się, że ten od wifi, jak ze mną gadał, to mówił, że wyjeżdżają na weekend, ale wrócą z początkiem nowego tygodnia i pytał, czy mogą rzeczy w pokojach zostawić. A ja przecież kiwałam głową i mówiłam, że tak.

Tak więc teraz w nowej pracy porzuciłam technikę przytakiwania, na technikę pytania, gdy nie rozumiem. I czuję się jak najgorszy uczeń w klasie, gdy wszystkie dzieci znają już odpowiedź, a tylko ostatnie ciągle się gubi i nie wie, o czym mowa. Bo okazało się na przykład, że słowo tetera, które używałam by określić czajnik, tak naprawdę oznacza dzbanuszek, przynajmniej według niektórych. A jak spytałam, to jak właściwie jest czajnik po hiszpańsku, to dwoje Kanaryjczyków i Meksykanka zaczęli taką dyskusję, jakby się spierali czy lepiej wychodzić na pole czy na dwór. Ja jako jedyna nie wiedziałam, że biberón to butelka ze smoczkiem. A jak na zebraniu była mowa, że klienci z jednego pokoju chcieli kupić cuenco de madera, to tylko ja nie wiedziałam, że chodzi do drewnianą miskę. Wszyscy kręcą głowami i mówią ze zdziwieniem – to tego nie wiesz?!

Ale muszę się przyznać, że przy tej całej szczerości i przyznawaniu się, że nie kumam, raz mi się zdarzyło. Ten Niemiec, którego przez telefon nie mogłam zrozumieć, o coś mnie pytał. Trzy razy mi powtarzał, a ja nie mogłam skumać. No i potwierdziłam, że tak, choć nie wiedziałam, o co chodzi. Później w stresie chodziłam, że skandal jakiś wybuchnie. Dwa tygodnie minęły, nie wybuchnął. Chyba mi się upiekło.

Popełnić rybę

Wpadł do nas dzisiaj do pracy włoski przewodnik Antonio z czwórką turystów i już w drzwiach powiedział:

- Po rosyjsku. I tylko po rosyjsku, w żadnym innym języku.

Z całej ekipy jestem najbardziej wschodnioeuropejska i odróżniam rosyjski od ukraińskiego, więc wszystkim wydaję się ekspertem. Szefowa Angielka spojrzała więc na mnie z przerażeniem w oczach i niemym pytaniem: „dasz radę???”, a ja odpowiedziałam spojrzeniem w stylu: „biorę to wyzwanie!!!” i wyrecytowałam turystom jedyne kilka zdań, które umiem.

- Zdrastwujte. Ja gawarju niemnożka pa ruski. Wczyłajem sia w szkoli. Panimaju charaszo, ale gawarju niemnożka, jem zabula.

Na co włoski przewodnik Antonio parsknął śmiechem i mówi:

- Po angielsku. To Anglicy. Ale oni są z Moskwy – pokazał na jedną parę. No to nas nabrał – pomyślałam i odetchnęłam z ulgą. Bo po wypowiedzeniu tych kilku zdań, które już wypowiedziałam, w celu komunikowania się ze wschodniosłowiańskimi turystami musiałabym sięgnąć głęboko do zwojów mózgowych. A tam nie ma nic. Nic po rosyjsku.

I już boli mnie głowa. Od mówienia w tylu językach. Plączą mi się słowa, mieszają reguły gramatyczne. Nauka obcych narzeczy pełna jest mielizn, utrudnień i niebotycznych manowców. Jak na nich utkniesz, to mówisz coś zupełnie innego niż chciałeś powiedzieć. Ku uciesze całej reszty.

Niedawno na przykład zachwalałam Hiszpanom bardzo dobry krem na rozstępy. Ale mi się pomyliło, zamiast „estrías” powiedziałam „estrellas” i wyszło mi ni mniej nie więcej tylko: to krem bardzo dobry na gwiazdy. Zresztą po niemiecku sprzedawałam już zamiast aloesu „für Wunden” (na rany) aloes „für Hunden” (na psy).

Po niemiecku zaczęłam mówić w styczniu tego roku, głównie dzięki temu, że zaprzyjaźniłam się z polsko-niemiecką parą. Wpadałam kiedyś do nich i gdy zapytali, co tam słychać, palnęłam się teatralnie w czoło i rzekłam: Ich habe Kopfkissen. (Mam poduszkę). A do niego chciałam kiedyś powiedzieć „Ich habe vergessen” (zapomniałam), ale wyszło mi „Ich habe vermissen” (tęskniłam). I na linii damsko-męskiej nie była to pierwsza językowa wpadka. Gdy pracowałam z wycieczkami na promach, chciałam kiedyś zapytać Najprzystojniejszego Kapitana czy jest zmęczony, hiszp. „cansado”. Ale zapytałam czy jest żonaty „casado”. Spojrzał na mnie, uśmiał się nieco ze mnie i wyznał, że nie jest żonaty, ale zmęczony i owszem.

Turystom hiszpańskim, którym pokazywałam Fuerteventurę, tłumaczyłam, żeby przypadkiem nie zostawiali w autobusie nic cennego: proszę zabrać ze sobą portfele. A tu nagle cały autobus Hiszpanów w śmiech, bo zamiast „carteras” (portfele) powiedziałam „carreteras”, czyli „drogi”. Chciałam się szybko poprawić, ale znowu nie trafiłam i wyszło mi: proszę zabrać swoje kariery, „carreras”.

Ale i tak na całej Lanzarote najsłynniejsze są wpadki niejakiej Bernadette, francuskiej przewodniczki, która oprowadzała hiszpańskie wycieczki. Otóż Bernadette, jak mi opowiadano, mówi bardzo dobrze po hiszpańsku, ale z francuskim akcentem. I tak, tłumaczyła turystom „aquí cargaban a los muertos” (tutaj zabierano umarłych). Z jej wymową wychodziło jej jednak „aquí cagaban los muertos” (tutaj srali umarli). Albo wpadała do autobusu zamiast powiedzieć kierowcy„me han fallado tres” (nie zjawiło się trzech turystów), mówiła „me han follado tres” (pieprzyło mnie trzech).

Moja nauczycielka niemieckiego ostrzegła mnie, bym nigdy nie pomyliła „bummeln” (spacerować) i bumsen (pieprzyć). Ona kiedyś chciała powiedzieć, że lubi spacerować po lesie.

Zeszłego lata z Młodym Przystojnym, rezydentem jednego z biur podróży wymyślaliśmy sobie błędy językowe, które moglibyśmy popełnić, ale jeszcze ich nie popełniliśmy. Wśród pomysłów było na przykład „cometer pescado” (popełnić rybę) a nie „pecado” (grzech). I to właśnie Młody Przystojny jest moim number one na liście pomyłek typu nie to chcę powiedzieć.

- No i wpadłem spóźniony na tę lekcję niemieckiego. Głupio mi było, że tak nie na czas, chciałem jakoś zatrzeć to moje spóźnienie, przedstawić się, no i powiedziałem: ich szajse Marek!

Halo, czy jest Pan Jezus?

Dziwne są hiszpańskie imiona. Szczególnie dla kogoś, kto dopiero uczy się języka i próbuje się w tym języku ogarnąć. Przypomniało mi się to ostatnio, gdy dzwoniłam do prawnika, który zajmuje się moim rozliczeniem podatkowym. Tenże prawnik ma na imię Jesús, a ponieważ ja jestem dobrze wychowana, kiedy dzwonię, nie pytam – „cześć, jest Jesús?” – ale – „dzień dobry, czy jest Señor Jesús?”. I jak tylko to wypowiedziałam, zaraz w myślach przetłumaczyłam sobie na język polski i dotarło do mnie, że do samego Pana Jezusa dzwonię. Tak z rana, przy kawie.

W hotelu na Lanzarote pracował jeden Hiszpan o imionach José Domingo. Zawsze miałam problem, jak się mam do niego zwracać, aż w końcu pewnego dnia odważyłam się i postanowiłam zapytać:

- Tak właściwie to jak się do Ciebie zagadywać? José Domingo, czy tylko José, czy tylko Domingo? Albo jeszcze jakoś inaczej?

- Jak chcesz – odparł, uśmiechając się szeroko i tak mnie zostawił w tym moim zakłopotaniu.

Zeszłego lata pracowałam jako przewodnik i jeździłam w wycieczkami z Lanzarote na Fuerteventurę. Cholernie przejęta, bo to była moja pierwsza w życiu praca jako przewodnik, mam ludziom wyspę pokazywać i mówić do nich w różnych językach. Na pierwszej wycieczce na Fuerteventurze przedstawiam się kierowcom autobusów, z którymi mam pracować i jeden mi mówi, że ma na imię Iluminado. Jak sobie sprawdzicie w słowniku hiszpańsko-polskim, wyczytacie, że „iluminado” znaczy „oświetlony”. A słownik języka hiszpańskiego podaje definicję: „Una persona que se cree inspirado por un poder sobrenatural [...] o que cree estar en posesión de la verdad absoluta y tener conocimientos superiores a los de los demás.” Czyli: „Osoba, która wierzy, że posiada nadnaturalną moc […] lub wierzy, że zna prawdę absolutną i posiada wiedzę najwyższą”.

- Mam na imię Iluminado – mówi mi więc ten kierowca. – I dorzuca: – W skrócie Lumi.

A ja myślę sobie – no niezły dowcipniś, widzi, że laska (w sensie ja) przerażona, nowa praca, no tak, jak człowiek jest obcokrajowcem, do tego blondynką o delikatnym typie urody, to od razu mu trzeba robić takie żarty. I z miną pewniaka, że przejrzałam go na wskroś, mówię:

- No świetny żart. A tak naprawdę to jak masz na imię?

- To jest moje imię. Iluminado. Lumi – upiera się.

Przez kolejne trzy tygodnie na każdej wycieczce opowiadałam turystom: „Dzień dobry. Witam Państwa na Fuerteventurze. Nasz kierowca twierdzi, że nazywa się Iluminado, co po polsku znaczy Oświetlony, tudzież Oświecony. I ja nie wiem proszę Państwa, czy to żart, czy on tak na poważnie”.

I pytałam się Niemieckiego Blondyna, przewodnika, z którym pracowałam:

- Ciągle mi te żarty robi z imieniem. Jak on się naprawdę nazywa?

- To nie jest żart – odpowiadał Niemiecki Blondyn.

W końcu wreszcie uwierzyłam więc, że Lumi na imię Lumi i dałam sobie spokój. Do czasu, aż pewnego dnia miałam w autobusie wycieczkę Hiszpanów. I mówię do nich: „Dzień dobry. Witamy na Fuerteventurze. Nasz kierowca nazywa się Iluminado…” i nie mogłam dokończyć, bo cały autobus buchnął śmiechem. Hm, coś jest nie tak – myślę sobie – jak Hiszpanie się śmieją, to jednak to faktycznie jest żart. No ale mnie wkręcili i to jeszcze z Niemieckim Blondynem pospołu. Miesiąc to może trwało albo i dłużej, aż zrozumiałam wreszcie, że Iluminado ma na imię Iluminado.

I zaczynałam każdą wycieczkę, mówiąc: „Dzień dobry. Witamy na Fuerteventurze. Nasz kierowca nazywa się Iluminado, po polsku Oświetlony. Mówi ktoś z Państwa po hiszpańsku? Nie? Jak człowiek się uczy hiszpańskiego, to ma niezłą zagwozdkę z imionami. Na przykład tu pracuje Iluminado, ale mamy też innego kierowcę, który nazywa się Domingo, czyli Niedziela. Jest jeszcze imię, żeńskie Concepción, po polsku oznacza Poczęcie. I proszę sobie wyobrazić, że przy niedzielnym obiedzie przy stole siedzą pan Oświetlony, pan Niedziela i pani Poczęcie. O czym by mogli rozmawiać?