Miesięczne archiwum: Sierpień 2016

Jestem kobieta pracująca. Żadnej pracy się nie boję

– Wiele rzeczy w tym kraju jest nie tak – Młody Romantyk ocenia sytuację hiszpańskiego zatrudnienia. Siedzimy sobie w jadalni dla personelu w jednym z hoteli na południu Gran Canarii. Jest przedostatni dzień mojej pracy. Po roku kończy mi się umowa i gdyby firma miała ją przedłużyć, musiałaby mi wręczyć umowę na czas nieokreślony. A tego oczywiście nie zrobi.

– Wiesz akurat w tym kraju to mimo wszystko jest całkiem dobrze. W innych jest o wiele gorzej – odpowiadam Młodemu Romantykowi. – I przypominają mi się moje podróże na Ukrainę, na Litwę, Łotwę, Estonię i do jeszcze kilku innych krajów. I jeszcze ta historia opowiedziana przez przypadkowo napotkaną kobietę na Łotwie. Pracowała w wytwórni konserw rybnych. Mówiła, że gdy przyszedł kryzys, firma przestała wypłacać wynagrodzenie, a jej miesięczną pensję stanowiły konserwy rybne.

– W innych miejscach jest gorzej, co oczywiście nie przeczy temu, że w Hiszpanii trylion rzeczy urządzonych jest nie tak – potwierdzam.

Akurat Młody Romantyk i ja jesteśmy w całkiem nie najgorszej sytuacji. Ja po przepracowanych dwu i pół roku mam prawo do bezrobocia przez minimum cztery miesiące. Kalkuluję, że będzie to około tysiąca euro na miesiąc. To wystarczająca kwota, żeby tu przeżyć, bez rewelacji, ale i bez głodowania. Zamiast więc na gwałt szukać nowej pracy mogę sobie urządzić małe wakacje. Młody, dopiero co po studiach i pierwszych praktykach, jest właśnie po raz pierwszy zatrudniony. Ale gdy miną mu cztery miesiące umowy, nie chce jej przedłużać do roku. Jego plan na najbliższe lata to bowiem jakaś fantastyczna podróż a nie obsługiwanie turystów. I tak nad ryżem i sałatką rozmawiamy sobie o sytuacji w Hiszpanii, o tym, że kryzys się skończył i o planach na przyszłość.

Raczej nie martwię się za dużo o znalezienie nowej pracy. Na południu wyspy jest dużo hoteli, które pracują w podobny sposób, umowa na rok, a później zatrudnia się kolejną osobę. Wszystko po to, by nie zatrudniać na stałe. Nie dotyczy to oczywiście wszystkich, jakiś procent pracowników musi mieć umowy na czas nieokreślony.

Gdy dana osoba przepracuje rok, później ta sama firma nie może jej zatrudnić przez cztery miesiące, jeśli nie chce jej dać umowy na stałe. Niektóre hotele w tym czasie oferują kontrakty na zastępstwo, a później znów na rok, na to prawo pozwala. W hotelu na Lanzarote, w którym pracowałam, sporo pracowników ze stałymi umowami firma wysyłała co roku na dwa miesiące bezrobocia. Świadczenia były mniej więcej tak wysokie jak pensja. Do tych dwóch miesięcy dodawano wakacje i robiły się trzy miesiące wolnego.

W tym systemie zawsze jest więc jakiś hotel czy firma, które szukają pracowników. Niektórzy narzekają, bo chcieliby stałą umowę i kredyt w banku. Inni się cieszą, biorą to bezrobocie i jadą sobie do Tajlandii. Choć akurat w tym przypadku muszą liczyć na łut szczęścia, żeby się nie wydało, bo jak się dostaje pieniądze od państwa, to państwo zabrania wyjeżdżania w długie podróże.

Ta nieustanna rotacja pracowników sprzyja obcokrajowcom, tym, którzy dopiero co przyjechali, łatwiej im jest gdzieś się załapać na początku. Choć oczywiście te początki nie są łatwe. W tym systemie pracowałam już dwa razy na recepcji w hotelu, jako przewodnik wycieczek i sprzedawca w centrum aloesowym.

Kryzys w Hiszpanii się skończył, na Wyspach Kanaryjskich pełno turystów a hotele pękają w szwach, Młody Romantyk jeszcze nie wie, gdzie pojedzie w podróż, ale wie, że pojedzie. Zjadłam mój ryż, a Młody swoją sałatkę. Skończył się mój przedostatni dzień w pracy.

Niech żyją paszporty i samoloty

Kliknę parę razy, trwa to kilka minut i już. Bilety na samolot kupione. Mogę podróżować, gdzie chcę, kiedy chcę. Wy też możecie. Owszem, westchnie tu wielu z was, że szef, że dzieci, że rata za dom, że silnik w aucie do wymiany, że to skomplikowane, że to nie takie proste. Racja, pewnie, że nie takie proste. Ale jeśli chcecie, możecie z tymi przeszkodami się uporać.

To niesamowite. W ciągu pięciu minut kupuję bilety na samolot, a urodziłam się w kraju, w którym trwał akurat stan wojenny i o podróżach za granicę myślało się w kategoriach ucieczki a nie relaksujących wakacji. Jeszcze trzydzieści lat temu podróż na Wyspy Kanaryjskie wydawała się przeciętnemu Polakowi abstrakcyjna niczym wyprawa na Księżyc, a teraz polskie zastępy opalają się na plażach Fuerteventury i spacerują po deptakach Gran Canarii. Moi rodzice głowili się, jakby tu przeżyć z tymi porcjami żywności na kartki, a ja głowię się, jakby tu polecieć nie tylko do Polski i Gruzji, ale jeszcze wyskoczyć na Kubę, i w weekend na Teneryfę, i do Barcelony, i jeszcze… Moja babcia pierwszy raz zobaczyła morze, gdy była po pięćdziesiątce, moi rodzice po trzydziestce, ja, gdy miałam siedem lat. Moja babcia marzyła o nowych butach, ja o nowych kontynentach.

Ściskam w ręku paszport, wsiadam do samolotu i kolekcjonuję. Kolekcjonuję zachody słońca nad oceanem, rzymski upał przy Fontana di Trevi, widoki z szosy transfogaraskiej w Rumunii, smak piwa Baltas na promie z Tallina do Helsinek, zimno z beskidzkich styczniowych wiosek i wyciągów narciarskich, marokańskie gwiaździste niebo, berlińskie ulice.

Jeżdżę, patrzę, oglądam, poznaję i wiem, że to ciągle jeszcze przywilej nielicznych. Że jestem w mniejszości. Że to luksus, niczym z mojej strony niezasłużony, iż mój kraj w ciągu tych trzydziestu lat zmienił zdanie i zamiast wysyłać mnie na wojnę, wręczył mi paszport. I tę wolność, z którą mogę zrobić, co chcę. I ciągle jeszcze nie mogę się temu nadziwić, nie umiem nad tym przejść do porządku dziennego.

Jadę więc w kolejną podróż. We wrześniu opuszczam kanaryjską bazę, będę pisać do was z Polski i Gruzji.

Bardzo zimna Polka

– Na początku to Cię nie lubiłem – krzywi się mocno. – Ale teraz już jest dobrze – wyznaje mi ni stąd ni zowąd Ekswłaściciel Knajpy w Las Palmas, a obecnie mój kolega z pracy.

No tak – myślę sobie – bo ja jestem chłodna, zdystansowana Polka z zimnego kraju, a tutaj każdy się uśmiecha częściej niż oddycha, wszyscy są sympatyczni i wszyscy do wszystkich zwracają się per kochanie.

Zatem pewnego dnia, nie tak dawno, gdy dotoczyłam się do pracy w dosyć kiepskim, a może po prostu nieentuzjastycznym humorze, Ekswłaściciel Knajpy podszedł do mnie z szerokim uśmiechem i zapytał, a co ja jestem taka dzisiaj smutna. Zmierzyłam go swoim polskim wzrokiem i odparłam:

– No a jaka mam być? – i okazało się, że tym można Kanaryjczyka mocno przestraszyć.

Gdyż, otóż, ponieważ powinnam być uśmiechnięta, sympatyczna i odpowiedzieć mu coś w stylu – no co Ty skarbie, jest super, a jeszcze teraz, gdy Cię zobaczyłam, to już w ogóle mam świetny humor.

Kanaryjczyk nie ma bowiem w zwyczaju za dużo narzekać, a już na pewno nie komuś kogo zna mało lub nie zna wcale. Dla pani w banku, pana na poczcie, kierowcy w autobusie, sprzedawcy w spożywczaku, dla ludzi napotkanych na ulicy, mijanych po drodze do pracy, dla nieznajomych, którzy pytają o drogę, dla – naprawdę, nie żartuję – osoby opalającej się tuż obok na plaży (tu nie ma plażowych parawanów!) Kanaryjczyk będzie przeważnie szalenie miły. Zatrzyma się, pomoże, podpowie, zagada, uśmiechnie się i życzy miłego dnia. Zatem, jeśli stoicie w kolejce w supermarkecie i pani się coś w kasie zablokuje albo nie będzie mogła sczytać kodu, i będziecie tak stali, i stali a kolejka będzie rosła, należy się do pani kasjerki uśmiechnąć i powiedzieć jej, żeby się nie denerwowała, bo przecież nic się nie dzieje, po czym dalej radośnie i swobodnie sobie w tej kolejce czekać. Taksówkarzowi, który wiezie was na lotnisko, należy opowiedzieć połowę swojego życia, a i on odwdzięczy się, informując was, gdzie studiują jego dzieci, ile ma wnuków i że córka wyszła za mąż za Niemca, ale mieszkają w Las Palmas, bo wiadomo. Gdy ktoś na ulicy niechcący na was wlezie, to absolutnie nie można się na niego skrzywić, tylko serdecznie uśmiechnąć i go pozdrowić. A jak ktoś się ryje przed was w kolejce, to go przepuścić i – wiadomo – uśmiechnąć się.

– Widać było, że pani za bardzo się nie zna i raczej Ci nie pomoże, ale była tak szalenie sympatyczna i urocza, że trudno się zezłościć – oceniła polska Profesorka Bellydancerka, przyglądając się moim zmaganiom w banku. – Tak, są często niekompetentni, nie da się, nie potrafią, nie mogą, odmawiają pomocy, ale z takim wdziękiem.

Wokół jest zatem sypmatycznie, miło i przyjaźnie. A do tego jeszcze wszyscy mówią do siebie czule. Cielo, cariño, mi niña, amor (dosł. niebo, kochanie, moje dziecko, kochanie).

Jaka mi niña, kiedy jestem od Ciebie starsza. I nie jestem żadne Twoje kochanie – mam czasem ochotę wypalić, ale gryzę się w język.

Bo jak ma biedny Polak – przyzwyczajony do krzywienia się, marudzenia i narzekania – to wszystko znieść? Tę niezliczoną ilość słoneczek, buziaków i kochania?

I taka sytuacja na Lanzarote. Po dziewięciu miesiącach pracy w hotelu, gdy już tę pracę zdążyłam zmienić, pewnego dnia idę sobie spokojnie przez Costa Teguise, a tu nagle spotykam znajomą z tamtego hotelu. Jak Boga kocham, przysięgam wam, ja nigdy z nią w ciągu tych dziewięciu miesięcy nawet nie porozmawiałam dłużej. Przychodziła odebrać klucze albo zostawić klucze, ja te klucze wręczałam, uśmiechałyśmy się, co tam, jak tam, co słychać, dziękuję dobrze, a to fantastycznie. A tu nagle ją spotykam i ona wpada w euforię, jakby zobaczyła księcia ze złotym trzewiczkiem wprost z bajki o Kopciuszku. I zaczyna:

– O jej, ale się cieszę, że Cię widzę! Jak tam? Co u Ciebie? I praca? I rodzina? – pyta rozentuzjazmowana, a ja nic z tego nie rozumiem. Bo przecież wiem, że wcale się nie cieszy, bo jest jej wszystko jedno i mnie jest wszystko jedno. No dobrze, fajnie, nawet miło, ale żeby aż tak?

– No powiedz, czemu ona mi tak nagadała? – opowiadam tę całą historię teraz Ekswłaścicielowi Knajpy. – Przecież to fałszywe, przecież to nieprawda, przecież jej to nie obchodzi – upieram się w mojej polskiej mentalności.

– To nie o to chodzi – tłumaczy. – Kanaryjczycy po prostu chcą, żeby była miła atmosfera, żeby było fajnie. Starają się tę miłą atmosferę wprowadzić.

I tak, dla tej atmosfery, staram się dzielnie przyjmować na klatę te wszystkie skarbeczki, buziaczki i słoneczka, które płyną w moją stronę. A jak już mi jest tak bardzo ciężko, za dużo, zbyt pięknie, to idę sobie od czasu do czasu pogadać z Niemcami. Od razu robi mi się lepiej. Ostro, szorstko, swojsko. Prawie jak w domu.

Z cyklu: cierpienia turysty

Lato w pełni, sezon w pełni, wakacje w pełni. Gorąco, słońce świeci, ocean szumi, piwo leje się do kufli, pełen relaks. Idealnie. A oni cierpią. Cierpią srodze, solidarnie europejsko, bez względu na narodowość, szybko, bo urlop krótki, trwa tydzień, maks dwa tygodnie. Cierpią, bo:

– Na plaży jest strasznie dużo piasku. Ten piasek wdziera się wszędzie, a jak się człowiek kremem z filtrem posmaruje, a smaruje się, to jeszcze ten piasek się klei.

– Wieje wiatr, a biuro podróży nie uprzedziło, że wiatr tu istnieje.

– Pieprzniczki w restauracji z lewej strony mają za małe dziurki i pierz się nie sypie. W restauracji z prawej strony są ok. Ale za to z prawej strony nie ma młynka do pieprzu.

– Obok w restauracji siedzi obleśny Niemiec z wielkim brzuchem i w klapkach. Nie po to tyle się płaci za wakacje, żeby człowiek musiał jeść z brzuchatymi Niemcami.

– Nikt tu nie mówi po francusku. Pfff, ludzie w Hiszpanii nie mówią po francusku!

– Nie wiadomo, gdzie jest włącznik światła w toalecie.

– Zapłaciłam cztery tysiące funtów za te wakacje. Ale teraz z dzieckiem to już nie to samo. Wcześniej jeździłam z moich chłopakiem sama, to impreza była co noc. Ale imprezowaliśmy. Z dzieckiem to co innego.

– Czy ktoś tu mówi po holendersku?

– Lekarz miał przyjść o dziesiątej, jest za dwie dziesiąta i lekarza jeszcze nie ma. A my tu czekamy. Gdzie on jest?!

Gorąco!

Termometr w komórce pokazuje, że jest trzydzieści jeden stopni, ale kłamie bydlak, jest o wiele więcej. Ciało się roztapia, mózg się roztapia, wszystko się roztapia. Gdy otworzę drzwi balkonowe, z zewnątrz bucha powietrze jak z piekarnika, zaś wiatr przypomina podmuchy suszarki do włosów, szybko je więc zamykam i zasuwam zasłony. Klasyczna hiszpańska sjesta: leżysz na sofie półnago, starasz się nie ruszać i popijasz wodę. Czas uprzyjemniasz sobie rozmyślaniem o zimowych, mroźnych porankach, listopadowym deszczu, smaku lodów truskawkowych i o tym, jak fajnie byłoby się zapisać do klubu morsa.

Jest za gorąco na plażę, za gorąco na leżenie pod parasolem na basenie, jest po prostu za gorąco. W taki dzień radością napawa zaplanowana na dzisiaj wizyta w banku. W banku jest porządna klimatyzacja. To jedno z najchłodniejszych miejsc na całym archipelagu. – Oby była duża kolejka – przelatuje mi przez głowę, gdy roztapiam się w samochodzie po drodze do tego banku. – Będzie sobie można dłużej pobyć w chłodzie.

Następne na liście rzeczy do zrobienia są zakupy. A supermarket to dzisiaj ziemia obiecana, przechadzam się z rozkoszą między lodówkami z nabiałem, mam ochotę przytulić się do jogurtów i masła. Udaję, że szukam czegoś w głębi lodówki, wsadzam rękę, głowę – za nią idzie tors – do środka i bach, niska temperatura!

Na szczęście idę dziś po południu do pracy. Osiem godzin w klimatyzacji, co za ulga.