Trochę o kobietach

Gdy się studiuje historię Hiszpanii, zaraz widać jedną prawidłowość – nie jest łatwo być kobietą w tym kraju. Owszem, westchniecie, generalnie kobietom nie było lekko, dotyczy to historii wszystkich krajów europejskich bez wyjątku. Jednak w Hiszpanii za czasów Franco obowiązywały regulacje, które pasowałyby bardziej do Arabii Saudyjskiej i które odbierało kobietom ich podstawowe prawa.

Aż do maja 1975 roku hiszpańskie kobiety potrzebowały zgody męża by móc pracować, otworzyć konto w banku, uzyskać paszport, przyjąć spadek. Na początku lat siedemdziesiątych obowiązywał tradycyjny i patriarchalny model rodziny. Kobiety były zależne od swoich ojców, a wraz z zamążpójściem przechodziły pod kuratelę męża. W połowie siedemdziesiątej dekady zaledwie 25 procent pań pracowało. Rozwody nie istniały, możliwa była tylko separacja. Jeśli do takiej już doszło, matki były pozbawiane wszelkiej władzy rodzicielskiej.

Hiszpanki, która wyszły za mąż za obcokrajowca, traciły obywatelstwo. Jeśli mieszkały na terytorium kraju, musiały mieć kartę rezydenta. Ich wykształcenie, na przykład dyplom ukończenia studiów, stawało się nieważne, nie mogły pełnić funkcji publicznych i by móc pracować potrzebowały zezwolenia jak wszyscy obcokrajowcy.

W kwestiach obyczajowych prawo było równie – albo i jeszcze bardziej – surowe. Do 1978 roku stosowanie środków antykoncepcyjnych było karalne, cudzołóstwo i konkubinat były przestępstwem. Kobiety często ginęły z rąk mężczyzn, nazywano to zbrodniami w afekcie. Jeśli małżonek popełniał przestępstwo po tym, jak przyłapał żonę na cudzołóstwie, nie musiał iść do więzienia. Te zbrodnie w afekcie to nadal poważny problem. W latach 2003-2015 niemal 800 kobiet zostało zamordowanych przez swoich partnerów.

Wspierana przez Kościół katolicki dyktatura Franco wydaje się o wiele bardziej opresyjna wobec kobiet niż komunizm z naszego podwórka. Czy to więc polska traktorzystka cieszyła się większą wolnością niż hiszpańska pani domu?

*Korzystałam z magazynu „Cambio16″, listopad 2015.

Pada deszcz

No i wreszcie nadeszły te dni. Deszczowe. Na Wyspach Kanaryjskich pada niezwykle rzadko, ale jednak i tu czasem się zdarza. Jak to ma miejsce obecnie, gdzieś nad oceanem toczy się prawdziwa nawałnica, a my tu na wyspach dostajemy rykoszetem.

Zazwyczaj deszcz to okazja, by wprowadzić stan wyjątkowy. Lokalne władze informują o zagrożeniach. Gdy silne opady trwają ponad pół godziny, to już zazwyczaj początek klęski żywiołowej. Tu trzeba jednak przypomnieć, że Kanaryjczycy są na deszcz wyjątkowo nieprzygotowani, więc nie potrzeba wiele by pozalewało wioski i miasteczka. Jak będziecie na Lanzarote, poszukajcie kiedyś chociaż jednej rynny. Może gdzieś jest. Mnie do tej pory nie udało się znaleźć.

Lokalna administracja przypomina dzisiaj na łamach prasy by m. in. zamykać okna i drzwi, aby woda nie przedostała się do wnętrz. Należy także zrezygnować z wybierania się na wycieczki oraz kemping. Szczególnie ostrożni muszą być kierowcy. Powinni zredukować prędkość i jeśli deszcz zastanie ich, gdy akurat będą w trasie, nie mogą zapomnieć o tym, by pozamykać w samochodzie okna i drzwi. To o zamykaniu okien wydaje mi się szczególnie ważne. Na Kanarach pada tak rzadko, że przeciętny kierowca mógłby przecież nie zauważyć, że właśnie leje mu się woda do środka i już zdążył zmoknąć.

Choć deszcze zapowiadane były od niedzieli, w Las Palmas na Gran Canarii jeszcze się nie pokazały. Wczoraj wieczorem padał taki drobny kapuśniaczek, a nawet jeszcze mniej niż kapuśniaczek. Wiecie taki deszcz, kiedy to nie wiadomo, czy rozkładać parasolkę czy nie i samych siebie pytacie: ale pada, czy nie pada? Jednak dziewczyny w szkole tańca doniosły, że w innych rejonach wyspy deszcz był. Polacy na Lanzarote widzieli nawet tęczę. Póki co największe opady spodziewane są na Teneryfie, według prognoz dziś nawet w ciągu godziny w Santa Cruz może spaść nawet 30 litrów na kilometr kwadratowy. Ponoć popada też w centrum i na południu Gran Canarii.

Tak więc siedziałyśmy wczoraj w Las Palmas w szkole tańca, już po lekcji i po tym niby deszczu. Godzina dziewiąta wieczorem, dwadzieścia dwa stopnie, ciepło, nic nie zapowiada żywiołowych klęsk. My w Polsce nazywamy to ładną pogodą, na Kanarach zaś mamy sytuację wyjątkową. Jedna z tancerek obuła się w sięgające do kostek gumiaki, czym wzbudziła niemałą sensację.

– Ale masz fajne buty – zachwycały się dziewczyny, a mnie przez głowę przeszła myśl, po co komuś gumiaki na Wyspach Kanaryjskich. Chyba przydają się równie często jak japonki Eskimosom.

Hiszpańska rozmowa

Sytuacja ma miejsce w Las Palmas, stolicy Gran Canarii, na przejściu dla pieszych usytuowanym przy jednej z przecznic przecinających główną ulicę handlową zwaną Mesa y López. Jest czerwone, stoję sobie i czekam. Wokół, jak to na przejściach dla pieszych w dużych miastach bywa, stoją inni ludzie. A wśród nich dwie kobiety, tak na oko po pięćdziesiątce, a może po sześćdziesiątce, trudno ocenić. Bardzo ładne, eleganckie, zadbane. Stoją tuż obok mnie, więc chcąc, nie chcąc, słyszę ich rozmowę. A ta przebiega mniej więcej tak:

– Cześć!

– Cześć! Co słychać?

Dwa obowiązkowe, spektakularne i entuzjastyczne buziaki w policzek. Cmok! Cmok!

– Dooobrze. Bardzo dobrze. A u Ciebie?

– Bardzo dobrze. Wszystko dobrze.

– To dobrze.

– No i rodzina?

– Dobrze. Bardzo dobrze. Wszyscy dobrze.

– I syn? Jak on sobie tam radzi?

– Dobrze, wszystko dobrze. Teraz był tutaj u nas przez dłuższy czas. Moja mama miała urodziny, przyjechał specjalnie na to święto.

W tym momencie następuje nasilenie i eskalacja emocji.

– Och, jakie piękne wydarzenie. Piękne uczucia.

Nagle światło zmienia się na zielone. Muszę ruszyć przez przejście, no i śledzenie kobiet, by zobaczyć jak się rozwinie konwersacja nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Marny ze mnie Rutkowski, nie ta postura, nie ta uroda, nie ten przeszywający wzrok. Kobiety zostawiają mnie więc z moimi refleksjami filologicznymi.

Ile razy można użyć słowa bien, czyli dobrze, w jednej krótkiej konwersacji? Tyle się nagadały, ale nic sobie nie opowiedziały, poza tym, że wszystko dobrze. Jak kto możliwie, że wszystko jest dobrze? Przecież ta matka musi być już starszą osobą, na pewno na coś choruje, na pewno coś ją boli. Dlaczego ta córka nie opowiedziała tej drugiej kobiecie, jak bardzo cierpi jej matka? Nawet u syna, który mieszka daleko, może za granicą, wszystko dobrze? No jak to możliwe? Przecież on pewnie tęskni, zarabia za mało albo ma problemy z dziećmi, albo cierpi, bo nie ma dzieci? A to, co to za horror, wszystko dobrze.

I tak, idąc dalej wzdłuż ulicy Mesa y López i przystając na przejściach dla pieszych przy kolejnych przecznicach, tłumaczę sobie tę rozmowę na polski. W Krakowie, Warszawie albo Trójmieście brzmiałaby tak.

– Cześć.

– Cześć. Co słychać?

Lekko zauważalny, drobny grymas, mający przypominać pół uśmiech.

– Aaaaaa, stara bida. Wiesz, jak jest. A u Ciebie?

– No kiepsko. Kiepsko.

– Co zrobisz. Życie.

– A rodzina?

– No wiesz, różowo nie ma. Ale jakoś leci.

– I syn? Jak on sobie tam radzi?

– Jakoś ciągnie. Ale kiepsko. Tęskni za krajem, a tam też kokosów nie ma. Teraz był dłużej w domu, bo moja mama miała urodziny. Ciężko, ciężko. Trudno mu się z tym pogodzić, że babcia już nie taka młoda, niedosłyszy.

– Ech, no smutne, to wszystko. Smutne.

I to jest proszę państwa, rozmowa jak się patrzy!

Znowu jest pięknie

Znowu jest pięknie. Na całej Gran Canarii, od wydm na południu, poprzez górzyste centrum aż po skaliste północne wybrzeże fantastyczna pogoda. Świeci słońce, jest około trzydziestu stopni i nie wiadomo, czy bardziej błękitne jest niebo czy ocean.

– Jaki cudowny dzień – zachwyca się Kanaroniemiec, który właśnie wrócił z Niemiec, gdzie marzł przez tydzień. (No, no, nie chodzi o to, że aż tak bardzo tam cierpiał. Przez cały tydzień zajadał się pysznymi frankfurterkami, więc w skali szczęśliwości wyszedł na swoje). Idziemy deptakiem wzdłuż słynnej plaży Las Canteras w stolicy wyspy.

– Niesamowity – przytakuję i myślę sobie, że to faktycznie jeden z najpiękniejszych dni, jakie widziałam w Las Palmas. Takie nasilenie błękitów, nasycenie barw, że nie można się nadziwić, wydaje się, że nawet powietrze jest kolorowe. Gorąco, ale lekki wiatr, który wieje od oceanu, przyjemnie chłodzi. Ludzie wylegują się na plaży, przesiadują w knajpach.

Od kilku dni na całym archipelagu jest podobnie. Po trzydzieści, czterdzieści stopni, pogoda by plażować i cieszyć się życiem. I generalnie tak nam życie upływa: w tak pięknych okolicznościach przyrody. Nie będę się rozpisywać o tym, że gdy wokół jest ładnie, człowiek czuje się szczęśliwszy, ani o wpływie witaminy D na nastrój i że potrzeba słońca, by organizm mógł tę witaminę zsyntetyzować. To są rzeczy oczywiste. I jedną z myśli, która przebiega człowiekowi przez głowę, gdy codziennie rano zmierza do pracy, jest: jaki piękny dziś dzień. Znowu piękny dzień.

Ale… Nie bylibyśmy Polakami, gdybyśmy nie dopatrzyli się jakiegoś ale. Wszystko cudnie, ładnie, jednak czasem w ciągu roku, niezwykle rzadko, zdarzają się gorsze dni. Bywa, że nie ma słońca i przez cały dzień jest zachmurzone, bywa, że tak ze trzy razy do roku spadnie deszcz. Że w ciągu całego słonecznego roku, akurat jeden tydzień jest deszczowy. A tu pech, że akurat w takim tygodniu przylatuje rodzina. Człowiek musi potem za cały archipelag oczami świecić i tłumaczyć się rodzinie po co kazał tych kremów przeciwsłonecznych nazwozić, kiedy słońca akurat nie widać.

No i co ja mam tym znajomym powiedzieć, którzy byli tu tydzień temu? Spędzili jeden dzień w Las Palmas, akurat było trochę zachmurzone a na słynnej plaży Las Canteras był odpływ. Ocean pachniał oceanem intensywniej, jak to ma w zwyczaju podczas odpływu (chyba chodzi o to, że śmierdziało rybami), no i rzeczywiście nie zachęcał do kąpieli. Zimno było jak na październik, tylko dwadzieścia stopni. Ci znajomi spędzili w Las Palmas jeden dzień i już, olaboga, na zawsze będą myśleć, że na plaży okrzykniętej jedną z najpiękniejszych miejskich plaż na całym globie, jest kiepsko.

A ci znajomi, którzy jesienią 2014 roku trafili na najbardziej deszczowy tydzień najbardziej deszczowego listopada. Którzy, przypływając promem z Lanzarote na Fuerteventurę, porządnie zmokli. I swój pierwszy wieczór na Fuercie spędzili, no na tarasie wprawdzie, ale pod dachem, bo akurat był rzęsisty, porządny deszcz, lało jak w Polsce, nie przymierzając.

I jeszcze turyści, którym podczas zameldowania w hotelu, powtarzałam w kółko, że tutaj nie pada. A tu nagle, następnego dnia rano, bach, deszcz!

Ale teraz wszystko znów w normie, cudnie jest na plaży w Las Palmas. Jest pięknie, żyć się chce.

Jednak, żeby nie było, że tak idealnie. W tak pięknych okolicznościach przyrody muszę zabrać się znów za naukę niemieckiego.

Wszyscy chcą na Kanary

Z cyklu: sławne osobistości na Wyspach Kanaryjskich.

Mamy niezbite dowody: rodzina Simpsonów też chce na Kanary.

Z tego, co udało się ustalić ekipie kanaryonline, Homerowi już udało się przedostać na archipelag. Przebywa na południu Gran Canarii i zazwyczaj przesiaduje na deptaku tuż przy latarni morskiej Maspalomas.

Homer

Mówi, że jest cudownie, tylko czasem dokucza mu samotność. Wpadnijcie, posiedzieć z nim na ławeczce. Homer czeka, plaża czeka, słońce i ocean też czekają. I trzydzieści stopni Celsjusza.

Lekcja polskiego

Tendencja zdaje się wyraźna – coraz więcej Hiszpanów potrafi co nieco powiedzieć po polsku. Owszem, dla wielu Polska to wciąż taki kraj, o którym nie wiadomo, gdzie dokładnie leży. A co wiadomo?

– Uuuuu, a to daleko. I zimno – słyszałam wiele razy, gdy odpowiadałam na pytanie, skąd jestem.

Ci nieco bardziej obyci w świecie i znający historię, jak im powiesz, żeś Polak, odpowiedzą: Walesa. Chwilę ci zajmie, aż zrozumiesz, że chodzi im o Wałęsę. Swoją drogą trochę to ze strony Polaków przewrotne, że jedna z najbardziej znanych postaci ma nazwisko tak piekielnie trudne do wymówienia. Kilka osób, które znam, Kanaryjczyków i Hiszpanów z półwyspu, już w Polsce było albo się wybierze. Ci powiedzą: pierogi, Cracovia i Varsovia.

Kanaryjczycy chęci do nauki naszego języka też mają szczere. Jeden z kierowców, z którym jeździliśmy na wycieczki na Fuerteventurze, gdy Polacy wracali z plaży, stawał uśmiechnięty przed autobusem i pozdrawiał wsiadających, powtarzając w kółko: cińdobri, cińdobri.

– Czemu mi nie odpowiadają? – pytał mnie rozczarowany. A rzeczywiście, ludzie przyglądali mu się cokolwiek dziwnie, nic nie mówiąc.

– Hm, chyba nie rozumieją Twojej wymowy – odpowiadałam. – Musisz jeszcze poćwiczyć.

– Cińdobri, cińdobri, cinkuje barso – powtarzał niestrudzenie.

Do historii odeszły już czasy, gdy mieszkańcy Europy Zachodniej nie wiedzieli, co to ta Polska i nie rozpoznawali naszego języka. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy byłam na szkolnej wycieczce w Anglii, tubylcy dziwili się, słysząc polski. Co to za język, co to za język – powtarzali na okrągło i pytali nas, czy Polska to miasto w Rosji. Teraz każdy szanujący się Europejczyk, choćby i nie za wiele wiedział, to wie chociaż, że zimno i daleko.

– Czemu on nam powiedział „dziękuję”? – pytali znajomi, którzy wpadli w odwiedziny na Gran Canarię i do których jakiś mężczyzna tak zagadał na ulicy.

– Pewnie skumał, skąd jesteście, więc chciał wam coś po polsku powiedzieć, a jedyne, co miał w zanadrzu, to „dziękuję” – wyjaśniłam.

Szczególną chęć do nauki polskiego wykazał Młody Romantyk, z którym pracowałam w hotelowej recepcji.

– Naucz mnie, jakiegoś brzydkiego słowa – poprosił pewnego dnia. Znał już nasze określenie na panią lekkich obyczajów, notabene, Hiszpanie bardzo to słowo lubią, bo w ich języku brzmi tak samo, jest zupełnie niewinne i oznacza po prostu zakręt. W tej sytuacji nie zostało mi nic innego, jak nauczyć go pewnego słowa na s…., wiecie, chodzi o tę prośbę by ktoś się natychmiast oddalił. Od tamtego dnia Młody Romantyk witał mnie codziennie z szerokim uśmiechem i mówiąc do mnie niezwykle czułym tonem: spie….aj.

– O nie, to ja Cię uczę i mój wysiłek obraca się przeciwko mnie – zaprotestowałam. I zaraz przystąpiliśmy do nauki praktycznego zwrotu: masz rację, Edyto. I wersji rozbudowanej: tak, masz rację, Edyto. A później kolejne przydatne zdania: jesteś piękna, tęsknię za tobą kochanie, nie mówię po polsku, jestem głodny.

Jednak prawdziwym znawcą polszczyzny okazał się jeden z kelnerów w hotelu. Ten dwudziestoczterolatek, Kanaryjczyk jak się patrzy, mówił dosyć płynnie po polsku. Gdy wpadał na recepcję, ucinaliśmy sobie prawdziwe pogawędki.

– Gdzie się tak nauczyłeś mówić? – spytałam kiedyś.

– W Warszawie – odparł.

– Oooo, a co robiłeś w Warszawie?

– Kochałem – odparł po chwili namysłu, obrócił się na pięcie i ruszył z kieliszkami do baru.

Pewnego dnia w jadalni dla personelu opowiedział mi nieco szczegółów tej historii.

– Ja miałem osiemnaście lat. Byłem w Polsce na wakacjach. Zakochałem się. Zadzwoniłem do mamy i powiedziałem – mama, ja nie wracam. Co? Jak to nie wracasz? – snuł swoją historię.

I tak, w tej jadalni, opowiadał mi od czasu do czasu o swoim zafascynowaniu Polską.

– Kocham Polskę. Jeszcze tam wrócę. Kocham polską muzykę. Disco polo. Kocham disco polo. Moja mała blondyneczko, jesteś szalona, ja uwielbiam ją, ona tu jest i tańczy dla mnie – recytował teksty piosenek, aż mi z wrażenia widelec wyleciał z rąk.

I to jest, proszę państwa, prawdziwy miłośnik naszego kraju.

Jak przeżyć latynoską miłość

Si te vas, yo también me voy, si me das, yo también te doy (Jeśli sobie pójdziesz, ja też pójdę, jeśli mi dasz, ja też Ci dam) – Kanaroniemiec podśpiewywał sobie te słowa przez całe lato, stojąc w hotelowej recepcji, między jednym klientem a drugim albo licząc kasę. Niezły z niego poeta, śmiałam się w duchu. Ale do czasu. Do czasu, aż przechodząc gdzieś, nie pamiętam, gdzie to było, usłyszałam tę już znajomą nutę. Tym razem w radiu, w wykonaniu Enrique Iglesiasa (Henryk Kościelniak). Aaaaaaa, przyszło olśnienie, czyli to nie żadne pół rymu wymyślone przez Kanaroniemca, tylko prawdziwa, regularna piosenka. I jak na szanującą się hiszpańskojęzyczną piosenkę przystało, musi być o miłości. Niezwykłe rymy, śmiałe porównania, głęboki tekst i niebanalna historia miłosna. Ta piosenka wzrusza na tyle, że musimy się nad nią pochylić.

Historia jest następująca. Ich jest dwóch, ona jedna. Ona jest z jednym z nich, ale naturalnie nie z tym, z którym bym chciała. Będąc z jednym, myśli o drugim. Ten drugi wyśpiewuje piosenkę, prowadzi w ten sposób swoistą autoreklamę. Już wiemy, co jej obiecał, że sobie pójdzie, jeśli ona pójdzie i że jej da, jeśli ona mu da, że jej da tę miłość. Poza tym: Bailamos hasta las diez, hasta que duelan los pies (Tańczymy do dziesiątej, aż zabolą stopy). I prawdziwy hit: Con él te duele el corazón y conmigo te duelen los pies (Z nim Cię boli serce i ze mną Cię bolą stopy). I to dziewczęta jest mocne przesłanie. Żebyście wiedziały, jak wybierać.



Różne zresztą bywają dole i niedole hiszpańskojęzycznej miłości. Taka na przykład Shakira to potrafi wyznać uczucie w piosence Suerte (Szczęście): Sabes que estoy a tus pies (Wiesz że, jestem u twych stóp). Różne rzeczy dla tego ukochanego zrobi: Puedo escalar los Andes solo, por ir a contar tus lunares (Mogę się sama wspinać na Andy, żeby policzyć twoje pieprzyki). I w ogóle im się w tej miłości układa: Suerte que mis pechos sean pequeños y no los confundas con montañas (Szczęście, że moje piersi są małe i nie mylisz ich z górami). W innej znowu piosence, Ojos así (Takie oczy) ta Shakira to jest bystrym obserwatorem: Ayer vi pasar una mujer debajo de su camello (Wczoraj widziałam kobietę przechodzącą pod swym wielbłądem). Ile ja się wypytywałam różnych Hiszpanów, co to zdanie o kobiecie może znaczyć, czy to jakaś metafora może jest albo rytuał z Afryki. Nikt nie wie, po co ta kobieta tak przechodzi.

Czasem jednak, a może przeważnie, z tymi Hiszpanami i Latynosami nie jest łatwo. I tak Alejandro Sanz w piosence La Tortura wyznaje bez bicia: Yo sé que no he sido santo, es que no estoy hecho de cartón (Wiem, że nie byłem święty, chodzi o to, że nie jestem z kartonu). W całym tym zmieszaniu z pomocą przychodzi Marc Anthony, były mąż Jennifer Lopez, który śpiewa: Voy a reír, voy a bailar, vivir mi vida la la la la (Będę się śmiać, będę tańczyć, żyć moim życiem la la la la).



Dziewczęta, a jeśli już naprawdę nawet Marc Anthony nie pomaga i nie wiecie co zrobić, zostaje już tylko strażak. Llegó el bombero con la manguera, llegó el bombero con la manguera a mojarte entera (Przyjechał strażak z sikawką, przyjechał strażak z sikawką zmoczyć Cię całą).



Smutki emigranta

Nieważne, gdzie się mieszka, powrót z wakacji jest zawsze ciężki. Jakkolwiek człowiek nie kochałby swojej pracy, przecież i tak docenia uroki odpoczynku. Jeszcze jak się mieszka na emigracji, sprawa się co nieco komplikuje. A jeśli jeszcze mieszka na emigracji tuż przy plaży, no to już w ogóle pomieszanie z poplątaniem. Z wakacjami kojarzą się chłodne mgliste poranki, chrzęst opadłych jesiennych liści pod butem, listopadowy deszcz, bo plażę i słońce podziwia się zazwyczaj w drodze do roboty.

Taka, dajmy na to Polska, jak się do niej przyjedzie na wakacje, jawi się człowiekowi jako fantastyczny kraj (do życia też była niczego sobie, nie narzekam, a przynajmniej nie za wiele). Pięknie, zielono, jedzenie pyszne, oscypki, fale Bałtyku i hejnał mariacki. Później zaś po powrocie – w moim przypadku na Wyspy Kanaryjskie – człowiek emigrant rozpakuje walizkę, powiesi na lodówce pamiątkowy magnes i ogarnia go ogromna nostalgia za ojczyzną. Ból, smutek i żal. Niczym nieutulone. Jak nie przymierzając u Słowackiego, Mickiewicza i Norwida. A może jeszcze silniejsze, bo przecież wiadomo, że kreacja literacka robi swoje.

Mieszkając za granicą człowiek emigrant z Polski uświadamia sobie bowiem, że kilka rzeczy, miejsc i zjawisk przyrodniczych jest niezbędnych do życia. I że, o dziwo te rzeczy, miejsca i zjawiska przyrodnicze nie występują na całym świecie. Długo by tu wyliczać, byle by wspomnieć o zieleni, o zielonej trawie, drzewach, lasach, bujnych liściach i – to już prawdziwy hit – szumiących na wietrze liściach. Tego szumu szuka później człowiek emigrant jak obłąkany po całym archipelagu. Do niezbędnych do życia zjawisk przyrodniczych (i miejsc) można by jeszcze zaliczyć Tatry, Beskidy, całą Małopolskę i jeszcze Bieszczady, i jeszcze Podkarpacie, nie będę się rozpisywać, macie mapę.

Za czym jeszcze tęskni człowiek emigrant? Wymienić trzeba zmiany pór roku, półmroki listopada, zapach świeżo skoszonej trawy, pierożki, herbatkę malinową, gazety po polsku w kioskach, książki po polsku, ludzie na ulicach mówią po polski, cytrynówkę lubelską i cydr, weekendowe wyprawy w góry, śpiewy z gitarą przy ognisku, tramwaj numer 22 do Nowej Huty, niemiecki sklep kosmetyczny zwany rossman. I najważniejsze, śniące się noc w noc: kiszone ogórki!
Różne tu mamy atrakcje na Wyspach Kanaryjskich, słońce, plaże każda inna, z kilkadziesiąt rodzajów piasku, owoce morza, ocean. Klimat rozpieszcza, a ostatnio nawet doszło do trzęsienia ziemi między dwiema wyspami. W ciągu ostatnich siedemdziesięciu dwóch godzin trzęsień było pięć. No nie nudzi nam się tu. Ja wiem, dodacie: co ona wygaduje, przecież w Polsce protesty, politycy mieszają i leje deszcz. Ale tych ogórków kiszonych. Tych ogórków mi żal.