Archiwa kategorii: dylematy

Wyjechać czy nie wyjechać?

Camper mieszka na Gran Canarii. Przeniósł się na Wyspy Kanaryjskie z Wielkiej Brytanii, gdzie miał dobrą pracę, dobre zarobki, no i właściwie mógłby się ustatkować. Ale jak tu się ustatkować, kiedy człowiekowi tłuką się po głowie te marzenia i zapomnieć o sobie nie dają. Na liście tych marzeń było zamieszkać na Gran Canarii i nauczyć się hiszpańskiego, więc zamieszkał i się nauczył. Spełnione. Teraz jedzie do Polski zbudować sobie furgonetę, takiego super campera i ruszyć w nim podróż, bo to kolejna pozycja na liście marzeń.

Nie chodzi o to, żeby wszyscy nagle wyszli z biur, rzucili swoje poukładane życie i jechali do dżungli, do Tajlandii albo na Mount Everest. Bycie nomadem wcale nie jest lepsze czy gorsze od pracy pięć dni w tygodniu między siódmą a piętnastą i weekendu na działce. Grunt, to odkryć, do której grupy się należy. Nie ma nic gorszego niż tłuc smutno w klawiaturę przez osiem godzin dziennie w korporacji, jeśli człowiek chce być gdzieś indziej. Jeśli więc ciągle się zastanawiacie, wyjechać czy zostać, rzucić to wszystko czy wziąć kredyt i zasadzić pelargonie, i dręczy was to, i nęka, i nie potraficie podjąć decyzji, zróbcie sobie krótki test. Zobaczcie ten kawałek zespołu Calle 13 z Puerto Rico. Wrzucam wam tu tłumaczenie z hiszpańskiego, ale w sumie sam teledysk jest tak wymowny, że jeśli nawet nie zrozumiecie tekstu, będziecie wiedzieć, o czym jest. Więc jeśli podczas słuchania tego kawałka, coś was ściska w dołku, to macie odpowiedź. Czas pakować walizki. Mnie zawsze ściska, nie ważne ile razy bym oglądała ten klip.

 La vuelta al mundo
No me regalen más libros
Por que no los leo
Lo que he aprendido
Es porque lo veo
Mientras más pasan los años
Me contradigo cuando pienso
El tiempo no me mueve,
Yo me muevo con el tiempo
Soy las ganas de vivir,
Las ganas de cruzar
Las ganas de conocer
Lo que hay después del mar

Yo espero que mi boca nunca se calle
También espero que las turbinas de este avión
Nunca me fallen
No tengo todo calculado,
Ni mi vida resuelta
Solo tengo una sonrisa
Y espero una de vuelta

Yo confío en el destino
Y en la marejada
Yo no creo en la iglesia
Pero creo en tu mirada
Tú eres el sol en mi cara
Cuando me levanta
Yo soy la vida que ya tengo
Tú eres la vida que me falta
Asi que agarra tu maleta,
El bulto, los motetes
El equipaje, tu valija,
La mochila con todos tus juguetes.

Y! Dame la mano
Y vamos a darle la vuelta al mundo
Darle la vuelta al mundo
Darle la vuelta al mundo

La renta, el sueldo,
El trabajo en la oficina
Lo cambié por las estrellas
Y por huertos de harina
Me escapé de la rutina
Para pilotear mi viaje
Por que el cubo en el que vivía
Se convirtió en paisaje
Yo! era un objeto
Esperando a ser ceniza
Un día decidí
Hacerle caso a la brisa
A irme resbalando detrás de tu camisa
No me convenció nadie
Me convenció tu sonrisa

Y me fui tras de ti
Persiguiendo mi instinto
Si quieres cambio verdadero
Pues, camina distinto
Voy escaparme hasta la constelación mas cercana
La suerte es mi oxigeno
Tus ojos son mi ventana
Quiero correr por siete lagos
En un mismo día
Sentir encima de mis muslos
El clima de tus nalgas frías
Llegar al tope de la tierra.
Abrasarme con las nubes
Sumergirme bajo el agua
Y ver como las burbujas suben

Y! Dame la mano
Y vamos a darle la vuelta al mundo
Darle la vuelta al mundo
Darle la vuelta al mundo

Dookoła świata
Nie dawajcie mi więcej książek
Bo ich nie czytam
To czego się nauczyłem
Nauczyłem się, bo patrzę
Podczas gdy mijają kolejne lata
Zaprzeczam sobie, kiedy myślę
Czas mną nie porusza
Ja się poruszam z czasem
Jestem pragnieniem by żyć
Pragnieniem by przekraczać
Pragnieniem by poznać
Co jest za morzem

Mam nadzieję, że moje usta nigdy się nie uspokoją
I mam nadzieję, że turbiny tego samolotu
Nigdy mnie nie zawiodą
Nie mam nic zaplanowanego
Ani poukładanego życia
Mam tylko uśmiech
I oczekuję uśmiechu w zamian

Ufam przeznaczeniu
I wysokiej fali
Ja nie wierzę w Kościół
Ale wierzę w Twoje spojrzenie
Ty jesteś słońcem na mojej twarzy
Kiedy mnie budzi
Ja jestem życiem, które już mam
Ty jesteś życiem, którego mi brakuje
Więc chwyć Twoją walizkę
Bagaż, kufer
Paczki, walizkę
Plecak i wszystkie Twe zabawki

I! Daj mi rękę
I ruszymy dookoła świata
Dookoła świata
Dookoła świata

Dochody, wypłatę
Pracę w biurze
Zamieniłem na gwiazdy
I na ogrody mąki
Uciekłem od rutyny
By pilotować moją podróż
Bo pudło, w którym żyłem
Stało się mym krajobrazem
Ja byłem przedmiotem
Czekającym by obrócić się w popiół
Pewnego dnia zdecydowałem
Wysłuchać wiatru
Iść, potykając się, za Twoją koszulą
Nikt mnie nie przekonał
Przekonał mnie Twój uśmiech

I poszedłem za Tobą
Śledząc mój instynkt
Jeśli chcesz prawdziwej zmiany
Cóż, idź gdzieś indziej
Ucieknę aż na najbliższą z konstelacji
Szczęście jest moim tlenem
Twoje oczy są moim oknem
Chcę przebyć siedem jezior
W ciągu jednego dnia
Czuć na moich udach
Klimat Twych zimnych pośladków
Dotrzeć na szczyt Ziemi
Objąć chmury
Zanurzyć się w wodzie
I widzieć, jak unoszą się bąbelki

I! Daj mi rękę…

 

Should I stay or should I go?

Lepiej mieszkać za granicą czy w Polsce? W mieście czy na uboczu? Zarabiać wielką kasę i piąć się po szczeblach kariery czy usiąść spokojnie i cieszyć się, że kawa tak dobrze smakuje i tuż obok baru, gdzie się tę kawę pije, statki zawijają do portu, i jest tak nieziemsko leniwie i dobrze? Ale może za pięćdziesiąt lat będę żałować, że zamiast świat podbijać zajmowałam się piciem kawy i oglądaniem portów? I koniec końców nic z tego nie mam? No bo jakie korzyści ma się z tego, że kiedyś było przyjemnie? Ale czy ze wszystkiego trzeba mieć jakąś korzyść? A jak już zrobię tę karierę, dostanę nagrodę, przyjdzie prezes i uściśnie mi dłoń, to będzie znaczyło, że życie miało sens? Co jest lepsze: uścisk dłoni prezesa czy kawa w porcie?

Może wrócę do Polski, znajdę stałą pracę, od siódmej do piętnastej tak jak Pan Bóg przykazał? I będę siedzieć po godzinach, bo przecież jest kryzys, tak wypada i wszyscy siedzą po godzinach? I kupię mieszkanie za jakiś kredyt na czterdzieści lat? I będę pracować czterdzieści lat, żeby zapłacić za te czterdzieści metrów kwadratowych? Metr kwadratowy na rok, chyba nie wychodzi źle, a może jednak to kiepski kredyt jest? I po co się tak po świecie włóczyć, kiedy można by sobie spokojnie w swoim kraju spłacać kredyt?

Czy praca zawsze musi być ambitna? Czy bardziej ambitnie jest być pracownikiem korporacji czy małego biura wycieczek? Czy to grzech mieć pracę, w której nie planuje się żadnych strategii, szeroko zakrojonych projektów i przedsięwzięć w oparciu o wnikliwą analizę baz danych? Czy to grzech wyjść o siedemnastej, wyłożyć się na plaży i mieć całą resztę w pewnym zacienionym miejscu swego ciała? Czy jak się gdzieś biegnie to należy wiedzieć po co? Czy jak już jest tak dobrze i wygodnie, to nie jest źle, bo jest za wygodnie? Czy można wszystkie wieczory spędzać na przyjemnościach i nie zapisać się na żadem kurs językowy, ani obsługi Excella? Czy jestem już takim strasznym troglodytą bez pasji, bo mi się nie chce? Czy można sobie tak zwyczajnie, najzwyczajniej w świecie odpuścić?

Pyszna ta kawa. I właśnie wpływa do portu prom z Lanzarote.