Archiwa kategorii: Bez kategorii

Czuła wiadomość bankowa

Miało być dzisiaj o mężczyznach, ale będzie o bankach. Banki przyprawiają tutaj o większy ból głowy niż mężczyźni. Kiedy bank wystawi cię do wiatru, inny bank cię nie pocieszy. A jak chcesz odejść, to nie chce dać ci rozwodu i przeciąga sprawę.

Musiałam niedawno zakupić ubezpieczenie na samochód. Jestem kierowcą jeszcze dosyć świeżym i w minionym roku wraz z moim świeżo zakupionym autem miałam pewną przygodę na parkingu, kiedy to na drodze wyjazdowej znienacka wyrosły dwa samochody. W wyniku tej przygody mój ubezpieczyciel samochodowy podniósł mi cenę. Na 1529 euro na rok. Wpadłam w depresję, sprawdziłam tysiąc innych firm, okazało się, że chcą jeszcze więcej pieniędzy, znów wpadłam w depresję, pogodziłam się losem, zakupiłam makaron i przecier pomidorowy na miesiąc, myśląc, czy dużo schudnę na diecie zwanej ubezpieczeniem.

Aż tu nagle jeden z brokerów znalazł mi ubezpieczenie za połowę ceny. Wpadłam w euforię, podpisałam umowę z nową firmą i zadzwoniłam do starej, żeby zrezygnować. Dowiedziałam się jednak, że spóźniłam się o jeden dzień, więc ubezpieczenie zostało automatycznie przedłużone. I w całym wszechświecie nie ma już żadnego, ale to żadnego sposobu by zrezygnować dzień po terminie. A jak nie zapłacę, to firma zastrzega sobie prawo do wkroczenia na drogę sądową albo trafię na listę dłużników. Jednak jeśli fakt, że będę figurować na jakiejś liście sprawi, że zaoszczędzę ponad 1500 euro, to ja chętnie złożę autograf.

I poszłam do banku, bo w hiszpańskich bankach jest tak, że firmy, np. telefonia komórkowa, same ściągają pieniądze z konta. Trzeba więc zablokować. Tymczasem Pan z Banku, który mnie obsługiwał, wziął kartkę i zaczął rysować. Narysował strzałkę.

- To jest strzałka – powiedział. – Tą drogą firma przysyła kwit i tutaj mogę zablokować.

Obok narysował drugą strzałkę.

- Ale tutaj jest taka nowa droga i tutaj nie mogę zablokować – stwierdził.

- Jak to? – zdębiałam. – Mogą sobie tak ściągnąć tysiąc pięćset euro bez mojej zgody?

- Mogą – potwierdził. – Ale Ty się nic nie martw. Jak ściągną, to zrobisz zwrot i będzie po kłopocie.

- Ale ja nie chcę, żeby ściągali – burzyłam się.

- To możesz jeszcze wypłacić wszystkie pieniądze. Wtedy nie będą mieli z czego ściągnąć. No ale mogą też i tak ściągnąć, i bank zrobi Ci minus na koncie. Choć w sumie nie powinien. Tego jednak to do końca nie wiadomo, czy ten minus zrobią. O tym decyduje oddział banku, gdzie założyłaś konto. A gdzie Ty założyłaś konto? W Arrecife na Lanzarote? W tym dużym oddziale? Co Ci do głowy przyszło, żeby zakładać konto takim dużym oddziale? Przecież wiadomo, że takie oddziały gorzej działają.

- Ja tam nic nie wiedziałam. Nowa byłam w tym kraju.

- No to teraz musisz sprawdzać konto i patrzeć, czy ściągnęli.

Jakieś dwa trzy tygodnie po tej rozmowie wybrałam się znów do banku. I był ten sam Pan z Banku. Chciałam się kilku rzeczy dowiedzieć. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

- To jakie ja mam właściwie te konta? Jedno zwykłe, jedno oszczędnościowe?

- Tak. To Ty nie wiesz? – spytał.

- Tak zawsze myślałam, ale ten pan tutaj w kasie – pokazałam ręką na okienko z prawej strony – to mnie ostatnio przekonywał, że oba są oszczędnościowe.

- A nie, nim to się nie przejmuj – machnął ręką. – On właśnie odszedł na emeryturę.

- A ile dokładnie wy mnie za te konta kasujecie?

- Jeśli masz środki na koncie to nic. Jak konto puste, to wtedy bank zaczyna naliczać opłaty. A Ty tu masz zero na obu, musisz jakieś pieniądze wpłacić.

- Specjalnie wyzerowałam, żeby mi to ubezpieczenie nie ściągnęło. No i kto mi poradził, żeby konto wyzerować? – spojrzałam na niego wymownie.

- Ja? – zaczął się śmiać.

- To ile mi teraz bank zacznie naliczać? I kiedy? Jak długo to zero mogę mieć?

- A tego to nie wiadomo.

- Jak to? Proszę sprawdzić – stwierdziłam. Postukał coś więc i postukał w klawiaturę, i mówi:

- Nie mogę. Mam tutaj zablokowane – odpowiedział.

- A jeśli chcę zamknąć konto, to na ile bank mnie skasuje? – dopytywałam się.

- To zależy, kiedy je zamkniesz, ile będziesz mieć na nim środków.

- To załóżmy, że dziś. Teraz. To ile wyjdzie? – drążyłam temat. A on stukał w klawiaturę i mówił, że to tak nie wiadomo, tak się nie da.

- Trzeba zamknąć, żeby wiedzieć ile? – podsumowałam.

- Tak – przyznał.

- No to zamykamy – poleciłam. – Pan bardzo miły, ale ten bank to macie fatalny – oceniłam. Trochę się bronił, mówił, że bank fajny, aż w końcu spojrzał na mnie wymownie, zniżył głos:

- Ja tu pracuję od kilku miesięcy. Wcześniej pracowałem w innym banku - wyznał jak na spowiedzi. – A teraz, żeby zamknąć konto musimy zadzwonić do Twojego macierzystego oddziału. A oni nigdy nie odbierają telefonu.

Złapał za słuchawkę, wykręcił numer i dzwonił. Ja zaś siedziałam i patrzyłam, jak on z pięć razy wybierał numer.

- Oni tam w Arrecife to nigdy nie odbierają – wyjaśnił mi. – Ale jak oni do nas dzwonią, to my też nie odbieramy - mrugnął do mnie.

- Hm, czyli nie możemy zamknąć konta – wydedukowałam. – To co ja mam teraz zrobić? Będę tu tak codziennie przychodzić, siadać naprzeciwko i patrzeć jak Ty wykręcasz numer, a oni nie odbierają?

- Nic się nie martw – uspokoił mnie. – Napiszę im maila. Tam pracuje moja przyjaciółka, ona mi odpowie. Już jej napiszę maila, ale wiesz, takiego z czułością. Na bank zadziała.

Kanaryjczycy czasu nie mierzą

Chadzamy sobie ostatnio na spacery z Francuzką Marion i jej psem Fulką. Najpierw z Marion robimy godzinną trasę wokół Corralejo, tak żeby uprawiać treking i być fit. Jeszcze bez Fulki, bo jest cokolwiek stary i nie może tyle chodzić. Później zaglądamy do mieszkania Marion, zabieramy psa i ruszamy deptakiem nad oceanem. Trzeba się rozglądać czy nie ma wokół lokalnej policji, bo Fulka drepta nielegalnie spuszczony ze smyczy. Tak sobie idziemy, Marion co rusz nawołuje psa i brzmi to bardzo zabawnie, bo imię Fulka po francusku znaczy „wynoś się” i właściwie to nie jest żadnym imieniem. Ale tak nazywał się pies w jednej z komedii z Louisem de Funès – jak tłumaczy Marion – i tak jej się to spodobało, że jak tylko kupiła psa, nie miała wątpliwości jak go nazwać. Idziemy więc sobie a Marion co chwila krzyczy „wynoś się chodź tu”.

W Corralejo na nadmorskim deptaku, tuż przy wyjściu z portu, na słupie jest mała świecąca reklama supermarketu i elektroniczny zegar. I choć jest już grubo po dwudziestej trzeciej, zegar wyświetla godzinę 18.51. Idziemy z wolna, o czymś tam gadamy, nagle Marion się zatrzymuje pokazuje na ten zegar i mówi z przejęciem:

- Jestem na Fuerteventurze od dwunastu lat i przez ten cały czas tu jest wiecznie 18.51. Jak kiedyś ustawią ten zegar, to padnę na zawał!

Canarias no se vende. Kanary nie są na sprzedaż.

Siadam przed komputerem i nie wiem. Trzeba zrobić porządny opis wszystkich wysp, napisać historię o dziecku, które wpadło do klozetu (spokojnie, tak naprawdę nie wpadło), naszkicować jak wygląda życie w Costa Teguise, wrócić do tej historii z karierą w animacji, bo ciągle jeszcze tej historii wam nie dokończyłam. I za co tu się najpierw zabrać? Za dużo się dzieje, za dużo życia w życiu. Nie ogarniam.

Ale ostatnio wydarzyło się coś, co sprawia, że wszystkie historie usuwają się na dalszy plan, że wszystko inne nieco blaknie i płowieje. Wyspy Kanaryjskie się zbuntowały, protestują. Rząd hiszpański wydał zgodę na wydobywanie ropy naftowej u wybrzeży archipelagu, około 60 kilometrów od kanaryjskich brzegów. Koncern Repsol ma zielone światło by zacząć wiercić. Niby nic, przecież wszyscy mamy samochody, które nie są napędzane wodą morską. Dlaczego właśnie się buntujemy?

Wyspy Kanaryjskie żyją z turystyki. Trudno uwierzyć, że ktoś będzie chciał przyjechać na rajskie wakacje w pobliżu platform wiertniczych. Poważnie ucierpi gospodarka wysp, na których mieszka 2 mln 75 tys. ludzi. No dobrze, powiecie, przecież wydobywanie ropy to przecież żyła złota, na tym się będzie zarabiać pieniądze. Tak, ale kto je zarobi? Właściciele koncernu, rząd hiszpański i zatrudnieni na platformach. Wąska grupa ludzi wzbogaci się szybko i gwałtownie, mieszkańcy wysp zubożeją.

Na północ od Lanzarote znajduje się ściśle chroniony rezerwat przyrody morskiej, największy w Hiszpanii. Na przykład maleńka wysepka Montaña Clara to strefa ochronna dla ptactwa morskiego. Tymczasem rząd hiszpański zgadza się by dosłownie rzut beretem, 10 kilometrów od obszarów chronionych Repsol wiercił w dnie morskim na głębokość 5 tys. metrów. To tak jakby budować elektrownię atomową w Poroninie. Pamiętacie polskie pomysły by przeprowadzić autostradę przez dolinę Rospudy?

Wyspy położone najbliżej planowanych odwiertów to Fuerteventura i Lanzarote. Nie ma na nich żadnych źródeł słodkiej wody. Sto procent zapotrzebowania na wodę pitną dostarczana jest z oceanu dzięki odsalarniom wody morskiej. W przypadku awarii platform i wycieku ropy do oceanu odsalarnie trzeba będzie wyłączyć. Według symulacji zagrożeń, w przypadku awarii plama ropy dotrze do brzegów Fuerteventury w ciągu 48 godzin, a na Lanzarote w ciągu trzech dni. Tyle że symulację przygotowano, zakładając wydobycie na poziomie trzech tysięcy baryłek dziennie. Tymczasem Repsol chciałby wydobywać od 140 tys. do 150 tys. baryłek dziennie. Mieszkańcy Lanzarote i Fuerteventury oraz turyści zostaną bez wody na wyspach, na których deszcz pada kilkanaście razy w roku. Ani Repsol, ani rząd hiszpański nie ma żadnego planu awaryjnego na wypadek gdyby doszło do skażenia wody. Do Hiszpanii na Półwysep Iberyjski jest ponad tysiąc pięćset kilometrów przez ocean. Pobliskie, położone ponad sto kilometrów Maroko też będzie się zmagać z plamą ropy. Nikt nie wie, jak miałaby wyglądać ewakuacja mieszkańców i turystów.

W sobotę 7 czerwca na wszystkich wyspach odbyły się protesty. Przyszło tysiące ludzi. Problem jednak polega na tym, że z perspektywy położonej na Półwyspie Iberyjskim Hiszpanii problem wysp wydaje się odległy i peryferyjny. A to właśnie w Madrycie zapadają decyzje dotyczące przyszłości wysp. Kanaryjczyków jest też za mało, by podczas wyborów w Hiszpanii ich głos stanowił o czyjejś wygranej lub porażce. Walka toczy się oczywiście o pieniądze. Kanaryjczycy uważają jednak, że ich wyspy nie są na sprzedaż.

Młodzi wyluzowani

Pierwsze wrażenie po przyjechaniu na Fuerteventurę to – oprócz oczywiście zachwytu nad fantastycznymi plażami – poczucie kolosalnej pustki. Wyspa ma 100 kilometrów długości i te kilometry to w większości wulkaniczne, półpustynne krajobrazy. Skały, niebo i niewiele więcej.

- Tu nic nie ma – powtarzają często turyści, którzy woleliby znaleźć się w miejscu pełnym deptaków i pasaży handlowych. Tym turystom wytrwale polecamy Gran Canarię. Na Fuerteventurze, poza granicami miejscowości, łatwiej spotkać kozę niż człowieka. Jednak jeśli się tu trochę pomieszka można dojść do wniosku, że to nie tylko wyspa kóz. Są tu też o dziwo ludzie, sporo przyjezdnych, młodych, dwudziesto- i trzydziestoparolatków z całej Europy. Łączy ich jedno: mają już dość robienia kariery.

- Przez trzynaście lat pracowałam w reklamie – opowiada spotkana na imprezie Włoszka. Dom w szeregowej zabudowie, jakich sporo w Corralejo, taras z widokiem wprost na basen, mięso smaży się na grillu – specjalność Argentyńczyka, który od lat mieszka na Fuercie, a impreza oczywiście, jak na Fuerteventurę przystało, u surferów. Włoszka, modnie ubrana, jak z czasopisma o modzie, w którym króluje styl „urban”, krótko przycięte blond włosy, opadająca na czoło grzywka, świetnie dobrane okulary. Dziewczyna ciągnie swoją opowieść o tym, jak bardzo można mieć dość. Tego, że się jest ciągle pod telefonem, pracy w stresie po dwanaście godzin na dobę, że tak na dobrą sprawę się z tej pracy nie wychodzi. Że właściwie bardzo szybko okazuje się, że poza pracą nie masz żadnego życia. Nic.

Na początku oczywiście było fajnie. Podobało mi się. Miałam takie poczucie, że jestem w centrum wszystkiego, tyle się dzieje, tyle życia wokół, energii – opowiada. Ale z czasem ma się dość, długo tak się nie wytrzyma. Na Fuerteventurze pracuje w knajpie i jest zadowolona. Teraz żadnej kariery i żadnych wielkich miast. Wyspa jest super.

- Pracowałem w banku. To kompletnie nie dla mnie. Nigdy więcej – mówi Niemiec, który wychował się we Włoszech. Towarzysz z pracy w centrum aloesu.

- Mogłabym mieszkać w Bukareszcie i robić karierę. Jestem dobra w moich fachu. Ale teraz jestem tutaj i jest dobrze – to znowu Rumunka, z zawodu grafik komputerowy.

I tak pracujemy sobie – dziennikarka z Polski, rumuńska specjalistka grafiki komputerowej, Hiszpan – informatyk, niemiecko-włoski bankowiec, kolejna Włoszka – magister ekonomii, Angielka, która studiowała języki obce w zarządzaniu firmami. I strach przed samym sobą się przyznać, że praca, w której nie spędzasz kilkunastu godzin dziennie i nie pijesz piętnastu kaw, która cię nie stresuje nic a nic, wręcz przeciwnie – jest spokojna i sympatyczna, która jest powtarzalna, w której nie musisz o nic z nikim konkurować, która nie stawia przed tobą kolejnych projektów-wyzwań-szeroko-zakrojonych-przedsięwzięć-w-biegu-po-uścisk-prezesa, otóż taka praca bardzo ci się podoba. I zastanawiasz się już, czy cierpisz na potworny zanik ambicji, czy po prostu świat, w którym tkwiłeś wcześniej, do reszty zwariował.

I w którąś spokojną, majową niedzielę, gdy akurat trwa tzw. niski sezon i mało jest turystów, gdy akurat nikt nie zagląda do sklepu, a wszystko już zrobione i uporządkowane, siadamy na sofie i toczą się rozmowy.

- Włochy są teraz w fatalnym stanie, fatalnym – twierdzi Felippe. – Wszyscy gonią za kasą, zwariowali, nic innego się nie liczy, tylko pieniądze i pieniądze. Jakie auto kupić, w co się ubrać. Fatalnie, fatalnie.

- Jak to? – dopytuję się. – A ci z nurtu eko, co to chcą powrotu do natury i walczą z nadmiernym konsumpcjonizmem? Albo anarchiści ze squotów? No i hipisi?

- Nie ma albo jest i strasznie mało. Większości goni za pieniędzmi. I kupuje. No ale jasne, jeśli pracujesz tyle czasu, musisz jakoś odreagować, idziesz na zakupy. Kupujesz, kupujesz, nie wiadomo po co.

- Od kiedy tu mieszkam, odkryłam, że człowiek wcale tyle nie potrzebuje. Tak naprawdę do życia potrzebuje niewiele -  mówi angielska szefowa, specjalistka od języków z zarządzaniu firmami.

- Tutaj się możesz ubrać, jak ci się żywnie podoba. Nikogo to nie obchodzi. We Włoszech patrzą i komentują – dorzuca Felippe.

Najbardziej rewolucyjny pogląd wygłosiła jednak przy innej dyskusji dziewczyna z biura, stąd, z Fuerteventury, Majorera.

- Ja tam nie będę kupować mieszkania. Wcale nie trzeba mieć własnego mieszkania. Później okazuje się, że nie masz pracy i nie masz z czego spłacać kredytu – oświadczyła.

Jak to? – nie mogłam uwierzyć. – Lepiej mieć swoje. Przecież tak czy tak musisz płacić za wynajmem. Nieważne, że stracisz pracę. No przecież gdzieś musisz mieszkać.

- Jak będziesz w bardzo trudnej sytuacji, możesz na jakiś czas wrócić do rodziców. Rodzina, przyjaciele, zawsze ci ktoś pomoże. To oczywiście rozwiązanie na jakiś czas. Ale nie musisz, nie musimy mieć swojego mieszkania. A wmówili nam, że musimy.

Jak kupują narody

Jedna z moich rozlicznych prac na wyspach (w sumie było ich pięć w ciągu niespełna dwóch lat – prac, a nie wysp) to sprzedawanie w centrum aloesowym na Lanzarote i Fuerteventurze. Wchodzi klient, trzeba mu więc wytłumaczyć co to takiego ten aloes, do czego służy, pokroić roślinę na jego oczach i dać mu się tą rośliną wysmarować. Troszkę opowiedzieć o produkcji, w jakim klimacie aloes rośnie najlepiej, a później wysławić pod niebiosa aloesowe soki i kremy. Po jakimś czasie odkrywasz, że każda nacja kupuje na swój sposób.

Anglicy:
Są szalenie uprzejmi i wszystko im się podoba.
- My pracujemy z odmianą, która nazywa się Aloe Vera Barbadensis Miller.
- Oh, lovely!
- Na całym świecie jest około trzystu różnych odmian aloesu.
- Oh, lovely!
- Aloe Vera Barbadensis Miller pochodzi z Wysp Kanaryjskich i Wysp Zielonego Przylądka.
- Oh, lovely!
- Gdy przekroimy liścia, pierwsze, co widzimy, to żółta substancja zwana aloiną. Pozbywamy się jej, bo jest potwornie gorzka i silnie przeczyszczająca.
- Oh, lovely!

Niemcy:
Niemcy muszą wszystko wiedzieć. Niemcy zastanawiają się długo, pytają o wszystko. Skąd pochodzi witamina C, którą używacie, jak działa maszyna, za pomocą której robicie krem do rąk i do stóp? A ten krem z ekstraktem ze ślimaka – jakiego gatunku są ślimaki?
Jedna Niemka w jednym ze sklepów na Fuerteventurze powąchała perfumy, tzn. psiknęła tymi perfumami na bibułkę i tę właśnie bibułkę powąchała. Kilka dni później przyjechała do sklepu oddalonego o trzydzieści kilometrów i spytała, czy może psiknąć sobie tymi perfumami na skórę, bo przecież na skórze to inaczej pachnie. Psiknęła, po czym stwierdziła, że musi to jeszcze przemyśleć.

Francuzi:
Nigdy nie odzywaj się do Francuza w jakimś innym języku niż francuskim. Na dźwięk angielskiego czy hiszpańskiego odwracają się na pięcie i uciekają. Jeśli ośmielisz się powiedzieć Je ne parle pa francais, zobaczysz minę tak oburzoną i zdziwioną, jak gdybyś przyznał się otwarcie, że jesteś barbarzyńcą i na dodatek ci się to podoba. Francuzi, będąc na wyspie tydzień czy dwa, są bardzo odporni na naukę języków obcych. Bronią się nawet przed hiszpańskim Hola i uparcie powtarzają to swoje Bonjour.
Francuzi generalnie przyjeżdżają do centrów aloesowych, bo tak trzeba i tak mówi przewodnik. Kompletnie ich nie interesują enzymy, ani witaminy z aloesu, nie słuchają wyjaśnień, ale przygotowali to swoje osiemdziesiąt czy sto euro i trzeba je wydać. Kupują więc. A potem dzwonią, pytając, do czego służy to coś w butelce z różową etykietą.

Hiszpanie:
- Dlaczego to wszystko jest takie drogie???

Rosjanie:
Rosjan podsumowała jedna z przewodniczek – generalnie nie kupują, ale jak już kupują, to za minimum trzysta euro. Ot, takie drobne wydatki.

Polacy:
Witaminy, minerały, świetne na skórę. Wszystko fajnie.
- Ale jest nalewka z aloesu? To co z tą nalewką????

Taka sytuacja

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego mieszkacie w tym a nie innym miejscu na Ziemi?

- Zawsze chciałam mieszkać w Polsce, bo to piękny kraj. Ale mieszkam na Wyspach Kanaryjskich.

- Bardzo lubię zimę i jeździć na nartach. Ale na Wyspach Kanaryjskich nie ma i się nie da.

- Nie uprawiam żadnych sportów wodnych. Ale siedzę na Fuerteventurze w knajpie z widokiem na ocean w towarzystwie samych surferów, którzy nie gadają o niczym innym jak tylko o surfowaniu.  W knajpie są trzy wielkie telebimy, a na nich w kółko można oglądać… surferów.

- Nawet nie umiem porządnie pływać. Ale siedzę na Fuerteventurze w knajpie z widokiem na ocean i w towarzystwie samych surferów… Jeśli ktoś akurat nie surfuje, to przygotowuje się do zawodów, kto najszybciej przemierzy wpław cieśninę między Lanzarote i La Graciosą. Cieśnina nie ma nawet trzech kilometrów, ale silne prądy morskie utrudniają pływanie. Co roku startuje w nich także Angielka, która ma ponad osiemdziesiąt lat. Słucham tych historii i wciąż nie umiem pływać.

- Bardzo lubię góry, więc opowiadam surferom o Karpatach. Nie wiedzą, o czym mówię. Na szczęście jedna z dziewczyn jest Rumunką, to się orientuje.

- Uwielbiam chodzić do lasu. Ale mieszkam na wyspie wulkanów, gdzie nie ma drzew.

- Uważam, że najpiękniejsze na świecie są zielone wzgórza. Ale mieszkam na wyspie wulkanicznych skał. Trawa tu nie rośnie, bo jest za sucho.

- Mam alergię na kurz. Ale mieszkam na wyspach, na które dociera wiatr znad Sahary razem z kurzem i piaskiem, więc parę razy do roku umieram.

- Słucham ukraińskiej muzyki ludowej. Hmmmm…

 

Ostatnio widziałam film o zielonym i pełnym fantastycznych gór Kraju Basków. Obawiam się, że jestem utajonym Baskiem, ale jeszcze o tym nie wiem. I nie mogę sobie przypomnieć czy należę do jakiegoś separatystycznego komando. Na wszelki wypadek nauczyłam się już jak jest po baskijsku „cześć”. Kaitxo!

Señor Roman wyszedł na obiad

- Z tym dokumentem można załatwiać sprawy w zarządzie wodociągów, ale dla policji narodowej jest nieważny. Dla policji potrzebny jest inny dokument – wyjaśnia pani w urzędzie miasta i gminy Teguise. Dobrze, jesteśmy przygotowani, przyszliśmy tu z grubą teczką A4 zmieści się w niej i kolejny papier. Nie może nam go pani teraz wystawić? Nie, trzeba przyjść za jakiś tydzień. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego kanaryjski urząd potrzebuje tygodnia na przygotowanie dokumentu, który można wydrukować w kilka sekund. Chyba nie chodzi o żadne zabezpieczenia, tak, żeby zameldowania nie dało się podrobić? Ja swoje zeskanowałam, wydrukowałam w kolorze – bo tu zawsze potrzebna jest kopia wszystkiego – i teraz, ani ja, ani urząd nie mamy zielonego pojęcia, która to kopia, a który oryginał.
Tłumaczę to wszystko moim łamanym niemieckim dla Sąsiada Niemca i Jego Kolegi. Jesteśmy tu z Kolegą, by się zameldował. Zakupił niedawno mieszkanie na wyspie od innego Niemca, a w transakcji pomaga właśnie Sąsiad. Trochę tam jest bałaganu w papierach, bo sprzedawca – jak mi tłumaczą obaj panowie – jest szalony.
- No wiesz, loco – mówi Sąsiad i wymownie macha dłonią wokół czoła. Ani Kolega, ani sąsiad nie mówią po hiszpańsku, wyjaśniam im więc po kolei, co mówi urzędniczka. Ta zaś akurat kręci głową z niedowierzaniem, coś jej się nie zgadza i powtarza co chwilę – to dziwne. „To dziwne, to dziwne” – zastanawiam się, jak to będzie po niemiecku i wypełniam Koledze formularz. Dwóch dorosłych facetów około pięćdziesiątki a w zetknięciu z urzędem miasta i gminy Teguise są bezradni jak dzieci. To zresztą zupełnie naturalny stan w kanaryjskim urzędzie. Kolega potrzebuje jeszcze jeden papier, urzędniczka wysyła nas do pokoju, w którym pracuje señor Roman, ale ten akurat wyszedł, więc sterczymy na korytarzu. Urzędnik obok coś tłumaczy petentce, a mnie nachodzi myśl, że Hiszpanie większość czasu spędzają na rozwiązywaniu problemów, które sami stworzyli. A już na pewno w urzędzie.
- Przepraszam, nie wie Pan, o której wróci señor Roman? – udaje mi się zapytać. I muszę wytłumaczyć Sąsiadowi i Koledze, że señor Roman poszedł coś zjeść, więc nikt na całej kuli ziemskiej nie wie, o której wróci. Hm, jeść, obaj spoglądają na siebie znacząco i już wiadomo, że naprawdę nie ma sensu czekać.

Gdzie my jesteśmy?

Siedem wysp na Oceanie Atlantyckim u wybrzeży Maroka, oddalonych od Hiszpanii o ponad tysiąc kilometrów. W latach osiemdziesiątych, w czasach mojego wczesnego dzieciństwa, Polakom to miejsce jawiło się jako coś bardzo odległego i nierealnego. Gdzieś tam, luksus, woda, błękit – nigdy nie uda się tam dotrzeć. Zwykłe banany czy pomarańcze były nie lada rarytasem, a co dopiero podróż w takie miejsce.
Najbardziej na północ wysunięta jest Lanzarote, wraz z niewielką, niemal przyklejoną do niej La Graciosą. Nie ma ani jednego źródła słodkiej wody, nie ma drzew, poza tymi zasadzonymi ludzką ręką, w miasteczkach przy domach. Kawałek trawnika znaleźć tu równie trudno jak w Polsce aleję wysadzaną palmami. Wokół białe prostokątne domy z zielonymi drzwiami i okiennicami, niemal żadnych innych kolorów, ani jednego spadzistego dachu. Deszcz pada rzadko, niezwykle rzadko. A gdy minionego sierpnia zdarzył się jeden leciutki, ot ledwie co, taki kapuśniaczek, wywołało to niemałą sensację. Wszyscy wybiegli na zewnątrz z restauracji, w której akurat siedziałam i powtarzali w kółko w rozmaitych językach, po hiszpańsku, angielsku, niemiecku, polsku i nie wiem, kto tam jeszcze siedział, ale wszyscy powtarzali z euforią – deszcz, deszcz!
Wulkaniczny krajobraz, niemal każdemu przychodzi na myśl skojarzenie z księżycem, a może z Marsem. Zresztą to bardzo dobre skojarzenie nie tylko ze względu na krajobraz, od kiedy tu mieszkam i przyglądam się kanaryjskim porządkom, często przychodzi mi do głowy myśl, że jestem na księżycu, bo zwyczajny ziemianin niczego takiego by nie wymyślił. Na początku, zanim tu dotrzesz, zastanawiasz się, co do licha może być ciekawego w miejscu, gdzie tylko skała i woda. Jedna z mieszkających tu Polek podsumowała:
- Ta wyspa coś w sobie ma i albo się w niej zakochasz na zabój od razu, albo kompletnie Ci się nie spodoba.
Nie ma tu wielkiego miasta, wokół cisza i spokój. Gdy dzwoni rodzina z dalekiej Europy, mówią zawsze:
- No i opowiadaj, co tam słychać w wielkim świecie.
- Nie wiem, co tam w wielkim świecie. Ja na zadupiu jestem – odpowiadam.
Niektórzy turyści przylatują tutaj, wychodzą z lotniska, patrzą w prawo, patrzą w lewo i już wiedzą – tu nic nie ma.
- Jak jechaliśmy do hotelu transferem, to się przestraszyłam, gdzie my jesteśmy. Tylko czarne skały wokół, kompletna pustka – zdarzało mi się słyszeć.
- Wyspa naprawdę jest przepiękna – uspokajam zawsze turystów, akurat trasa do Państwa hotelu może nie była najciekawsza. I okazuje się bardzo szybko, właściwie to już w pierwszym dniu pobytu tutaj, że to „nic” jest niezwykle interesujące i różnorodne. Że można je odkrywać bardzo długo i wciąż do końca nie poznać. A tu jeszcze za rogiem Fuerteventura ze swoimi plażami, dalej zielona Gran Canaria, Teneryfa z najwyższym szczytem w Hiszpanii i La Palma, i La Gomera, i jeszcze, i jeszcze…

Wylądowaliśmy

Wyspy Kanaryjskie?! Żartujesz! Ciepło, plaża, słońce, zazdroszczę!!! – Wszyscy reagują podobnie na wieść o tym, gdzie zdarzyło mi się mieszkać. – Leżysz sobie na rozgrzanym piasku, słuchasz szumu oceanu, wdychasz powietrze pełną piersią, wyginasz się do słońca jak kot, morska bryza, skały, błękit. Nie istnieje depresja zimowa, nie wydajesz pieniędzy na puchową kurtkę, nie ma korków, złych policjantów, sfrustrowanych księgowych, kontrolerów w autobusach, deszczu, dżdżu, ani jesiennej melancholii. Raj.
Szkopuł tkwi jednak w tym, że z tej pięknej plaży trzeba kiedyś zejść. I dopiero wtedy tak naprawdę zaczyna się zabawa.